O czym jest ten blog?

Notatki z życia codziennego żony i matki prowadzącej dom w wersji możliwie eko-naturalnie roślinnie. Nie stroniącej od trudnych pytań, ale szukającej sensu i piękna.

poniedziałek, 29 sierpnia 2016

Zupa z kiełków fasolki mung

Chyba najszybciej i najłatwiej kiełkująca fasolka : fasolka mung inaczej złota fasolka. Jedna z najsmaczniejszych i najzdrowszych strączkowych. Działa przeciwzapalnie, wzmacniająco niwelując skutki stresu tak oksydacyjnego (przeciwutleniacze), jak i emocjonalnego (witaminy z grupy B, magnez), wspomaga w czasie menopauzy (izoflawony), zapobiega osteoporozie (wapń) i problemom z pękającymi naczynkami (witamina K). Stymuluje produkcję kolagenu (kobiety - piękniejemy, jeśli dla kogoś to, co zewnętrzne jest wyznacznikiem piękna ;-)). Generalnie, sławi się ją w każdym chyba obszarze dietetyki. A teraz, kochani, wyobraźcie sobie, że prawie wszystkie te cudowne składniki się multiplikują w czasie kiełkowania! Niektóre nawet 100 - krotnie :-) I z takiej właśnie wykiełkowanej fasolki zrobiłam zupkę. Lekką, z warzywami, gotowaną krótko tak, żeby fasolka nadal pozostała chrupiąca. Charakteru nadaje jej świeża trawa cytrynowa i pikantny imbir. Zagęszczona odrobiną mleka kokosowego...Niezwykle silnych walorów przeciwnowotworowych dostarcza mieszanka kurkumy i czarnego mielonego pieprzu (używam bardzo małą ilość, tylko, by podkręcić działanie kurkumy). Oswojona egzotyka z fasolką w roli głównej ku zdrowotności!


ZUPA Z KIEŁKAMI FASOLKI MUNG
dla 4 osób

2 marchewki
2 cebule
3 ząbki duże czosnku
1 pietruszka
¼ selera
5 ziemniaków
4 garście kiełków fasolki mung
1 cm kawałek świeżego imbiru
1 gałązka trawy cytrynowej
½ łyżeczki kurkumy
2 łyżki mleka kokosowego
4 łyżki oliwy
1 łyżeczka soli
pieprz czarny

Warzywa oczyścić, umyć, kiełki przepłukać.
Do garnka o grubym dnie wlać oliwę, wrzucić posiekany czosnek i podgrzać.
Dorzucić pokrojoną w kostkę cebulę, startą marchewkę, seler i pietruszkę.
Dusić do uzyskania przyjemnego zapachu warzyw.
Ziemniaki pokrojone w grubą kostkę dorzucić do garnka wraz z przyprawami oraz rozbitą grzbietem noża trawą cytrynową i posiekanym imbirem.
Zalać wodą do lubianej gęstości (my lubimy konkretne ;-)).
Gotować do al dente warzyw.
Dorzucić kiełki i dogotować do miękkości ziemniaków.
Pod sam koniec gotowania dodać mleko kokosowe, wymieszać.
Gdy zabulgocze zupa jest gotowa.


Kiełki fasolki bardzo łatwo uzyskać zalewając ziarenka w słoiku wodą odstawić je na kilkanaście godzin.
Gdy napęcznieją można słoik przykryć gazą i ją obwiązać, po czym słoik ustawić nieco przechylony (by mógł swobodnie wypływać nadmiar wody, ale był zapewniony dostęp powietrza) w niewielkiej miseczce, która będzie zbierała wypływającą zeń wodę.
Można również wysypać napęczniałe nasionka na sito i przykryć czystą ściereczką.
Tak czy inaczej, należy dwa razy dziennie kiełkujące nasionka przepłukać.
Kiełki długości nasionek (wtedy mają najwyższe walory odżywcze) otrzymamy na trzeci/czwarty dzień.


Z sita będą wystawały kiełki dolnych nasionek,. Warto uważać, by ich nie stracić w czasie przesypywania do garnka...


niedziela, 28 sierpnia 2016

Najpyszniejszy oswojony ajwar*, który robię (a potem jem) litrami...

