O czym jest ten blog?

Notatki z życia codziennego żony i matki prowadzącej dom w wersji możliwie eko-naturalnie roślinnie. Nie stroniącej od trudnych pytań, ale szukającej sensu i piękna.

czwartek, 30 czerwca 2016

Upiec boba...

Sezon na bób w pełni. Nagle jego cena zjechała w dół tak bardzo, że oczom nie mogłam uwierzyć... Cóż było robić? Kupiłam :-) Wrzucałam właśnie chleb gryczany do gara, gdy wpadł mi w oko... Świeżo umyty, błyszczący, nie chciał leżeć tak samotnie w durszlaku... wszak rósł marząc, że w pięknej kuchni czyjeś utalentowane ręce przygotują z niego arcydzieło kulinarne...eeee... cóż, kuchnia całkiem przyjemna :-) o talentach rąk wypowiadać się nie będę, ale oczy należące do tego samego ludka, co i ręce, zobaczyły w wyobraźni bób na blasze, posypany ziołami... ręce okazały się szybkie i po pół godzinie próbowałam już swojego pierwszego pieczonego bobu...


PIECZONY BÓB

bób
sól
przyprawa włoska
oliwa

Blachę wyłożyć papierem do pieczenia.
Bób rozłożyć na blasze w jednej warstwie, oprószyć solą, posypać przyprawą włoską, skropić oliwą.
Piec 30 minut w temperaturze 180⁰C.


Ja i syn zjadaliśmy ze skórką, która jest bardzo aromatyczna i smakowita, choć dość twarda. Drugie pół rodziny skórkę...hm...wypluwało ;-) Środek bobu jest delikatny i lekko maślany...:-) 
Szukając, co też Biblia o bobie mówi, odkryłam, że słynny chleb Ezechiela składał się również i z bobu! Wiedziałam, że na Wschodzie bób jest bardzo popularny, ale żeby do tego stopnia??? Popatrzcie: księga Ezechiela 4:9 "A weź sobie pszenicy i jęczmienia, bobu i soczewicy, prosa i orkiszu, i włóż to do jednego naczynia, i zrób sobie z tego chleb; w ciągu trzystu dziewięćdziesięciu dni, gdy będziesz leżał na swoim boku, będziesz go jadł." Jak na chleb, to skład przyprawia o zawrót głowy, ale w USA można kupić coś, co nazywają Ezekiel 4:9 Sprouted Grain Bread :-) U nas spotkałam pod hasłem chleb Ezechiela, aczkolwiek bobu w składzie nie znalazłam... Ludzie Pisma nie czytają, to się nawet okrawa ze składników receptury na niej wzorowane. Czas dzisiaj wymaga, żebyśmy jedli szybko, gotowali tylko tyle, ile musimy i ... czytali każdą metkę a o niezrozumiałe pojęcia zwyczajnie pytali ;-) Chleb Ezechiela jeszcze przede mną, ale chyba już go łapię za zielone ramię ... ;-)

środa, 29 czerwca 2016

Granola z truskawkami

Granola jest produktem doskonałym! Na śniadanie zalana mleczkiem daje energię na dobrych parę godzin. Na deser z musem owocowym słodko finalizuje ucztowanie. Na kolację do posypania koktajlu przyjemnie chrupie. Jest fantastyczna jako spód do ciast (np. z masłem orzechowym) i posypka do lodów. Genialna funkcjonalność. Ulubionymi są wciąż surowa gryczanata z goi albo taka sama , ale z dodanymi posiekanymi suszonymi morelami zamiast owoców goi. Jednak końcówki sezonu truskawkowego nie można lekceważyć i musiałam (musiałam, musiałam, MUSIAŁAM...) koniecznie wypróbować te wspaniałe owoce jako motyw dla granoli... :-) Tak więc tym razem poszłam na całość. Nie tylko w kwestii ilości truskawek, ale i...suszenia... Efekt?


GRANOLA PODWÓJNIE TRUSKAWKOWA

500 g płatków owsianym grubych
po jednej garści: słonecznika, sezamu, orzechów włoskich, laskowych i nerkowców, migdałów i chipsów kokosowych
600 g świeżych truskawek
laska wanilii - ziarenka lub spora szczypta sproszkowanej
sok z połowy cytryny
60 ml oleju rzepakowego
8 daktyli namoczonych lub świeżych
½ łyżeczki soli

Sok z cytryny, olej, daktyle, sól i połowę truskawek zmiksować na mus.
Orzechy włoskie rozgnieść w palcach.
Migdały, orzechy laskowe i nerkowce pokroić na mniejsze kawałki.
Drugą połowę truskawek pokroić na ćwiartki.
Suche składniki wymieszać w sporej misce.
Dodać mus, wymieszać bardzo dokładnie.
Dodać truskawki w kawałkach, wymieszać już delikatnie.
Piec 20 minut w 160⁰C, mieszając kilka razy.
Dosuszyć w 90⁰C, mieszając co jakiś czas tak, żeby granola była prawie sucha.
Przechowywać w lodówce w szczelnie zamkniętym pojemniku.


 Aż łyżki tańczą z miłości do truskawek ;-)


Swoją dosuszyłam na amen, co oznacza, że trzeba się napracować szczękami, żeby nie podrapać przełyku łykając niedogryzione kawałki... i tak zmuszam rodzinkę do porządnego gryzienia a jednocześnie obniżam ilość spożytych kalorii. Człowiek na co dzień nie zdaje sobie sprawy z tego, ile mniej może zjeść i przeżyć ;-) Niech będzie to alternatywna metoda odchudzania poza zmniejszaniem rozmiaru talerza, jedzeniem kulturalnie kompletem sztućców (zanim zdecydujemy co i czym jeść, obrzydnie nam jedzenie ;-)), używaniem pałeczek zamiast łyżki i widelca albo (pomysł prof. Johna Scharffenberga) używanie tylko JEDNEJ pałeczki :-D
Genialnie skuteczne metody, prawda? ;-)

