O czym jest ten blog?

Notatki z życia codziennego żony i matki prowadzącej dom w wersji możliwie eko-naturalnie roślinnie. Nie stroniącej od trudnych pytań, ale szukającej sensu i piękna.

niedziela, 31 lipca 2016

Portobello z bazylią

Sezon na grilla w pełni. Jedynie ulewny deszcz zniechęca do rumienienia na rozżarzonych rusztach wszystkiego, co wpadnie w rękę... W moim sąsiedztwie są to przede wszystkim mięsiwa. Zarówno mniej, jak i bardziej przetworzone przemysłowo. Abstrahując od ilości powstających nitrozoamin i kaskady kancerogenów (któż zjada do porcji grillowanego mięsa wielką michę kapusty, by zniwelować ich działanie???), niektóre wydzielają takie aromaty, że decyduję się pędzać czas nieco dalej od grillującego sąsiedztwa. Skutkiem jest nasze niegrillowanie :-) Jednak ilustracje z wegańskich grillów są tak apetyczne, że chciałoby się zjeść coś podobnego. Jednym z ciekawszych grillowanych dań są wielkie kapelusze brązowej pieczarki Portobello. Charakteryzują się mięsistą strukturą i intensywnym smakiem, zdecydowanie ciekawszym od białej pieczarki. Są również nieco droższe, ale ta inwestycja jest warta swojej ceny, gdyż to odmiana starsza i zasobna w sporo witamin z grupy B a nawet witaminę D₂. Może jesienią odpalimy ognisko i na nim przyrządzę coś pysznego a tymczasem upiekłam w piekarniku :-)



PORTOBELLO Z BAZYLIĄ

½ kg Portobello
2 garście świeżych liści bazylii
½ kostki tofu naturalnego
1 duży ząbek czosnku
kilka dorodnych gałązek zielonej pietruszki
1 łyżka sosu sojowego Tamari
oliwa do pieczenia
1 łyżeczka pieprzu ziołowego
sól, mielona kozieradka
1 duży pomidor malinowy
spora szczypta czarnuszki

Pieczarki oczyścić, urwać nóżki i pokroić je w paski.
Kapelusze spryskać sosem sojowym i oliwą, posypać połową pieprzu ziołowego.
Czosnek obrać i posiekać drobniutko razem z bazylią.
Pietruszkę posiekać grubo.
Tofu wkruszyć do miski, wymieszać z czosnkiem, bazylią, pietruszką.
Wymieszać widelcem masę z sosem sojowym i pieprzem ziołowym. Dosolić do smaku, jeśli jest za mało słona.
Kapelusze wypełniać łyżką masy i posypać kozieradką.
Na wierzch każdego kapelusza położyć gruby plaster pomidora, spryskać oliwą i posypać kilkoma ziarenkami czarnuszki.
Piec w 200⁰C 25 - 30 minut.


sobota, 30 lipca 2016

Letnia kokosowa szarlotka z fistaszkami

Bardzo lubię młode letnie jabłka. Zazwyczaj są jędrne, kwaskowe, soczyste i pachnące. Papierówki i pirosy to moje ulubione. Później przyjdzie czas na antonówki... Tymczasem na straganach spotykam coraz to inne nowości. Nie byłabym sobą, gdybym nie spróbowała... Próby wypadają, powiedzmy, różnie. Bywają skórki twarde jak podeszwa albo rozpadający się wręcz miąższ. Jak widać po słownictwie, nie są moimi faworytami ;-) Co zrobić z takim nietrafionym zakupem? Zazwyczaj część ląduje w różnorakich zielonych smoothie, ale i tak trochę zostaje a letnie jabłuszka są bardzo nietrwałe, więc wykorzystać je trzeba szybko. Gdy dojrzeje czarny bez, będę robić soki na zimowe przeziębienia. osładzam je właśnie dodatkiem jabłek. Jednak owoce czarnego bzu są jeszcze zupełnie zielone i planuję ich przetwórstwo za dwa, trzy tygodnie. Tymczasem odkryłam przypadkiem bardzo smaczną szarlotkę z takich właśnie nieciekawych letnich jabłek. Jest wilgotna (kokos robi swoje), miękka (dla zrównoważenia tej miękkości dodałam chrupiące fistaszki), słodka (delikatnie, bo letnie smaki są...lekkie :-)). Dla nas świetny deser po obiadku, śniadanku, kolacji... ;-)


LENIA KOKOSOWA SZARLOTKA Z FISTASZKAMI
24 x 15 cm

1 szklanka mąki kukurydzianej
1 szklanka mąki kokosowej
35 dkg jabłek
1 filiżanka fistaszków niesolonych
1 ¼ szklanki mleka kokosowo - ryżowego (lub inne roślinne słodkie)
¾ szklanki mleka kokosowego o 60% zawartości kokosa (dość "cienkie")
3 łyżki soku z cytryny
1 łyżka suszonych drożdży
spora szczypta soli
2 łyżki cukru kokosowego (ma niski IG)

Fistaszki podprażyc na suchej patelni, wystudzić.
W sporej misce wymieszać mąki, drożdże i sól.
Z jabłek odłożyć jedno duże lub 2 średnie a resztę zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Wmieszać w mąki.
Połączyć mleka, wlać do miski z mąkami, wymieszać na jednolitą masę.
Odstawić do wyrośnięcia w osłonięte miejsce (zaleta lata: wszędzie jest ciepło :-)).
Pozostawione jabłko pokroić na cienkie plastry (najlepiej mandoliną lub szatkownicą), skropić sokiem z cytryny, by nie ściemniały.
Na wyrośniętym cieście rozsypać równomiernie fistaszki, przykryć warstwą pokrojonych jabłek i posypać cukrem.
Piec 50 minut w temperaturze 180⁰C.
Podawać można w foremce i niech każdy odkrawa kawałek i wpycha w pysiaka...