Lato to piękny czas słodkich pomidorów, soczystych mięsistych papryk i jędrnych delikatnych cebulek. Nie potrafię przejść obojętnie obok takich skarbów na straganach, szczególnie, gdy pogoda rozpieszcza słońcem i ciepłem. Wtedy są najlepsze... Każdego roku robię wielkie gary ajwaru*, upycham w słoikach a potem mam najlepszy sos do każdego (no, prawie... ;-)) dania. Umorusana na pomarańczowo jestem najszczęśliwszą pełnągębową gospodynią świata! A że ajwar* niskokaloryczny, to nawet szczuplutką ;-)))))


AJWAR*

około ½ szklanki oliwy z oliwek
8 główek czosnku
5 kg pomidorów
5 kg papryki czerwonej
1 kg cebuli
3 papryki ostre
sól 

Do garnka o grubym dnie wlewam oliwę w ilości, która pozwoli pokryć dno i na zimną wrzucam czosnek obrany i zgnieciony, podgrzewam.
Na gorącą oliwę (nie przypalić czosnku, bo gorzknieje!) dorzucam cebulę pokrojoną w grubą kostkę i duszę do miękkości. 
Pomidory przekrawam na ćwiartki, ostrą łyżeczką usuwam pestki i sok (miksuję i używam jako orzeźwiający napój z odrobiną pieprzu ziołowego i soli - przez innych nazywany gazpacho ;-)) i wrzucam do cebuli z czosnkiem wraz z 1 łyżeczką soli.
Garnek przykrywam, by pomidory puściły sok, po czym odkrywam i redukuję na niewielkim ogniu często mieszając.
Papryki przekrawam na pół, wydrążam usuwając pestki, ogonki i białe błonki.
Ćwierć papryk kroję w kostkę i dorzucam do pomidorów razem z ostrą papryczką pokrojoną również w kostkę (ja to robię w rękawiczkach, żeby przeżyć komfortowo zamiast paląco...)  a pozostałe papryki układam na papierze do pieczenia skórką do góry i piekę w temp. 200⁰ C do zbrązowienia skórki czyli ok. 30 minut.
Blachy z papryką przykrywam folią aluminiową lub wkładam gorące papryki do garnka, przykrywam pokrywką i zostawiam do przestygnięcia.
Paprykę obieram ze skóry (bez determinacji, gdy skórka się trzyma, odpuszczam ;-)), kroję w grubą kostkę i dorzucam do garnka z pomidorami, które w międzyczasie powinny się zredukować. Upieczone papryki są bardzo mięsiste i zagęszczą sos.
Solę i pieprzę na ziołowo do smaku.
Gotuję do uzyskania konsystencji rzadkiego dżemu.
Całość miksuję "żyrafą" trzymając garnek nadal na gazie i taki gorący sos przekładam do wyparzonych słoików (uwaga! pryska!!!), od razu zakręcam, odwracam słoiki do góry dnem i odstawiam do ostygnięcia przykryte grubym ręcznikiem/kocem.
Zimne słoiki odwracam, sprawdzam, czy zakrętka została zassana. Dobrze zamknięte trzymam w chłodnej piwnicy, a jeśli któreś się nie zassały, zużywam od razu ;-)))


* Tradycyjnie ajvar robi się z bakłażanami a z pieczonej papryki pieczołowicie usuwa skórkę.
Mój jest oswojony, skórki mi szkoda, upieczone bakłażany wyżeramy z blachy, więc nazywa się AJWAR ;-)

sobota, 27 sierpnia 2016

Pasta Helenki z tartych pieczarek

Helenka jest kobietą niezwykłą. Jej pasja do pomagania innym zdumiewa od lat, gdyż sama Helenka już dobiła do lat 77... Może to i znak, bo 7 to liczba symbolizująca doskonałość? Bożą doskonałość... Kilkanaście lat temu byłam u niej w gościnie i zostałam poczęstowana naleśnikami. Z razowej mąki. Pożywne, prawdziwe, pyszne jedzenie a ona krępowała się, że tylko naleśniki...że takie niewyszukane... Innym razem poczęstowała chlebem z pastą pieczarkową. Była przynajmniej tak pyszna i niezwykła, jak te razowe naleśniki. Od tamtej pory nie jadam innych naleśników jak tylko razowe, choć już mąka jest gryczana, owsiana lub cieciorkowa. Pasta natomiast pozostała prawie bez zmian, bo i doskonałości nie ma sensu zmieniać... po co psuć? Robię ją, gdy mam sporo jędrnych pieczarek i potężny pęczek zielonej pietruszki a czas (znaczy: głodna rodzina...) nagli :-)


PASTA Z TARTYCH PIECZAREK

1 kg świeżych, jędrnych pieczarek
3 cebule
3 ząbki czosnku
1 duży pęczek zielonej pietruszki
2 łyżki zagęszczacza (u mnie tym razem konopie z błonnikiem lnianym, ale Helenka daje bułkę tartą)
1 ½ łyżeczki soli
1 łyżka pieprzu ziołowego
1 czubata łyżeczka bazylii
3 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno

Pieczarki oczyścić i zetrzeć na tarce o grubych oczkach.
Cebulę pokroić w drobną kostkę.
Czosnek drobniutko posiekać.
Zieleninę posiekać tak sobie.
Do głębokiej patelni wlać olej i wrzucić czosnek, włączyć średni płomień.
Gdy czosnek zacznie się smażyć, wrzucić cebulę i poddusić 3 minuty.
Dorzucić pieczarki, pieprz i bazylię. Poddusić 5 minut.
Posolić. Gdy pieczarki puszczą sok, wsypać zagęszczacz i pietruszkę.
Dusić często mieszając aż zniknie płyn a masa zrobi się gęsta.
Doskonały dodatek do wytrawnych owsianych gofrów np. tych lub smarowidło na chleb.