Jeśli macie nadal ochotę spróbować, upieczcie kawałki truskawek osobno (na jedną porcję, bo taka wersja nie nadaje się do przechowywania) albo dodajcie liofilizowane (doskonałe do przechowywania a w czasie jedzenia rozpływają się w ustach :-)). Ja pozostanę przy suszonych, bo upodobanie do chrupania tkwi we mnie na mur... :-D

wtorek, 28 czerwca 2016

Pieczone gryczane placuszki z szałwią

Moje zamiłowanie do konsumowania pomidorów w każdej nieomal postaci świadczy o południowych sympatiach kulinarnych. Faktycznie w każdej kuchni jest dla mnie coś wartego podglądnięcia, ściągnięcia, spolszczenia ;-) Lubię robić tak po naszemu ;-) Mama czasem wspomina czasy swojej młodości, kiedy to babcia była dziwowiskiem dla całej wsi, bo co rusz wynajdywała i siała dziwne roślinki, o których nikt wcześniej w okolicy nie słyszał, ani ich nie widział... szczerze mówiąc, babcia też nie widziała i nie słyszała, ale jej to nie przeszkadzało w podejmowaniu wyzwań i próbowaniu, co też z tego wyrośnie i jak to będzie smakować... Potem i moja mama jako pierwsza wśród znajomych wysiała bakłażany, które obrodziły całkiem ładnie. Niestety, nie wiedząc, jak można je przyrządzić w smaczny sposób, uprawa zakończyła się dość szybko... Mnie już tak dobrze nie poszło. Bakłażany wysiałam, wsadziłam nawet do szklarenki, ale wyrosła bida z nyndzą... Natomiast wysiana szałwia przyjęła się wspaniale i od kilkunastu już lat mam swoje krzaczki, które świetnie rosną, zimują bez problemu, rozsiewają się... Mam więc tego ziółka pod dostatkiem, ale używać kulinarnie zaczęłam od bardzo niedawna. Ostatni natomiast przebój - gryczane placuszki z pomidorami i szałwią posmakowały nawet tradycjonalistom smakowym... Cóż za radość i satysfakcja dla kucharza!!! :-D :-D :-D



GRYCZANE PLACKI Z SZAŁWIĄ
20 sztuk

300 ml kaszy gryczanej niepalonej (białej)
1 duży pomidor (najlepiej malinowy)
1 średnia młoda jędrna cukinia (300 g)
6 suszonych pomidorów (nie z zalewy)
6 dużych listków szałwii (2 łyżki)
100 g tofu naturalnego
2 łyżki soku z cytryny
2 łyżki oliwy
¾ łyżeczki soli

Kaszę zalać wodą i odstawić na kilka godzin.
Pomidor pokroić na kawałki, cukinię zetrzeć na tarce o grubych oczkach, suszone pomidory pokroić na paski, szałwię posiekać.
Kaszę przepłukać i zalać ½ szklanki wody, zmiksować ze świeżym pomidorem, cytryną, oliwą i solą.
Dodać suszone pomidory i zmiksować tak, żeby były jeszcze widoczne ich kawałki.
Masę wymieszać z resztą składników i pokruszonym tofu.
Ewentualnie zagęścić mąką gryczaną, jeśli pomidor mało mięsisty...
Na blasze wyłożonej papierem do pieczenia wylewać łyżką stołową placuszki o śr. ok. 10 cm.
Piec w temperaturze 170⁰C 35 – 40 minut.

Szałwia ma tak silne właściwości przeciwzapalne, że trudno dziwić się zdrowiu tych, którzy używają jej na co dzień w swojej kuchni. Pomimo obciążenia spożywanym mięskiem, alkoholem i cukrem, ludzie sobie radzą zdrowotnie całkiem przyzwoicie, jak na XXI wiek epidemii insulinooporności, nowotworów i upośledzonego krążenia... Dlatego i ja staram się wybierać zdrowe inspiracje. Od przykazań naturalnych, ale i moralnych (wszak zdrowy duch inspiruje do zdrowych zachowań :-)), staram się wyjątków nie robić. Inaczej wpada się w tarapaty, w które ja wpadać nie chcę. Bo gdybym w tych "wilczych dołach" solo wylądowała, to może i by mnie skusilo... ale lądują wtedy z człowiekiem jego bliscy i kochani, a na to to ja już się nie zgadzam. To taki mój mały świr, że wpływ ma się pozytywny rozchodzić a nie ciemności egipskie, gdzie po omacku się trzeba tułać...brrrr...Należę do tych, co światło lubią, i słoneczko, i ciepełko, i bezpieczeństwo :-) Ma więc być zdrowo i już :-D 

Placuszki owsiane z pieczarkami i krwawnikiem z zielonym sosem z selera naciowego

Świat się zrobił kosmopolityczny kulinarnie. Wszędzie spotykamy lokale z kuchnią włoską, grecką, chińską, tajską w takiej różnorodności i ilości, że kuchnia polska musi się specjalnie reklamować, bo wcale nie jest oczywiste, że w Polsce, w polskim lokalu gastronomicznym dostaniemy tradycyjną polską potrawę... Niesamowite... Tym bardziej, że "otwieranie się" na nowe smaki nie zajmowało nam setek lat... To lat zaledwie kilkadziesiąt! A żeby było zabawniej, to nawet przysłowiowy polski schabowy, wcale nie jest taki polski, bo zaczerpnięty nieco krętymi drogami z kuchni...włoskiej (wszystkie drogi prowadzą do Rzymu? ;-)). Istnieją jednak pewnie klasyki prawdziwie polskie. Placuszki, placki, podpłomyki,...


PLACKI OWSIANO – PIECZARKOWE
12 sztuk

300 ml płatków owsianych zwykłych (grubych)
8 średnich jędrnych pieczarek
1 spory lub 3 małe ząbki czosnku
1 łyżka soku z cytryny
½ łyżeczki soli
1 łyżeczka pieprzu ziołowego
1 łyżka świeżego rozmarynu
12 młodych gałązek krwawnika (jeszcze nie kwitnącego)

Płatki zalać gorącą wodą.
Pieczarki oczyścić i zetrzeć na grubych oczkach tarki, czosnek posiekać lub przecisnąć przez praskę.
Rozmaryn i listki krwawnika drobno posiekać.
Namoczone płatki i czosnek zmiksować z grubsza blenderem-żyrafą.
Wszystkie składniki wymieszać.
Na blasze wyłożonej papierem do pieczenia wylewać placuszki o średnicy ok. 10 cm.
Piec w temperaturze 170⁰C 35 – 40 minut.

Można też namoczone płatki nie zmiksować blenderem, ale dodać 1 łyżkę mielonego siemienia lnianego. Te bardziej mi smakują, bo mają wyraźniejszą teksturę i smak :-D


Doskonałe ze świeżym zielonym sosem...