Można posypać słodkimi borówkami...


... albo podać po amerykańsku jeszcze ciepłą z lodami...


Tu akurat mocno orzechowe, ale pyszna jest również z chałwowymi :-)


środa, 27 lipca 2016

Lody orzechowo-ciasteczkowe bez ciasteczek

Znacie lody orzechowe? Każdy zna! W sezonie letnim każde lody cieszą się powodzeniem. Im goręcej tym mniej wybredni się robimy. Byle się nieco ochłodzić... Korzystając z tej tendencji zaczęłam eksperymentować licząc na to, że produkt i tak znajdzie chętnych do konsumpcji i nie zmarnuje się ani praca ani składniki. Taka oszczędna się zrobiłam, ha, ha. Lody wegańskie według fachowców (czyt. Jadłonomii ;-)) powinny składać się z tłustego składnika (mleko kokosowe, awokado itp.) i być napowietrzane w czasie zamrażania lub zmiksowane w superblenderze ze zmrożonych wcześniej składników. Ja superblendera nie posiadam, więc testowałam częstotliwość mieszania w czasie mrożenia. Podobnie sprawdzałam lody najmniej tłuszczowe, bo mleko kokosowe jako baza nie jest wyjściem dla mnie najkorzystniejszym (choć nieprzyzwoicie smacznym, przyznaję, i pewnie się skuszę czasem...). Tak powstały lody orzechowe z daktylami (muszą być dość suche i drobniutko pokrojone) dającymi posmak ciasteczek.


LODY ORZECHOWO-CIASTECZKOWE bez ciasteczek
4 porcje

2 dojrzałe banany z plamkami, ale nie plamskami ;-)
4 czubate łyżki masła orzechowego domowego
2 łyżki ksylitolu
2 łyżki soku z cytryny
20 kropli esencji waniliowej z prawdziwej wanilii!
¼ szklanki orzechów laskowych
2 - 3 daktyle suszone najlepiej eko
szczypta soli (jeśli masło nie jest solone)

Orzechy grubo posiekać i podprażyć na suchej patelni.
Daktyle drobno posiekać.
Banany, masło (sól), sok z cytryny, wanilię i ksylitol zmiksować na puszysty krem, dodać bakalie i wymieszać.
Wstawić do zamrażalnika i mieszać dokładnie widelcem co 45 - 60 minut.
Moje po trzech i pół godzinach były idealne.


Można polać dodatkowo syropem klonowym, który ma smak lekko karmelowy lub posypać kruszonką z prażonego słonecznika i suszonych daktyli... Smakuje jak kruszone ciasteczka! Robię z niej podstawę do ryżowego rafaello i tiramisu, na który przepis wkrótce się pojawi na blogu.


Jedna porcja zawiera jedną czubatą łyżkę masła orzechowego i pół banana, więc fit wersja to nie jest.
Jeśli przeraża Was taka kaloryczność (tak dużo znów nie jest!), zdecydowanie polecam sorbety... :-D

niedziela, 24 lipca 2016

Witariańskie burgery z selerem w roli głównej

Lato to zdecydowanie czas soczystych, młodych warzyw. Są aż słodkie młodością, później będą dojrzałe głębią smaków...
I jak tu te cuda wrzucać do wrzątku? Aż serce boli, gdy znikają kolory, jędrność zmienia się w ...ech...  Szkoda... Jednak nie bardzo lubię codziennie zatapiać swoje ząbki w surową bulwę selera. Surówki? Kolorowe, soczyste, są super! Koktajle warzywne? Aksamitne, gęste, z dodatkami pestek, fenomenalnie odżywcze, są doskonałe! Kotlety? Ups!... hmmm...? Wiem z warzyw da się zrobić wszystko, ale miałam nie rozpieszczać na śmierć temperaturą, więc...? Zamiast piec czy smażyć, trzeba suszyć. Wychodzą wtedy prawdziwe cuda. Raw burgery pieczarkowe już były. Czas na witariańskie burgery warzywne z selerem w roli głównej.