Za chleb robią bułeczki jaglane, które są naszymi ulubieńcami. Niedługo będą na blogu, bo chcę jeszcze dorzucić filmik z pokazem ich formowania :-)


piątek, 26 sierpnia 2016

Moja mała piwnica słoikowanie w pełni - kiszenie ogórków

Będąc dzieckiem nie myślałam, skąd mamy to czy owo. Czy kupione w sklepie interesowało mnie tylko wtedy, gdy byłam do tegoż sklepu wysyłana. Nie znosiłam zakupów. Byłam nieśmiała i bałam się, że nie poradzę sobie z tym ogromnym wyzwaniem... Później nawet zaczęłam zauważać, że mama czasem gotuje słoiki w garnku na zupę i zastanawiałam się, po co??? Przecież można ogórki, dżemy kupić... Są nawet lepsze, bo ogórki bardziej słone (trzeba tylko jakoś zidentyfikować te flakowate, paskudne i zbyt słone - nawet nastolatek ma pewne granice w soleniu... ;-)) a dżemy bardziej słodkie :-) Gdy przeniosłam się na swoje, byłam już bardziej świadoma zdrowotnie i zaczęłam walczyć z wielkimi garami pełnymi a to słoików, a to zalewy, i znów słoików... straszna robota! Wiecie, ile kilogramów ogórków musiałam umyć??? Pięć!!! To pierwszego roku, następnego nauczona już doświadczeniem (poprzednie ogórki zniknęły w mgnieniu oka, naprawdę: ZNIKNĘŁY!) kupiłam 2 x pięć kilogramów. I tak poszło... Teraz bawię się (ewolucja podejścia do kulinariów - jedyna ewolucja, jaką oglądam na własne oczy ;-)) dziesiątkami kilogramów różnych warzyw, owoców. Szukam,, co jeszcze można zasłoikować... Piwnica zaczyna mieć problemy z wolną przestrzenią. Choć ona się nie skarży. Gorzej z córką, która ostatnio grzmotnęła główką w strop zdecydowanie zbyt nisko posadowiony (półki są już również pod schodami...)...
Czy Wy też tak macie? Ewolucja kulinarno - przetwórcza Was również dopadła w swoje szpony? Rodzinka (poza niektórymi miejscami umieszczania słoików i ciągłym transportem tychże z dołu do góry i z góry na dół) jest zadowolona, goście również a ja chyba najbardziej :-) Uwielbiam widok pełnych półek.


Może to próżność, że taka zapobiegliwa jestem a może tylko zwyczajna radość robienia czegoś dobrego, potrzebnego, sprawiającego radość i przyjemność innym? :-)


Co roku wymyślam, nowe przetwory, metody przygotowania.


Nie wszystkie się wpasowują w nasze zapotrzebowania i zostają na dłużej. A czasem samo gotowanie jest tak fajne, że mnie poniesie i przerobię zwyczajnie ZBYT dużo i wtedy również zostaje co nieco na rok następny. Ostatniej zimy okazało się to czystym błogosławieństwem... Otóż, zeszłego roku ogórki okazały się nieskore do dłuższego przechowywania i wiele otwartych słoików poszło do...kosza... Myślałam, że coś pokręciłam, zaniedbałam, ale zasięgając języka tu i ówdzie, dowiedziałam się, że miało tak wielu domowych przetwórców. Ogórki, które zostały sprzed dwóch lat ratowały sytuację, gdy potrzebowałam pewniaka. Wtedy właśnie tak spodobało mi się kiszenie, że co tydzień zwoziłam z targu worek ogórków :-)


Bardzo przydatny okazał się też sposób robienia opisów na słoikach. Chociaż ze względu na wilgotność, nie najlepiej się trzymają. Na szczęście wędrowne myszy nie gustują w tym rodzaju papieru (cenówki w rolkach) i nie przywiązują się zbytnio do tych, które odpadną. Można więc je skompletować z właściwym słoikiem nawet po roku :-D