Nie mam nic przeciwko zapożyczaniu smacznych rozwiązań od sąsiadów bliższych i dalszych. Taka tendencja do jednolitości chyba wynika z tęsknoty za wspólnotą, akceptacją, przynależnością do "fajnej paczki" :-) Trzeba tylko wiele mądrości, by nasza wybrana paczka była faktycznie fajna... a smakołyki były smaczne nie tylko dlatego, że przytępiły smak i wrażliwość subtelnych kubeczków, ale dlatego, że mając wrażliwość do odbierania delikatnych walorów potraw, możemy rozkoszować się ich rozmaitością i bogactwem... Taka jest dla mnie kuchnia idealna... :-) Stronię od nawału przypraw wschodu z ich lepkością od użytych słodkości, unikam też palącej pikanterii w stylu tajskim, po których jabłko jest gorzkie a danie bez łyżeczki chilli jest mdłe ;-) Ciekawe, że nasze swojskie przyprawy ziołowe są gorzkawe, nieco kwaskowate, silnie zielone... z delikatną słodyczą, jeśli akurat pogoda jest bardziej ciepła i słoneczna a głębokie i leśne, gdy wilgotna i chłodna... Żadna nie jest gorsza czy lepsza! Po prostu inna :-) Znajomy zielarz porównuje to zjawisko do uprawy ekologicznej versus przemysłowej. Przy ekologicznym podejściu każdy składnik jest ważny i potrzebny. Jest szacunek do każdego elementu, nawet najmniejszego i najbardziej innego. Natomiast przy przemysłowym podejściu każdy, kto jest inny jest do zniszczenia... Na polu pełnym zboża każda inna roślina jest do usunięcia, przeszkadza, zmniejsza plony TERAZ. Zabiera cenne miejsce i składniki odżywcze przeznaczone dla zboża. Nie chcemy się dzielić... :-( W życiu wygląda dokładnie tak samo i skutki (o dziwo!) są takie same... Niszczysz tych, co myślą inaczej, TERAZ masz więcej ale za dłuższą chwilę zostajesz sam na wyjałowionym, martwym polu... Rzucasz tony nawozów a ziemia coraz mniej rodzi... (Rozdajesz prezenty, komplementy, a przyjaciół coraz mniej, a tym, którzy są obok i tak nie ufasz... Rozpacz i samotność...) Ekolog ma przyjaciół wśród roślin i zwierząt. Rośliny rosną mniej bujnie, ale stabilnie i zdrowo. Zwierzęta czują się bezpiecznie. Mają, co jeść, bo chętnie się z nimi dzielimy. Nie strzelam więc do ptaków zjadających jagody kamczackie na krzaczkach (niewiele w tym roku nam zostawiły... raptem spróbowaliśmy tych wspaniałych jagód...ech...;-)) ale przyglądam się ich sprytnym zabiegom zdobywania pożywienia. Gdybym była bardziej czujna i uważna, zauważyłabym moment, kiedy owoce już są dobre do jedzenia, a ptaki jeszcze ich nie ruszają. one lubią te bardziej dojrzałe... Lenistwo, cóż, następnego roku więcej się przyłożę do rozumienia języka przyrody i odczytywania jej znaków :-)




Świeży sos do placków

Placki to miłość dzieci, młodzieży i dorosłych. Przyjemnie zjeść takie lekkie, zostawiające motyle w brzuchu zamiast tradycyjnej ciężkości ;-) Najbardziej lubię z różnymi warzywami i ziołami. Dla podkreślenia tej cudownej lekkości i ziołowego smaku, podaję zielony sos, który zielony jest z nazwy i składników, bo kolor jest baaardzo subtelny. Natomiast smak konkretny, świeży, wyraźnie selerowy, choć wcale nie w oczywisty sposób. Sąsiad, który lubi zgadywać skład potraw, optował za majonezem, musztardą, porem.... :-) A to seler dubeltowy czyli naciowy i nać korzeniowego :-D



ŚWIEŻY ZIELONY SOS

1 szklanka nerkowców
sok z 1 cytryny
5 gałązek selera naciowego z liśćmi
2 młoda gałązka selera korzeniowego
½ szklanki wody
½ łyżeczki przyprawy warzywnej
½ łyżeczki pieprzu ziołowego
spora szczypta soli

Nerkowce wypłukać i zalać wodą na kilka godzin.
Odcedzić.
Orzechy razem z resztą składników zblendować na gładki sos.



poniedziałek, 27 czerwca 2016

Sałatka z młodych ziemniaczków

Młode warzywa kuszą jędrnością, aż żal nie korzystać z takiej okazji... A z młodych warzyw ziemniaczki są pyszne w każdej postaci! Jedną z nich jest sałatka ziemniaczana wzorowana na przepisie p. Kuronia publikowanego swego czasu przez Biedronkę. Trochę go zmodyfikowałam i przyrządzam ta sałatkę zawsze, gdy mam dostęp do dobrych ziemniaczków, niekoniecznie młodych ;-)


SAŁATKA ZIEMNIACZANA

1/2 kg młodych ziemniaków ugotowanych w łupinach
25 dkg młodej białej kapusty
2 małe cebule
2 duże pomidory
3 ogórki kiszone
2 papryki
garść posiekanego koperku
spora szczypta słodzika (u mnie cukier kokosowy)
½ łyżeczki soli

Kapustę poszatkować, posolić, dodać fruktozę, wymieszać, po czym solidnie wygnieść. Ziemniaki pokroić w plasterki, cebulę w piórka, pomidory i paprykę w dużą kostkę a ogórki w drobną kostkę. Warzywa wymieszać, posypać koperkiem oraz kiełkami i zalać sosem vinaigrette. Wymieszać.

Dla tych, których interesuje moja wersja sławnego francuskiego sosu, który jest równie uniwersalny, jak majonez:

SOS VINAIGRETTE

2 ząbki czosnku
3 łyżki soku z cytryny
3 łyżki oliwy z oliwek
sól, pieprz ziołowy

Czosnek zmiażdżyć, dodać sól i rozetrzeć drewnianą łyżką w małej miseczce. Dodać pieprz ziołowy i sok z cytryny. Dokładnie wymieszać. Dodać oliwę i wymieszać. Podawać do sałatek, surówek.
Kolejność jest istotna, gdyż sól rozpuści się szybko i dokładnie w soku a w oliwie już nie.

Sałatka smakuje tym bardziej, gdy jest konsumowana na łonie przyrody... w piękny, ciepły dzień...