WITARIAŃSKI BURGER Z SELEREM
10 małych

1 mała cebula czerwona
1 mała marchewka (słodka i soczysta!)
1 mała pietruszka
1 mały batat
1 młody seler
3 łyżki napęczniałego siemienia lnianego
2 czubate łyżki posiekanej zielonej pietruszki
½ łyżeczki sosu Tamari
¼ łyżeczki soli
¼ łyżeczki kolendry całej
¼ łyżeczki czarnuszki
spora szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej

Warzywa obrać, pokroić drobno.
Kolendrę i czarnuszkę ubić w moździerzu lub między dwoma kawałkami gęsto tkanego płótna rozbić wałkiem.
Wszystkie składniki (poza zielona pietruszką) zmiksować w malakserku, dodać zieleninę i wymieszać z resztą korzystając z trybu pulsacyjnego lub zwyczajnie łyżką.
Na ruszcie wyłożonym papierem do pieczenia formować łyżką kotlety. Można użyć stalowych formówek cukierniczych.
Suszyć przy uchylonych drzwiczkach piekarnika w temperaturze 45⁰ C około 6 - 8 godzin (ja miksuję rano i na obiad jest gotowe!).


Pyszne z sosem z nerkowców, podane z makaronem z cukinii zrobionym spiralizerem lub skrobaczką julienne posypanym przyprawą włoską i pokruszonym tofu.

I tyle zostało... a i to zaraz się zjadło... :-)


czwartek, 21 lipca 2016

Naturalny bezglutenowy chleb z samej kiełkującej gryki + woda i sól... Tak odkryto zakwas... No, prawie...

Poszukiwania bezglutenowych chlebów bywają skomplikowane. Pieczenie samodzielne czasem również. Szczególnie na początku. Brak zakwasu bezglutenowego, do tego trudna do zweryfikowania właściwa konsystencja ciasta... Kilka etapów rozciągniętych w czasie... Znalazł się jednak sposób i na to. Spróbowałam, nawet kilka razy, i teraz już idzie bez pudła. Bezglutenowy chleb gryczany, bez zakwasu, bez drożdży, bez wyrabiania, ... O.K. Czas jest potrzebny, bo wszystko, co rośnie wymaga czasu a chcemy mieć chleb wyrośnięty zamiast zwartej kluchy! Trzeba więc zaplanować, kiedy chcemy jeść, zaczynamy dwa dni wcześniej i mamy chleb.
Wiele wieków temu przypadkiem odkryto zakwas, gdy zostawiono ciasto "na placki" zbyt długo i wszechobecny mikroorganizmy zrobiły swoje. Zamiast placków wyrósł pierwszy chleb. Z pewnością był bardziej podpłomykiem niż bochenkiem, ale napowietrzona struktura zrobiła wrażenie takie, że zaczęto zostawienie ciasta stosować już celowo... Do dzisiaj niektórzy szanujący się piekarze przy każdym wypieku chleba tworzą nowy zakwas a historia usuwania wszystkiego, co zakwaszone w czasie szczególnych świąt ich akurat nie przeraża ;-D Teraz i ja się nie martwię ewentualną stratą zakwasu. Poniższym sposobem zrobię chleb z każdej świeżej białej kaszy gryczanej. Co prawda, ciasto do fermentacji będzie nie z suchej mąki, ale kiełkującej gryki, ale skutek podobny. Chleb wyrośnięty, choć nieco wilgotny, ale do noża się nie klei :-)


CHLEB GRYCZANY NATURALNY

600 g kaszy gryczanej niepalonej (białej)
½ łyżeczki soli

Dzień 1 wieczorem.
Kaszę wypłukać, zalać chłodną przegotowaną wodą, przykryć i odstawić na 24 godziny.
Dzień 2 wieczorem.
Po tym czasie powinny być widoczne malutkie kiełki na wierzchnich nasionkach.
Przepłukać dokładnie na sicie i zmiksować w blenderze z przegotowaną wodą i solą na gładkie ciasto.
Woda powinna wypełnić około ⅔ objętości namoczonej kaszy.
Ciasto powinno mieć konsystencję dość zwartą, podobną do gęstego budyniu.
Jeśli jest za rzadkie dodać po prostu mąkę gryczaną
(za gęste zasygnalizuje blender, bo będzie miał trudności ze zmiksowaniem ;-)).
Ciasto wylać do silikonowej foremki, odstawić do piekarnika z włączoną lampką na kilkanaście godzin czyli aż wyrośnie. Ja zostawiam na noc.
Dzień 3 rano.
Włączyć piekarnik na 200⁰C i nastawić czas 75 minut (godzina pieczenia plus 15 minut rozgrzewania).
Upieczony chleb wyjąć na kratkę i ostudzić.
Dzień 3 wieczorem.
Jemy chrupiący, świeży bezglutenowy naturalny chleb na kolację!






środa, 20 lipca 2016

Ulubione mieszanki przypraw

Cudowne proszki smaku...   

Kochani, czasem jestem pytana, jakie przyprawy stosuję w swojej kuchni. W końcu, co pieprz ziołowy, to inny smak, czubrica czubricy nierówna, że o przyprawach warzywnych typu nie-vegeta nie wspomnę... Otóż, niezbyt często używam mieszanek. Zazwyczaj zawierają jakieś "śmieszne" dodatki chyba dla zamaskowania nieudanych kompozycji smakowych ;-) Wyjątkiem jest u mnie pieprz ziołowy, bo czarnego unikam, jeśli mogę. Ten jest ostry i działa zbyt silnie, jak na moje potrzeby. Zostawiam go przede wszystkim do kiszonek. Tam pełni funkcje wielorakie i trudno z niego rezygnować.



Tak więc ziołowy lubię i używam. Stosuję tylko pieprz firmy Kamis. Po prostu najbardziej odpowiada mi jego smak i aromat.
W składzie ma gorczycę białą, kolendrę, słodką paprykę, kminek, majeranek, chili i liście laurowe. Używam na tyle często (degustacje jednak nieco pochłaniają przypraw ;-)), że kupuję w 700 gramowych pudełkach! Jeszcze się nie zdarzyło, żeby się zmarnował...
Swego czasu używałam jeszcze przyprawy piernikowej, ale jej skład bywa teraz tak rozmaity i zmienia się nawet w ramach tego samego producenta :-( Za każdym razem więc czytam skład, bo zmiany zazwyczaj są na minus...
Natomiast są mieszanki ziołowe pięknie skomponowane i ze składników dobrej jakości (jak dotąd). Nie wietrzeją po tygodniu, zachowują smak i kolor. Z nich są trzy moje ulubione, których nie planuję zamieniać nawet na samodzielnie robione, bo są idealne :-)
Wszystkie firmy Visana. Przy okazji: dziękuję za tak fajny produkt i proszę, nie obniżajcie standardów!!!

Nr 3 Zielona czubrica. Gdy dzieci chcą coś a nie wiedzą, co, smarują chleb czymkolwiek i sypią czubricę... :-) Jest w niej natka pietruszki, sól, cząber i czosnek. Kilka składników a efekt rewelacyjny. Jest aromatyczna i pasuje do każdej (dosłownie: każdej) kanapki... Córcia przywiązała się do niej w dzieciństwie i tak już zostało.

Nr 2 Przyprawa królewska. Ona kryje w swoim składzie kozieradkę (mój przyjaciel od kilku miesięcy!), cebulę, czosnek, lubczyk, majeranek, słodką paprykę, ostrą paprykę, tymianek i sól kamienną. Do zapiekanek i placków genialna. Prawdopodobnie wymyślicie jeszcze setkę zastosowań...

Nr 1 Ostatnia na zdjęciu. Używana najdłużej. Obudziła moje zainteresowanie produktami Visany. To bulion lubczykowy. Funkcjonuje jako przyprawa warzywna. Doskonała do zup, sosów, past. Swego czasu rozpuszczałam w wodzie (w zasadzie mieszałam, ale sól trza było jednak rozpuścić, więc rozpuszczanie niech robi za czynność graniczną ;-)), zagotowywałam, dodawałam makaron i był rosół wegański. Łatwizna w kuchni, z której wszyscy byli zadowoleni. W jego składzie są głównie warzywa: cebula smażona, lubczyk, pasternak, sól, pietruszka, marchew, seler, cebula, pieprz czarny (w tym wypadku się bardzo przydaje), por i rozmaryn. Co do smażonej cebuli - według informacji uzyskanej od producenta - smażona jest na oleju palmowym nieutwardzanym, bez panierki, co oznacza: bez glutenu.

Nr 4 Przyprawa włoska (brak zdjęcia, bo kupiłam duże opakowanie i się sfatygowało ;-)) Używam do pizzy, makaronu czy sałatki w stylu greckim. Również firmy Visana. Tutaj skład jest mniej jasny, bo jest podany lubczyk, cząber, majeranek, pieprz turecki, czarnuszka (ona nadaje bardzo charakterystyczny ryt aromatyczny mieszance), susze warzywne (??? kupuję ją dając firmie kredyt zaufania oparty na pozostałych produktach...) i sól.

Zaletą tych mieszanek jest, że nie zawierają glutaminianu sodu (ani jego zastępników!), konserwantów ani cukru czy glutenu. Są wszystkie bardzo wyraziste i konkretne.

Pozostałe pojedyncze zioła staram się wybierać jak najlepszej jakości, bo od przypraw zależy efekt finalny. Jeśli więc je kupuję, to staram się, żeby nie było niespodzianek (zwietrzały aromat, obce zapachy, bo akurat coś się wmieszało, itp) jednocześnie balansując dookoła przystępnej ceny, co oznacza poszukiwanie atrakcyjnych rabatów, akcji tematycznych itp.

Bardzo nie lubię wyrzucać jedzenia ani sprzętów, więc pilnuję jakości tego, co kupuję. Czasem muszę iść na kompromis, niestety... Dlatego pewnie nadal nie mam blendera o potężnej mocy, bo jego cena powala i mogłabym nie wstać z powalenia, a w takiej pozycji należałabym do tych zwietrzałych ;-) Zostaję przy sprzęcie wystarczająco dobrym, by działało (i miało zabezpieczenie przed przepaleniem!!!) i po zakupie nadal mogę stać na własnych nogach ;-)

Ceny przypraw są zdecydowanie mniej zróżnicowane i warto dołożyć...kilka groszy?...żeby mieć je dobrej jakości :-)


Przy okazji wzięło mnie na refleksje ogólniejsze... U nas nie ma targowisk z worami pełnymi kolorowych proszków, jak ten powyżej (typowy, mały targ we Francji...nieźle...). Wyglądają niezwykle malowniczo, pachną na kilkadziesiąt metrów i zawsze mają sporo klientów. Na jednym z nich pierwszy raz zobaczyłam na własne oczy różne rodzaje kardamonu. powąchałam je również na własny nos... Nie każdy miałam ochotę spróbować... ;-)
Są kraje, w których używa się wszystkich rodzajów bardzo chętnie... Ogólnie używa się przypraw tak często i tak hojnie, że stoiska takie, jak powyżej, są jak najbardziej uzasadnione. U nas nie jest to tak popularne poza konkretnymi miejscami z kuchnią wschodnią czy tajską.