Choć ziemniaki mają wysoki indeks glikemiczny, to dzięki jedzeniu ich na zimno i w towarzystwie warzyw o bardzo niskim indeksie (cała reszta składników), IG całej potrawy obniża się bardzo znacząco czyniąc ją bezpieczną dla diabetyków, osób dbających o niski poziom insuliny i walczących z candidą. To wszystko z ziemniakami....ha! To jest coś! ;-)

niedziela, 26 czerwca 2016

Granola gryczana raw na śniadanie i deser

Z surowych śniadań uwielbiam granolę ze skiełkowanej gryki. Gdy spróbowałam pierwszy raz, pomyślałam, że witarianie mają dziwne smaki... Ale tyle bawiłam się w to kiełkowanie, dodatkowo miałam świadomość, że te kiełki to skarb, więc po krótkiej dyskusji z własnym podniebieniem, doszliśmy do porozumienia, że spróbujemy wyciągnąć dla siebie maksimum korzyści... Tak więc granolę zalałam mlekiem migdałowym (moje absolutnie ulubione), dorzuciłam borówek i ... granola, jak kameleon, zmieniła swoje oblicze okazując się baaardzo smaczną :-D Nie wiem, czy to podniebienie takie elastyczne się zrobiło, czy też świadomość kształtuje upodobania bardziej niż mogłabym przypuszczać...nieważne... Ważne, że teraz surowa granola sprawdza się dokładnie tak samo, jak ta pieczona. I dobrze mi z tym! Dodatkowo IG ma nieprzyzwoicie niski :-D


SUROWA GRANOLA Z GRYKI

500 ml kaszy gryczanej niepalonej (jak najmniej połamana!)
trzy garście migdałów
4 łyżki syropu z agawy raw (brązowy)

Kaszę opłukać, wsypać do dużego słoja (ma zająć połowę).
Zalać przegotowaną wodą, przykryć i odstawić na 8-10 godzin.
Napęczniałą kaszę przepłukać na sicie bardzo dokładnie. Słój również przepłukać.
Przełożyć do słoja, przykryć kawałkiem czystej gazy, obwiązać gumką recepturką i odstawić do miseczki pod kątem tak, by nadmiar wody spływał do miski a powietrze mogło dostać się do wnętrza słoja.
Nasionka dwa razy dziennie zalać wodą (nie ściągając gazy), przepłukać w słoju i odlać wodę. Z miski odlać stojącą wodę. Ponownie umieścić słój w miseczce.

Po dwóch dniach powinny być widoczne kiełki.
JEŚLI POJAWIŁA SIĘ JAKAKOLWIEK PLEŚŃ - CAŁOŚĆ WYRZUCIĆ!!!
Migdały namoczyć w przegotowanej wodzie przez kilka godzin.

W malakserze umieścić przepłukane kiełki gryki, migdały, polać syropem z agawy i zmiksować do formy kruszonki - będzie nieco maziate i tak ma być.


Na ruszcie piekarnika rozłożyć papier do pieczenia.
Wyłożyć granolę równomiernie na cały ruszt, dzieląc ją łyżką na kawałki.
Suszyć w temperaturze 50⁰C ...do wysuszenia... kilka godzin.


Najczęściej migdały zalewam do namoczenia poprzedniego dnia rano. Wieczorem miksuję i suszę przez całą  noc. Rano mam świeżutką chrupiącą granolę. Uwielbiam z jabłkiem pokrojonym w kosteczkę, mielonym siemieniem i wiesiołkiem. Czasem dorzucam szczyptę cynamonu, czasem dodaję pastę z żurawiny albo jagód... Tak zaczyna się piękny dzień!

Gdy wyjątkowo się się stęsknię za tym obliczem witarianizmu, po obiedzie przygotowuję deser również z granolą.



Np. z musem karobowo-kawowym na awokado z chia.



piątek, 24 czerwca 2016

Najlepszy dżem z pieczonymi truskawkami...

Truskawki bywają różne... Jedne są niesamowicie aromatyczne, inne słodziutkie, jeszcze inne ślicznie wyglądają... Rzadko zdarza się kombinacja wszystkich tych cech w górnej granicy normy ;-)
Jest jednak forma truskawek ZAWSZE pyszna...to truskawki pieczone :-) Swego czasu uważałam, że ich pieczenie to marnacja materiału owocowego. Jednak trafiły mi się owoce mało...owocowe... Coś trzeba było zrobić, bo miałam ich 6 kilogramów... Padło na dżem. Pamięć wywlokła ze swych zakamarków wspomnienie o pieczeniu i wiedziałam, że to może być TO. Okazało się strzałem w dziesiątkę :-) Od dziś robię (czyli jeszcze jakieś dwa razy...zanim sezon nie minie...;-)) dżemy tylko z pieczonymi truskawkami :-D



DŻEM Z PIECZONYMI TRUSKAWKAMI
12 słoiczków 0.33l

4 kg truskawek
spora szczypta soli
2 spore łyżki ksylitolu
2 łyżki agaru
1 laska wanilii (wystarczy sam strączek- resztę zużyć np. do truskawkowej granoli - przepis wkrótce...)

Małe truskawki (ok. jednej trzeciej) przekroić na pół i rozłożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Piec 15 minut w 150⁰C.
Resztę truskawek wrzucić do garnka z grubym dnem, posolić, zgnieść rękoma, dodać strąk wanilii i postawić garnek na małym ogniu. Gotować przez czas pieczenia reszty owoców.
Do garnka dodać ksylitol, upieczone truskawki i posypać agarem. Pogotować nadal na małym ogniu jeszcze kilka minut.
Wkładać gorący dżem do wyparzonych/wygotowanych słoików, natychmiast zakręcać, odstawiać do góry dnem do ostygnięcia.
Najlepiej przykryć w czasie stygnięcia grubym kocem.

A potem już tylko rozkoszować się smakiem na śniadania, desery, kolacje, wspominając soczystość i aromat truskawek w pełni lata...


Przez pryzmat wanilii truskawkowe przetwory wyglądają bardzo interesująco... ;-)



czwartek, 23 czerwca 2016

Chałwa w stylu ukraińskim czyli słonecznikowa

Dzisiejszy wpis dedykuję wszystkim łasuchom. Ulubiony smakołyk dzieciństwa - chałwę słonecznikową. Tak, tak, kiedyś nie było łatwo o chałwę... O żadne łakocie nie było łatwo... W domowym zaciszu od czasu do czasu rodzicom zdarzało się dumnie otwierać krwią okupioną puszkę lepkiego, tłustego i przenoszącego do kulinarnego raju łupu. Izraelska chałwa była najpyszniejsza z pysznych. Najlepsza była ta najzwyczajniejsza (smaki dziecięcych podniebień są...mało wyszukane...) składająca się w połowie z tłuszczu a w połowie z węglowodanów czyli cukru. Są to dziś wystarczające powody, by zastąpić ten rarytas dzieciństwa pełnowartościowym łakociem home made słonecznikowo-sezamowym słodzonym daktylami. Gdyby spojrzeć na jego skład ujrzelibyśmy tłuszcze omega 3 i 6, węglowodany złożone i sporo błonnika, witaminy i wszystkie dobroci swojskiego superfoodowego słonecznika włącznie z potężną dawką witaminy E i magnezu. Nadal kaloriami przyprawia o zawrót głowy efemeryczne istoty wpatrzone w plastikowe idole, ale bywają okazje, na których miło wspomnieć smaki chałwowe ze świadomością, że omija się wszelkie syropy cukrowe, glukozowe i innych wytwory przemysłu chemicznego,... o, przepraszam ... spożywczego ;-)
Jeśli przemielimy wszystko w maszynce "do humusu ;-)", dostaniemy dość gładką masę chałwową. Jeśli natomiast pokusimy się o zmiksowanie w blenderze nasion na prawie masło a potem widelcem rozpaćkamy świeże daktyle, dostaniemy marmurkową mięciutką wersję, którą osobiście preferuję i ją właśnie na zdjęciach uwieczniłam :-D


CHAŁWA ZE SŁONECZNIKIEM

1 szklanka sezamu
½ szklanki słonecznika
⅔  szklanki miękkich daktyli (najlepiej świeże)
1 laska wanilii
szczypta soli

Słonecznik i sezam podprażyć na suchej patelni nie rumieniąc (sezam gorzknieje!).
Przez maszynkę do mielenia przepuścić pokrojone na kawałeczki daktyle z wanilią, potem sezam a na końcu słonecznik
(wygrzebać w maszynki resztę masy i połączyć z przemieloną lub użyć do zrobienia kulek z suszonymi jabłkami i masłem orzechowym).
Dodać sól i całość wyrobić dłońmi na jednorodną masę. Przełożyć do foremki wyłożonej folią spożywczą ugniatając dość dokładnie.

Chałwa jest dość kaloryczna i sycąca, więc dla drwala doskonała... ;-) Mało kto jednak drwalem jest, więc dla żyjących mniej hard work proponuję zjadać w małych porcjach. Najefektywniejszym sposobem jedzenia jest następujący: 
wyjmujemy chałwę z lodówki
odwijamy z folii
odkrawamy kawałek nożykiem
resztę zawijamy ponownie w folię bardzo dokładnie
odkładamy do lodówki
zjadamy swoją porcję
nożyk myjemy...
Czas poświęcony na wykonywanie wszystkich tych czynności zazwyczaj wystarcza na refleksję i opamiętanie się... :-D Jeśli jednak mamy przypadek transowego zjadacza łakoci, zlećmy mu czyszczenie lodówki po zaparowaniu przez częste jej otwieranie i zamykanie. To zazwyczaj pomaga.
Jeśli mamy lodówkę no frost, możemy choć raz zatęsknić za starymi dobrymi czasami, gdy lodówki się rozmrażało zalewając przy tym połowę kuchni wypływającą zeń wodą... I pytanie: dlaczego wtedy ludzie szczuplejsi byli - pozostawiam bez komentarza ;-)


Chałwa smaczna jest zawsze. Rzadziej jest reprezentacyjna i na przyjęciu wygląda nieco przaśnie, więc można utoczyć z niej kuleczki i obtoczyć je w smakowitych sypkościach. Wyglądają zawsze pięknie :-D





środa, 22 czerwca 2016

Znów słonecznik...w majonezie...

Fascynacja możliwościami słonecznika trwa w najlepsze. Tłuszcze w nim zawarte skłoniły mnie do szukania zastosowań w rejonach majonezowo-śmietankowych. Zagęszczacze w formie dodatkowych olejów są absolutnie zbędne. Potrzeba jedynie dobrego jakościowo słonecznika, który po namoczeniu zachowa przyjemny smak i nie zgorzknieje... Majonez idealnie smakuje jako smarowidło do buraczanego pieczywa. Idealnie... Pochłonęłam wieeele kromeczek....;-)



MAJONEZ SŁONECZNIKOWY

½ szklanki łuskanego słonecznika
½ łyżeczki gorczycy
½ łyżeczki soli
½ łyżeczki pieprzu ziołowego
1 mały ząbek czosnku
1 ½ łyżki soku z cytryny
szczypta kozieradki
⅔ - ¾ szklanki mleka sojowego naturalnego

Słonecznik opłukać i zalać przegotowaną wodą, odstawić na kilka godzin. 
Odsączyć i opłukać.
Wszystkie składniki zblendować bardzo gładko.


Jest majonez? Jest imprezka! :-D Co tam chipsy, chrupki i inne... Dobry majonez potrafi uratować każdą imprezę, każde danie (no, może z lodami się nie udać...) i dobry humor. Zawarty w słoneczniku magnez, witaminy B i E działają niezmiennie od stworzenia świata, jeśli się je uszanuje i nie zniszczy temperaturą albo skomplikowanym przetwarzaniem. W tym przepisie szanujemy i produkt, i konsumenta. Używając ziarenek bio szanujemy nawet planetę a jedząc wege też i cudze życie, i swoje. Nazywam to prawdziwym panowaniem. W taki sposób właśnie zapanował Adam nad ziemią, bo i Bóg tak panuje (1 Mojżeszowa 1: 26). 
Swoje panowanie zaczął od nazwania zwierząt a nie zjedzenia ich... jak i Bóg poprzez nadawanie imion (Adam, Abram/Abraham, Saraj/Sara Jakub/Izrael, Szymon/Piotr) obrazuje przyszłość, daje zachetę i okazuje zrozumienie. To na Jego obraz czujemy, tęsknimy, kochamy, obdarzamy czułością i troską... Jakub w swoim liście napisał: Wszelki datek dobry i wszelki dar doskonały zstępuje z góry od Ojca światłości; u niego nie ma żadnej odmiany ani nawet chwilowego zaćmienia.1:17 Tylko światłość, żadnej ciemności czy choćby zaćmienia, nawet na chwilę... :-D

poniedziałek, 20 czerwca 2016

Swojska foccacia ;-) czyli gryczana na zakwasie z burakiem i porem!

Nie próbuję naśladować włoskich specjałów. Lubię nasze swojskie lokalne roślinki i recepturki. Najbardziej jednak te, które wychodzą naprzeciw potrzebom moich bliskich :-D Zazwyczaj oznacza to modyfikacje wszystkiego, co napotkam. Kiedyś budziło to przerażenie i pewien rodzaj żalu, że znów będę odstawać od reszty (w gorszych chwilach) albo dlaczego oni coś takiego wrzucają w siebie??? (w lepszych ;-)), ale z czasem zaczęłam się oswajać z nową sytuacją a nawet dostrzegać jej niewątpliwe atuty! Oto moje jedzenie jest smaczniejsze i tańsze. Przed dniem wolnym nie muszę stać w kilometrowych ogonkach i zapisywać się na świeży chleb :-D W domu mam mały zapasik podstawowych produktów, z których spokojnie przygotuję świetne posiłki dla domowników. I nie ma tam ani grama cukru czy zwykłej mąki ;-) Spokojnie też chodzę do sklepów, bo większość promocji, za którymi zabijają się klienci, mnie nie dotyczy... Nie interesuje mnie świeża łopatka wieprzowa ani kalmary prosto z morza ;-) Kawa w super cenach czy wypasiona czekolada w całymi orzechami - dwie w cenie jednej... (jakim cudem te okazyjne zakupy zawsze moim przyjaciołom drenują portfele???)
Tak więc wczoraj upiekłam dwa gryczane i trzy żytnio-gryczane chleby na zakwasie z różnymi dodatkami, ale ostało się na ściankach miski nieco gryczanego ciasta i szkoda było ot tak wyrzucić, więc ruszyłam z następnym zaczynem. Przy takiej ilości chleba następny bochenek byłby dziwacznym pomysłem, więc dzisiejszym rankiem zerknęłam na szafkę, wypatrzyłam śliczne świeżutkie, młodziutkie buraczki i pory, i ...wiedziałam, że w tym gryczanym chlebowym cieście będzie im bardzo wygodnie :-) A jak zaproszę do tej wiosennej kompanii kilka ząbków czosnku, to wyjdzie niezły kuplecik :-D