Takie widoki więc można jedynie spotkać na stoiskach dodatkowych w dużych centrach handlowych z workami kilku najbardziej popularnych przypraw. Osobiście kupuję tam sumak. Jego kwaskowy smak czasem się przydaje, choć muszę jeszcze sporo z nim popracować, żeby stał się bardziej swojski. Ponieważ rzadko można spotkać go gdzieś indziej, więc korzystam z tego, co jest, choć z obserwacji wynika, że te wory stoją prawie nie ruszane całymi miesiącami... Otwarte, wokół tłumy niezainteresowanych (natomiast hojnie machających torbami i różnorodnym jedzeniem właśnie konsumowanym) przechodniów. Nie bardzo chce mi się myśleć, co w tych workach jest jako wkład własny lokalnych klientów... ;-) Skupiam się na pięknym kolorze i szukam świeżo otwartego worka...

Może macie jakieś swoje ulubione dodatki? Może zechcecie podzielić się swoimi odkryciami? Mogą się przydać innym. Jeśli macie tematyczny wpis na swoim blogu, wrzućcie do niego link. Pozdrawiam serdecznie! Smacznego aromatycznego!

wtorek, 19 lipca 2016

Co jeszcze by zakisić...??? Agrest!

Upodobanie do kiszenia się rozwija... Powoli wystartowało, nabierało rozpędu, by teraz szukać kolejnych swoich ofiar ;-) Padło na agrest. Twardziutki, soczysty, słodziutki i mało wykorzystywany. Czas to zmienić. Zrobiłam dżemiki do słoików na czas ponurej, ciemnej zimy. Słoiki się kończą a agrest nie, więc musiałam spróbować kiszenia... Tradycyjne przyprawy, chrzan wraz z liśćmi winogron dały fajny efekt smakowy. Do jedzenia i podjadania...


KISZONY AGREST
(na jeden litrowy słoik)

jędrne, zdrowe owoce agrestu ok. ½ kg zależnie od wielkości i stopnia dojrzałości
kawałek korzenia chrzanu
2 zdrowe liście winogron, najlepiej z młodych
kilkanaście nasion gorczycy
5 - 6 ziarenek pieprzu czarnego
1 liść laurowy
1 gałązka kopru z nasionami
1 łyżka soli na 1 litr zalewy

Słoik dokładnie wyparzyć wraz z nakrętką
(myję w zmywarce przy użyciu ekologicznych, naturalnych środków myjących i nabłyszczających w temperaturze 75⁰C).
Wodę z solą zagotować i zostawić do przestudzenia.
Do słoja włożyć przyprawy i koper, układać dość ściśle agrest uważając, by nie uszkodzić owoców.
Liście złożyć tak, by miały rozmiar przekroju słoja, łodyżkę zaginając, by utrzymała liść wciśnięty nad owocami i nie pozwoliła im wypłynąć.
Zalać zalewą. Jeśli liść trzyma całość pod wodą, jest o.k.
Jeśli się nie udało, położyć wygotowany kamyk rzeczny
(mam zestaw kilku dyżurnych do kiszenia w różnych rozmiarach, do różnych słojów, trzymam w nieużywanym "wecku", aż przyjdzie ich kolej ;-)).
Zakręcić i odstawić w ciemne miejsce o temperaturze 18 - 21⁰C na 4 - 5 dni.
Na wszelki wypadek kiszonki stawiam zawsze na głębszym talerzyku. Jeśli się mocniej burzą, nie aromatyzują mi permamentnie całej kuchni ;-) Talerzyk idzie do zmywarki i ślad po burzliwej działalności lokalnych owoców zostaje jedynie we wspomnieniach a słoik może powędrować do chłodnej piwnicy, by poczekać na swoje pięć minut :-)






niedziela, 17 lipca 2016

Kiszona fasolka szparagowa

Fasolkę szparagową jadłam nawet na surowo. Młodziutka była, z mojego "chowu", a ja zdecydowana jadać surowe... Bywam czasem mocno zmotywowana ;-) Fasolka rewelacyjna nie była, ale zjeść się dało i nawet żadnej niestrawności nie dostałam. Zresztą przepis znalazłam w całkiem wiarygodnej dietetycznie publikacji i nie byłabym sobą, gdybym chociaż nie spróbowała... Na próbie się skończyło... :-) Eksperymenty kiszonkowe skierowały mnie znów w stronę tego pysznego (po ugotowaniu ;-)) warzywa i tak pojawił się pierwszy słoik kiszonej fasolki szparagowej. Wszyscy zgodnie oceniliśmy eksperyment jako udany i tak powstały kolejne słoiki z nową kiszonką jako"zapasy piwniczne" (nie mam spiżarni, mam piwnicę ;-))
Ponieważ fasolki nie obgotowywałam, wybierałam młodziutką i bezwłóknistą. Używam słojów litrowych (przynajmniej), bo do mniejszych strączki się nie mieszczą pionowo...