BOCHENEK GRYCZANY Z BURAKIEM, POREM I CZOSNKIEM
foremka 22 x 13 cm

4 szklanki wyrośniętego ciasta na chleb gryczany na zakwasie
1 łyżeczka soli
2 łyżki siemienia + kilka łyżek do obsypania formy
1 średni burak (obrany 150g)
½ małego pora (zielona część 75g)
spora szczypta chili w płatkach
1 łyżeczka czarnuszki
1 łyżeczka kolendry
8 ząbków czosnku

Burak zetrzeć na tarce, por pokroić w centymetrowe półplasterki.
Siemię (2 łyżki) zmielić.
Kolendrę i czarnuszkę zgnieść w moździerzu na coś w rodzaju płatków.
Czosnek obrać i przekroić na pół, jeśli są duże ząbki.
Wszystkie składniki wymieszać delikatnie.
Foremkę wysmarować oliwą i wysypać siemieniem.
Ciasto przełożyć do foremki i wstawić do piekarnika z zapaloną lampką do podrośnięcia.
Włączyć grzanie na 220⁰C i piec 50 minut.
Odstawić na kratkę do ostudzenia.





piątek, 17 czerwca 2016

Swojskie superfood czyli bezglutenowy słonecznikowy sernik bez sera

Słonecznik jako przekąska dla siedzących na trzepaku dzieciaków przeszedł do historii. Dostęp do smakowych, prażonych, pieczonych, i co tam kto jeszcze wymyślił |(żeby zyski rosły) ziarenek wyparł skubanie, od którego moje dziecinne paluszki były obolałe a nawet wręcz opuchnięte... Nic jednak nie zniechęcało nas do sięgnięcia po następną porcję (to się nazywa ...uzależnienie? ;-)) Nie przypuszczałam wtedy, jaką bombą witaminowo-mineralną są te malutkie ziarenka! Ktoś zadał sobie nieco trudu, by zrobić zestawienie wartości zdrowotnych kilku ziaren i wyłonił się mu słonecznik właśnie, jako najtańsze źródło witamin B, E i soli mineralnych, łatwe do zastosowania w codziennej diecie. Przy okazji trafiłam na kilka przepisów na serniki ze słonecznika i pomyślałam, że czas i na mój nadszedł ;-) Tradycyjnie zmieniłam proporcje i składniki obniżając IG wypieku, eliminując przy okazji maksymalnie cukier i mąkę glutenową. Wyszedł serniczek wilgotny, puszysty i aksamitny. W sam raz na letnie przyjęcie :-D




SERNIK SŁONECZNIKOWY bezglutenowy
tortownica o średnicy 24 cm

1 szklanka płatków owsianych

8 kromek razowego pieczywa na zakwasie (u mnie chleb gryczany)
½ szklanki orzeszków ziemnych prażonych niesolonych
1 łyżka oleju kokosowego
1 łyżka masła orzechowego
szczypta soli

400 g łuskanego słonecznika
1 czubata szklanka płatków owsianych
2 łyżeczki cukru waniliowego (z wanilią!) 8 g
1 laska wanilii (dla tradycjonalistów kilka kropel aromatu waniliowego)
sok z 2 cytryn
skórka otarta z jednej cytryny (bio)
6 czubatych łyżek ksylitolu
1 czubata łyżka inuliny
1 czubata łyżka mąki gryczanej
1 czubata łyżka mąki z ciecierzycy
1 czubata łyżka mąki ziemniaczanej
szczypta soli

Słonecznik zalać wodą i odstawić na kilka godzin (optymalnie całą noc).
Płatki zalać gorącą wodą i odstawić na 30 minut.
Chleb pokroić w grubą kostkę i podpiec 10 minut w 180⁰C. Odstawić.
W blenderze zmiksować namoczone płatki z 600 ml ciepłej wody. Przecedzić przez gęste sito lub ściereczkę, by uzyskać gęste mleko owsiane.

Zmiksować na gładki mus namoczony słonecznik, 3 szklanki zrobionego mleka owsianego, słodziki, wanilię, sok i skórkę z cytryny, sól.
W masę sernikową wmieszać mąki. Odstawić.

Kostki chleba zmiksować z orzechami na drobną kruszonkę.
Dodać olej kokosowy, masło orzechowe i szczyptę soli. Wymieszać.
Tortownicę wyłożyć papierem do pieczenia, na dno wyłożyć chleb z orzechami, ugnieść i podpiec 10 minut w 180⁰ C.
Na podpieczony spód wyłożyć masę sernikową, stuknąć tortownicą o blat kilka razy, by wyrównać wierzch masy.
Piec 1 godzinę w 180⁰ C. Pozostawić do ostudzenia w formie w wyłączonym piekarniku..
Schłodzić w lodówce.
Udekorować malinami, truskawkami lub borówkami. Ja najbardziej lubię nieco pogniecione przed samym podaniem ;-)




Jeśli ktoś ma szaloną ochotę na karmel, można zmiksować daktyle z odrobiną gorącej wody, posmarować nimi sernik i wierzch posypać prażonymi orzeszkami.

Przepis można uprościć stosując "sklepowe" mleko i rezygnując ze spodu, ale nieco wytrawny spód chlebowy dodaje fajnego akcentu a sklepowe mleko jest ...rzadkie i trzeba wtedy dodać mniej natomiast bardziej konkretne w smaku (waniliowe lub orzechowe)... Wierzch można ozdobić owocami, karmelem z daktyli, lukrem czy dowolnym ulubionym dodatkiem :-)

UWAGA! To nadal kaloryczny deser! Odpowiedni tylko dla osób, które nie mają zaburzeń odczuwania sytości ;-) Słonecznik pochodzący z naszych rodzimych upraw ma więcej tłuszczu niż ten, który jest uprawiany na terenach dalej na południe (Mołdawia, południowa Ukraina, Węgry). Zdumiewa mnie elastyczność świata roślin... Te same gatunku żyjące w różnych rejonach świata, w różnych warunkach środowiskowych, klimatycznych, inaczej budują swoje organizmy! Genetycy są zaskoczeni fluktuacją aktywności ich genów. Jedne są aktywowane do pracy, inne wyciszane, zależnie od wielu czynników, których my nawet nie zauważamy. Zastanawiam się, na ile nasze, ludzkie geny odpowiadają na zmiany środowiska? Nawet na te, których nie zauważamy? Przecież my sami w dużej mierze kształtujemy środowisko. Nie tylko to zewnętrzne (tu akurat taki mierny wpływ miewamy :-( a może :-)?), ale i wewnętrzne (tak, myślę o śnie, wypoczynku, wyborze woda-cola, cukier-owoc, smażone-surowe). Nawet nasze myśli generują impulsy do produkcji różnorodnych chemicznych substancji w naszym mózgu i całym organizmie! Słowa mędrca: "Wreszcie, bracia, myślcie tylko o tym, co prawdziwe, co poczciwe, co sprawiedliwe, co czyste, co miłe, co chwalebne, co jest cnotą i godne pochwały." znajdują swoją naukową dokumentację :-) A to znany od 2000 lat list do przyjaciół apostoła Pawła mieszkających ówcześnie w Filipii... 


środa, 15 czerwca 2016

Pieczarkowy rawburger

Bywa, że mamy ochotę na pieczone pieczarki jako wsad do buły z tradycyjną sałatą, pomidorkiem, majonezem i...co kto lubi. Wtedy zostają wielkie pieczarkowe nóżki. Gdy mieliśmy jeszcze piec węglowy w kuchni piekliśmy je na blasze. Były....wow...cudownie pyszne... Piec węglowy został zastąpiony gazowym (przeżyłam chwile zdumienia, gdy obiad zrobiłam w pół godziny zamiast dotychczasowych dwóch ;-)) i teraz nóżki pieczarkowe bywają upychane jako dodatki w różne różności. Dzisiaj zatęskniłam za surowym burgerem i właśnie do niego zużyłam wspomniane nóżki, dorzuciłam kilka całych pieczarek (zdecydowanie wolę rawburgera od pieczonego :-)), jakieś dodatki i wyszedł piękny, prawie czarny, aromatyczny, esencjonalnie pieczarkowy rawburger. Doskonały zawinięty w liście sałaty z marchewką drobniutko pokrojoną w julienki :-)



RAWBURGER PIECZARKOWY
9 sztuk

½ cukinii
1 gałązka selera naciowego
3 duże pieczarki z nóżkami
9 grubych nóżek luzem
3 łyżki siemienia lnianego
1 szalotka
½ łyżeczki pieprzu ziołowego
½ łyżeczki lubczyku (liść)
spora szczypta płatków chilii
2 łyżki sosu sojowego Tamari
½ łyżeczki soli (lub więcej, jeśli wolicie)

Cukinię umyć, seler naciowy obrać z włókien, pieczarki i nóżki oczyścić i wszystko pokroić grubo.
Siemię lniane zmielić.
Szalotkę posiekać bardzo drobno.
W malakserku zmiksować na drobną kaszkę cukinię, pieczarki i seler.
Dodać resztę składników i dokładnie wymieszać.
Ruszt piekarnika lub suszarki wyłożyć papierem do pieczenia.
Łyżką wykładać masę i formować w burgery (uwaga! w czasie suszenia kurczą się... ;-)).
Suszyć w 70⁰C przez 1 godzinę, później w 45⁰C dosuszyć do preferowanej konsystencji.
U mnie było to 5 godzin - rano zmiksowałam, wrzuciłam do suszenia i na obiad były idealne :-)




wtorek, 14 czerwca 2016

Orzeźwiające kiszone rzodkiewki

Rzodkiewki chrupiące i soczyste są wyśmienite do surówek, sałatek, na kanapki a nawet do gotowania i pieczenia. Jednak przy moim zamiłowaniu do kiszenia, musiały w końcu znaleźć się w słoiczku z tradycyjnymi przyprawami kiszeniowymi i wzbogacić swój skład witamin i fitosubstancji multiplikując większość z nich a także produkując probiotyki, enzymy i kto to wie, co jeszcze... stojąc grzecznie w słoiku pod szafką. Tam jest najlepsze miejsce do kiszenia, bo temperatura stała, ani za ciepło, ani za zimno. Postały trzy dni a czwartego zostały zdegustowane wraz ze swoim ładunkiem dobroci ku zdrowotności ;-)
Faktem jest, że przy słabej odporności zintensyfikowanie spożycia kiszonek może okazać się zbawienne. Odporność jest w cenie, a kiszonki domowe bezcenne, bo nigdzie nie kupimy tak doskonałych przetworów o jakości przewyższającej suplementy z najwyższej półki!


KISZONE RZODKIEWKI
słoik 1 l

4 pęczki rzodkiewek
kilkanaście ziaren gorczycy
3 ziarna ziela angielskiego
5 ziarenek czarnego pieprzu
1 liść laurowy
1 łyżka soli himalajskiej
1 litr wody

Rzodkiewki bardzo dokładnie umyć i odkroić obie ogonek i łodyżki.
Do wyparzonego/wygotowanego słoika wsypać zioła i ułożyć ściśle rzodkiewki.
Wodę zagotować i rozpuścić w niej sól.
Zalać rzodkiewki gorącą słoną wodą.
Jeśli wypływają, docisnąć dużym plastrem selera lub wygotowanym kamieniem.
Słoik zakręcić i odstawić na trzy - pięć dni w miejsce o temperaturze 18 - 20⁰C.





poniedziałek, 13 czerwca 2016

Dżem truskawkowy w kwadrans

Gotowanie powideł, dżemów, konfitur, jest długotrwałe i pracochłonne. W czasie tego procesu znikają nie tylko cenne godziny, ale i wartości zdrowotne przetworu :-( Jeśli gotujemy niewystarczająco długo, musimy dosładzać, bo znika również naturalny smak i aromat. Wraca dopiero przy sporym odparowaniu wody,ale wartości zdrowotne już nigdy doń nie wrócą... Szkoda... W związku z tym zaczęłam od zeszłego roku przetwarzać owoce używając agaru i wstępnie gniotąc owoce rękami, co skraca czas pracy do minimum tj. kwadransa... jeśli nie liczyć mycia i obierania wsadu ;-) Wychodzi bardzo smaczny dżemik o aromacie świeżych owoców, w czym pomaga dodatek minimalnej ilości soli. O dziwo, smaku słonego się nie wyczuwa :-) Dodatkowym walorem dżemu truskawkowego przygotowanego w ten sposób jest jego kolor. Piękny...truskawkowy (;-)) zamiast burego :-DDD


DŻEM TRUSKAWKOWY Z AGAREM
(6 słoiczków 200 ml)

1 kg truskawek
1 ½ łyżeczki agaru
ewentualnie 1 łyżka ksylitolu
szczypta soli himalajskiej

Truskawki dokładnie umyć, usunąć szypułki z listkami.
W sporej misce rozgnieść owoce rękoma tak, by uzyskać wielkość kawałków nas satysfakcjonującą.
Umieścić owoce w odpowiednio dużym garnku, dodać szczyptę soli podgrzewać na małym ogniu do zagotowania.
Jeśli truskawki są mało słodkie, dodać 1 łyżkę ksylitolu.
Zagotować na średnim ogniu, mieszając dość często.
Posypać agarem (choć moc wiążąca agaru zależy od jego jakości - wskazana wcześniejsza próba). 
Pogotować 7 minut wciąż na małym ogniu stale mieszając.
Gorący dżem wkładać do wyparzonych słoiczków, zakręcać i ustawiać na grubej ściereczce tradycyjnie do góry dnem.
Przykryć grubym ręcznikiem i pozostawić do wystudzenia.