KISZONA FASOLKA SZPARAGOWA 

młoda żółta fasolka szparagowa (około 60 dkg na słój 1 l)
czosnek
gorczyca
pieprz czarny w ziarnach
liść laurowy
gałązka koperku z nasionami
liście winogron lub porzeczki czarnej
1 łyżka soli na 1 l zalewy

Fasolkę dokładnie umyć, usunąć końcówki z łodyżką.
Do dokładnie wyparzonego litrowego słoja włożyć kilkanaście ziaren gorczycy, kilka ziaren pieprzu, liść laurowy, 3 kulki ziela angielskiego, gałązkę kopru.
Strąki fasoli układać pionowo, bardzo ściśle tak, by nie wypływały po zalaniu.
Pomiędzy strączki wcisnąć 2 ząbki czosnku i liście.
Zalać przestudzoną zalewą (jeśli fasolka nie jest z pewnego źródła lub zamierzamy przechowywać w piwnicy o temperaturze wyższej niż 10⁰C, lepiej zalać wrzącą zalewą).
Jeśli jednak fasolka wypływa, na wierzch rozłożyć dodatkowy liść wciskając brzegi pomiędzy ścianki słoja a strączki. Na wierzchu położyć wyszorowany i wygotowany 15 minut kamyk rzeczny tak, by docisnął wypływającą fasolkę.
Woda musi zakrywać całą fasolę i liście.
Zakręcić i odstawić w ciemne miejsce o temperaturze 18 - 20⁰ C.
Z tego powodu lubię chłodniejsze okresy w lecie. Mogę kisić i kisić i nic się nie psuje :-D






Kiszonka jest gotowa po tygodniu. Woda jest wtedy mętna, a po otwarciu słoja bulgocze i bardzo przyjemnie pachnie. Można wstawić do chłodnej piwnicy do późniejszej konsumpcji, do lodówki na bieżące użycie lub jeszcze zostawić na tydzień, by bardziej się ukisiła.
Fasolka nie jest mięciutka, ale bardzo jędrna i chrupiąca. Świetna jako dodatek do sałatek lub przystawka.

piątek, 15 lipca 2016

Naturalna owsianka z borówkami

Gdy aura stawia przede mną wyzwania, potrzebuję śniadanka, które daje energię, wzmacnia, ale i po prostu poprawia humor i osładza szary dzionek. Takie "dzień dobry" chcę celebrować powoli ruszając z pieleszy w zawirowania codzienności. Moim faworytem jest wtedy gęsta, konkretna, lekko słodka, soczysta owsianka z owocami. A latem tymi owocami najczęściej są borówki :-D


NATURALNA OWSIANKA Z BORÓWKAMI
2 porcje

¾ szklanki grubych zwykłych płatków owsianych
250 ml wrzątku
spora szczypta soli himalajskiej
1 szklanka mleka sojowego naturalnego
1½ łyżki złotego siemienia lnianego
1 łyżeczka nasion wiesiołka dwuletniego
borówki amerykańskie i melasa karobowa do podania

Do garnka z grubych dnem wrzucić płatki, sól, zalać wrzątkiem, wymieszać i gotować na minimalnym ogniu 3 minuty.
Siemię i wiesiołek zmielić.
Do ugotowanych płatków wlać mleko sojowe, wymieszać, dosypać zmielone nasionka i dokładnie wymieszać do zagęszczenia.
Odstawić do przestudzenia.
Posypać borówkami, polać melasą.


W zasadzie w tej owsiance jest wszystko, czego nam na start dnia potrzeba. Kwasy omega 3 i 6 z lnu i wiesiołka budują odporność nie tylko na chłody ale i stres. Dzięki zmieleniu na świeżo możemy wchłonąć te dobra praktycznie w 100%. Błonnik obficie występujący w owsie spowolni wchłanianie cukru z melasy pozwalając nam cieszyć się karmelowym smakiem przy niskim IG... Niewątpliwy walor owsa w każdym wydaniu. Czy to dlatego mówi się o końskim zdrowiu??? ;-)


czwartek, 14 lipca 2016

Po prostu pieczony kalafior...

Niby nic, a uczta dla podniebienia... Cóż to takiego pokroić, obsypać przyprawami i zapiec? Żadna sztuka! Życie jednak znów udowadnia, że najprostsze rzeczy są najlepsze ;-) Nie sądziłam, że zakocham się w pieczonym kalafiorze. A zakochałam się na mur. Korzystam, ile się da, dopóki trwa to, co nazywa się sezon na kalafiora. Nie będzie tak pyszny, soczysty i delikatny przez następne miesiące jesieni, zimy i wiosny. Lato jest zdecydowanie sprzymierzeńcem kalafiora. Nie przeszkadza mi, że sposób znany od dawna i popularny. Ten przepis musi być na moim blogu. Bez niego nie będzie to moja kuchnia :-)


PIECZONY KALAFIOR

1 kalafior
sól
pieprz ziołowy
przyprawa królewska (firmy Visana - doskonały zestaw ziół!)
kilka listków świeżego tymianku
oliwa z oliwek

Kalafior umyć, podzielić na róże.
Każdą przekroić na pół lub na plastry o grubości 1 cm.
Blachę wyłożyć papierem do pieczenia, rozłożyć plastry kalafiora, obsypać ziołami, solą i skropić oliwą.
Piec 25 minut w temperaturze 180⁰C.