Gdy nie chcemy zapełniać piwnicy/spiżarni/szafek balkonowych/... słoikami na późniejsze miesiące a jedynie na bieżąco zajadać się smacznym dżemikiem, doskonale sprawdza się użycie nasion chia jako zagęstnika. Obecność imponującej ilości kwasów tłuszczowych omega 3 jest dodatkowym atutem. Spora ilość ciemnych ziarenek może wyglądać nieszczególnie, ale nie w przypadku truskawek, które same mają sporo drobnych pestek, więc nasionek chia się zupełnie nie zauważa. Dżem wygląda trochę, jak malinowy, ale to przecież żadna ujma ;-)

SUROWY DŻEM

Truskawki umyć, obrać i zgnieść rękoma tak, by uzyskać kawałki owoców, jakie nam odpowiadają..
Do rozgniecionych dodać nasiona chia w ilości 1 łyżki na szklankę masy owocowej.
Wymieszać i odstawić do lodówki do zgęstnienia.
Najszybciej zżeluje, jeśli zamieszamy kilka razy w ciągu dwóch godzin.
W tym czasie chia zmięknie i otrzymamy dżem jak poniżej. Ilość pestek sugerowałaby maliny, ale to sabotaż zakamuflowanych chia ;-)


Od czasów mojej babci wiele się zmieniło, ale nadal z jakąż przyjemnością sięga się w chmurne jesienne, zimowe dni po słoiczek pachnących owoców! Jak miło mieć Mamę, która zaopatruje w te kolorowe słoiczki i pewnie niejeden mąż w skrytości (jawnie chce BURGERA! ;-)) podkrada cudowne mamine/żonine dżemiki, by poczuć w ustach letni aromat soczystych truskawek, porzeczek, ... i co tam jeszcze znajdzie...  A słowa starożytnego Salomona z przypowieści 31:10-29 rozczulają jego serducho... Myślałam, że to tylko męski szowonizm i nie przypuszczałam, że zabawa w słoikowanie może mi sprawiać taką frajdę! "Dzielna kobieta - trudno o taką, jej wartość przewyższa perły, (...) pracuje żwawo swoimi rękami.
Podobna jest do okrętów handlowych, z daleka przywozi żywność(...) pracą swoich rąk zasadza winnicę.
(...) Mocą przepasuje swoje biodra i rześko porusza ramionami. Wyczuwa pożytek ze swojej pracy
(...) Dziarskość i dostojność jest jej strojem, z uśmiechem na twarzy patrzy w przyszłość.
(...) Czuwa nad biegiem spraw domowych, nie jada chleba nie zapracowanego."

Nadal nie chcę być porównywana do okrętu, szczególnie biorąc pod uwagę jego rozmiar i masę (wyporność tudzież ;-)), to już wyczuwam pożytek z mojej pracy i zadziwia mnie jego rozmiar i rozległość! :-D 
O sadzeniu winnicy innym razem ;-)



sobota, 11 czerwca 2016

Bezglutenowe muffinki kawowe ze śliwką

Czy może być coś bardziej domowego niż kubek gorącej kawy zbożowej po wycieczce rowerowej w zimny wilgotny dzień? Dla nas jest on symbolem domowego ciepła i odpoczynku :-) Chcąc przywołać następnego dnia odczucie cudownego relaksu upiekłam kawowe muffinki, delikatnie słodkie, z nutką goryczki, doprawione szczyptą rozgrzewającego chili... :-D Przez nieuwagę zostawiłam je w zbyt wysokiej temperaturze i...wyszły dodatkowo niezwykle chrupiące z zewnątrz. Myślę, że to zasługa siemienia lnianego używanego zamiast oleju.




MUFFINKI KAWOWE
15 sztuk

100 ml mleka sojowego
50 ml ciepłej wody
świeże drożdże wielkości 2 czereśni

Wymieszać, odstawić.

1/2 szklanki wiórków kokosowych
1/2 szklanki siemienia lnianego
1 czubata szklanka mąki gryczanej
20 suszonych śliwek
250 ml mocnej kawy zbożowej
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżka cykoriady
1/4 łyżeczki chili
szczypta soli

Siemię lniane zmielić na proszek.
Śliwki pokroić w kosteczkę.
Wymieszać suche składniki w misce.
Wymieszać kawę i przyprawy z rozpuszczonymi drożdżami.
Połączyć obie mieszanki, mieszać przez minutę, żeby siemię zagęściło masę.
Do foremek muffinowych włożyć po czubatej łyżce masy. Odstawić do wyrośnięcia do piekarnika z włączoną lampką na 30 min do 1 godz.
Włączyć nagrzewanie piekarnika do 200⁰C, wyłączyć po 30 minutach.
Wyciągnąć z foremek i ostudzić.

Muffinki można przełożyć powidłami śliwkowymi lub kremem kokosowym z tego przepisu. lub założyć czapeczkę z puszystego musu owocowego ;-)
Nam smakuje również bez kremu, z musem wiśniowo-malinowym (mrożonki w stosunku 1 : 1 blenduję bardzo dokładnie) albo z masłem z mango ze "Slowly veggie" nieco odchudzonym, w którym bardziej czuć mango :-D.
Gdy nie mogę się zdecydować, daję oba dobra naraz... Jak ja lubię wolność w kuchni!


Nie tylko w kuchni ;-) Wolność daje możliwość kochania, a ja mam wokół siebie tak wspaniałych ludzi, że niemożność kochania byłaby...cóż to za wizja...nie, być aż taką pesymistką z muffinką kawową pod ręką? Małe muffiniątka polałam polewą karobową i udekorowałam granatem. Rozpryskujący się sok z granata w ustach pełnych karobowego smaku z nutką kawowej goryczki jest tym, do czego chętnie wrócę w niejedno popołudnie...