środa, 13 lipca 2016

Faszerowane liście winogron "prawie" raw

Latem najlepiej smakuje kuchnia raw czyli surowa. Warzywa, zielenina, zioła, owoce jędrne, soczyste, kolorowe, aromatyczne. Pomidory aż słodkie, ogórasy chrupkie, cukinie zieleniutkie, jabłka pachną z daleka, wiśnie bryzgają sokiem, aromaty ziół mieszają się w upalne dni w nieziemskie kombinacje... :-) Raj... No, powiedzmy "prawie raj". Nieco daleko odbiegliśmy jako gospodarze na naszej planecie od dobrego szafarstwa. Jednak lato to lato i do zimy się nie umywa, przynajmniej w naszym klimacie ;-) Po babci zostały nam w ogrodzie stare winne krzewy (dość delikatne określenie plątaniny kilometrów gałęzi, owocujących jesienią małymi ciemnofioletowymi kuleczkami z wieeeelkimi pestkami :-)) i zazwyczaj wykorzystuję ich liście do kiszenia ogórków, ale tym razem spróbowałam do mini - gołąbków, zamiast liści kapusty. W końcu na południu faszerowane liście winogron są bardzo popularnym daniem. Sprawdziłam, moje liście też jadalne, więc jedynie zrezygnowałam z ryżu na rzecz farszu z kalafiora. Jest najlepsza pora na dania z kalafiora! :-D


 FASZEROWANE LIŚCIE WINOGRON
20 sztuk

 200 g surowego kalafiora (ok. 1½ szklanki)
10 g słodkiej cebuli (mały kawałek)
30 g pieczarek (2 mniejsze)
25 g selera naciowego (½ gałązki)
15 g pomidorów suszonych (3 - 4 sztuki)
30 g marchewki (1 mała)
¼ łyżeczki soli
¼ łyżeczki pieprzu ziołowego
½ łyżeczki sosu sojowego Tamari
2 listki świeżej szałwii
kilka listków świeżego tymianku
1 łyżeczka soku z cytryny
2 łyżki posiekanego koperku

Liście dokładnie umyć, obciąć ogonki.
Zblanszować w dość mocno osolonej (1 łyżeczka soli na 1 l wody) wodzie 7 minut.
Resztę składników poza ziołami zmiksować bardzo drobno.
Dodać zioła i dobrze wymieszać.
Rozkładać po 1 łyżeczce farszu na każdym liściu i zwijać tak, jak gołąbki
(farsz kładziemy w miejscu odciętego ogonka, zawijamy na niego boczne części liścia a potem zwijamy ściśle w rulonik otrzymany pasek.
Można je ugotować na parze, ale ja po prostu podałam na części bambusowego parownika :-)




Świetne jako letnia przystawka lub część lekkiej kolacji. Jeśli chcemy zupełne raw food, można liście zamarynować lub zakisić, ale o tym później... potraktujmy to jak powieść w odcinkach... c.d.n. ...;-)




wtorek, 12 lipca 2016

Pizza na ryżowym cieście

Zobaczyłam na straganie piękne, jędrne pieczarki i w tym samym momencie zobaczyłam (na razie oczyma wyobraźni) pokrojone w plasterki z sosem pomidorowym na cienkim cieście czyli po prostu pizzę :-) A że miałam właśnie świeżo zmielony czerwony ryż, wyszła pizza na cieście ryżowym. Niestety, drożdże też postanowiły opuścić kulinarny padół (popsuły się...) przegrzebałam szufladę i znalazłam drożdże suszone. Nie miałam pojęcia, jak urośnie ciasto ryżowe, więc na wszelki wypadek dołożyłam nieco mąki gryczanej, którą mam sprawdzoną w temacie pizz, placków, chlebków, bułek, ciast i...cokolwiek wymyślicie, z pewnością gryka działa, jak kucharka chciała ;-)
Z ryżowej natomiast pizza wyszła lekko wilgotna, ale zwarta i chrupiąca na brzegach. Cieniutki placek a jednak uniósł i sos i pieczarki (dużo ich nie było, fakt, pizza w stylu włoskim zdecydowanie :-)).


 PIZZA NA RYŻOWYM SPODZIE
2 sztuki o śr. 25 cm

2 ½ szklanki mąki z brązowego (u mnie czerwonego) ryżu
½ szklanki mąki gryczanej
1 łyżeczka drożdży suszonych
½ łyżeczki soli
2 szklanki wody

3 łyżki siemienia lnianego złocistego
3 łyżki gorącej wody

Do obłożenia: kilka pieczarek, kawałek cebuli, passata pomidorowa,
pieprz ziołowy, sól, przyprawa włoska, bulion lubczykowy, oliwa.

Mąki, drożdże i sól wymieszać w misce.
Wlać wodę. Wymieszać.
Siemię lniane zmielić, dolać do niego gorącą wodę i roztrzepać w ciągu kilku sekund.
Szybko przełożyć do ciasta i energicznie mieszając połączyć. 

Blachę wyłożyć papierem do pieczenia lub wysmarować olejem.
Ciasto podzielić na dwie części i każdą rozsmarować na kształt koła o średnicy ok. 25 cm.
Odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce (wstawiam do piekarnika z włączonym światłem).
Wyrośnięte placki delikatnie posmarować passatą, obłożyć plasterkami pieczarek i cebuli, przyprawić, skropić oliwą.
Piec 20 - 25 minut w temperaturze 210⁰C.



Syn oznajmił, że pizza nudna, ale jak położył na nią plasterki surowej słodkiej cebuli, okazała się pyszna... ;-)
Cóż, jedni wolą oszczędne dodatki a drudzy mocne wrażenia... Pizzę obładujcie więc tak, jak lubicie :-D

niedziela, 10 lipca 2016

Quinoa vel komosa z żurawiną

Quinoa tajemniczo brzmiąca nazwa zboża. Trochę kosztuje, trzeba trochę poszukać, bo nie pyszni się na każdej półce każdego sklepu. Czy ma trochę ciekawych właściwości? Ma, i to sporo! W Ameryce Południowej matki nie mogące karmić dziecka piersią podawały mu rozgotowaną komosę ryżową (inna nazwa quinoa) z wodą, w której się gotowała. Dzieci dobrze się rozwijały, przybierały ładnie na wadze. Nic dziwnego, bo ziarno to ma komplet aminokwasów egzogennych, sole mineralne i witaminy w imponujących ilościach. Ponadto są one bardzo dobrze przyswajalne! Dorzucę tylko, że ma również niski indeks glikemiczny, co zainteresuje z pewnością co po niektórych...
Bardzo lubię podawać ją na śniadanie z żurawiną, której twardość i kwaskowatość świetnie współgrają z delikatną słodyczą ziarna. Daje energię na kilka godzin i odżywia mózg przed wyzwaniami dnia codziennego (oj, przydaje się...)


QUINOA Z ŻURAWINĄ
1 duża porcja

1/2 szklanki komosy białej
1 jabłko
1 szklanka mrożonej lub świeżej żurawiny
2 łyżki siemienia lnianego złotego
2 łyżki orzechów włoskich
1/2 - 3/4 szklanki mleka sojowego
szczypta soli

Komosę przepłukać na sicie pod bieżącą wodą, by usunąć goryczkę (potrzebne sito z malutkimi dziurkami, bo nasiona komosy są bardzo drobne).
Do garnka o grubszym dnie wrzucić komosę, zalać 1 szklanką wrzątku, posolić, przykryć i gotować na minimalnym ogniu do wchłonięcia całego płynu (ok. 15 minut).
Do gorącej komosy wrzucić mrożoną żurawinę.
Jeśli mamy surową, wrzucić do nieco już przestudzonej.
Jabłko pokroić w kostkę, orzechy połamać i podprażyć na suchej patelni.
Siemię zmielić.
Wszystkie składniki zalać mlekiem, wymieszać i odstawić na kilka minut do zgęstnienia.


Proste, pyszne śniadanie. Zarówno na ciepło, jak i na zimno. Na ciepłe i na zimne dni. Zawsze na dobry humor i zdrowie :-D

środa, 6 lipca 2016

Bezglutenowy pasztet słonecznikowo-warzywny z kurkumą

Im więcej gotuję, tym więcej widzę możliwości nowych kombinacji... Niesamowite! I coraz więcej coraz zdrowszych i prostszych wersji się pojawia na moim stole... To mi się podoba :-) Temat nie do zdarcia: słonecznik powraca... w postaci pięknego, wilgotnego pasztetu o żółtym kolorze pochodzącym od kurkumy. O zaletach kurkumy nie trzeba nikogo już chyba przekonywać, używamy ją często i zdarza się, że powędruje na blat zamiast do garnka... Jak wychodzi wam usuwanie tej pięknej żółcieni??? Zaprzyjaźniony chemik podpowiedział, że "alkoholem trzeba!", więc i ja podpowiadam: "alkoholem w plamę!" a zejdzie bez problemu :-) Korzystajmy więc z potężnych mocy kurkumy, niech służą nam, byśmy my mogli służyć innym... Piękne prawo świata :-)


PASZTET Z KURKUMĄ
foremka 14 x 24 cm

½ kg namoczonego uprzednio słonecznika
1 duża słodka cebula
1 ½ szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
5 ząbków czosnku
1 młody seler
1 średnia młoda cukinia
1 łyżka soli
1 łyżka kurkumy
1 czubata łyżka cząbru
1 czubata łyżka pieprzu ziołowego
½ łyżki sosu sojowego Tamari
2 łyżki mąki z brązowego ryżu

Cebulę pokroić drobno.
Czosnek pokroić w plasterki.
Seler i cukinię zetrzeć na tarce o grubych oczkach.
Zmiksować w malakserze słonecznik, połowę cebuli, połowę cukinii, sos sojowy i przyprawy.
Wymieszać wszystkie składniki.
Piec w foremce wyłożonej papierem do pieczenia 60 minut w temperaturze 180⁰C.


Spróbowałam też przykryć przed pieczeniem pasztet kilkom liśćmi młodej kapusty i na wierzchu spryskałam je oliwą. Wyszedł pasztet o bogatszym smaku i przypieczoną kapustą. Lubię...