Tak więc znów robię ogórki. W końcu, co innego zrobić z wielkimi (czytaj: litrowymi ;-)) słoikami??? Kompotów nie lubimy, wolimy pić wodę (tak, tak, jej zapasy też mamy ;-)). A przetwory robię z minimalną ilością soli, bez cukru,


krótko przerabiam, nie pasteryzuję, więc otwarte słoiki trzeba zjadać najlepiej na 1- 2 razy. Nawet super lodówka nic nie zdziała przeciwko prawom przyrody... Czasem to kłopotliwe, ale w sumie zbawienne, więc narzekać nie będę, tylko inaczej sobie pracę organizuję. To jedna z wielu nauk, które pozostały mi po dzieciństwie dzieci - z wulkanami i tak nie wygrasz, trzeba wykorzystać dobrą ziemię, która po nich zostaje i nauczyć się uciekać na czas na wcześniej upatrzone pozycje ;-)


KISZONE OGÓRKI

ogórki świeże bardzo jędrne, zdrowe, bez żadnych plamek czy uszkodzeń!
(na 1 kilogram niewielkich ogórków 4 półlitrowe słoiki)
gałązki kopru z częścią nasion już dojrzałych (1 na półlitrowy słoik)
świeży, zdrowy czosnek (1 ząbek na półlitrowy słoik)
świeży chrzan (trzy wióry na półlitrowy słoik)
liście wiśni, dębu, porzeczki czarnej lub winogron (ja mam bardzo starą odmianę pamiętającą moją babcię, więc jest doskonała) ewentualnie chrzanu (2 na półlitrowy słoik)
czarny pieprz (3 ziarnka na półlitrowy słoik)
ziele angielskie (1 kulka na półlitrowy słoik)
gorczyca (ok.10 ziarenek na półlitrowy słoik
sól (1 - 2 łyżek na 1 litr zalewy)

duży garnek do wyparzania słoików i sitko do smażenia na głębokim tłuszczu lub eko środki do zmywarki
idealnie czyste ściereczki bawełniane

Ogórki wrzucić do wielkiej miski lub wanny, zalać zimną wodą. Ja dolewam jeszcze dwa chlusty środka do mycia EM Refresh dla usunięcia pestycydów. Taplam nieco i zostawiam na pół do 4 godzin). Jeśli są świeżo zerwane, nie trzeba moczyć. Jeśli mają za sobą dłuższy transport, lepiej trochę potrzymać w zimnej wodzie. Nie dłużej jednak niż te dwie godziny, bo EM-y zaczną robić kiszonkę jeszcze w misce ;-) Ale wystarczy po prostu zimna woda.
Słoiki umyć i bardzo dokładnie wygotować w dużym garze. Teraz robię to w zmywarce stosując eko środki myjące (naprawdę eko!). Dawniej zagotowywałam wodę w wielkim garze (10 - 15 l) i wkładałam pierwszy słoik z lewej strony gara na leżąco. Przy wkładaniu drugiego również z lewej strony, pierwszy się turlał na prawo... Trzeci podobnie... Gdy brakowało miejsca, wyciągałam ten najbardziej z prawej (pierwszy) długim widelcem do wędlin, wycierałam wygotowaną i wyprasowaną ściereczką, odstawiałam na drugą ściereczkę do góry dnem. Bawiłam się w te puzzle z całym potrzebnym nabojem słoików. Przynajmniej mi się nie nudziło ;-) Na koniec wrzucałam do sitka wszystkie zakrętki i wkładam do garnka na 5 minut. Wyciągałam, wycierałam i układałam znów wierzchem do góry na ściereczce obok słoików.
Ogórki dokładnie umyć w wodzie, w której się moczyły (robię to nowiutką gąbką do garów).
Do słojów wrzucać porcje ziół i przypraw (szczególnie ziarenka pięknie grają... każda porcja swoją melodię, jak dzwoneczki...uwielbiam ten moment...córcia specjalnie czeka na tą chwilę :-D). 
Ogórki układać ściśle, lecz nie zgniatać. Nie powinny wypłynąć w czasie kiszenia, gdy zmniejszą nieco swoją objętość/twardość.
W pozostawionym garze zagotować świeżą wodę z solą w ilości 1 - 2 łyżek soli na 1 litr wody zależnie od upodobań smakowych. Na początek lepiej 2 łyżki i zanotować sobie wybraną ilość, żeby następnym razem mieć już info pod ręką ;-)
Ogórki można zalewać gorącą zalewą (jeśli nie mamy pewności, że czystość warzyw jest na tip top) lub przestudzoną, ale wtedy musimy pilnować reżimu temperatury przechowywania (maksimum 10 stopni), żeby się kiszonka nie przekształciła w hodowlę grzybów...  Używam lejka tak na wszelki wypadek... Ważne, by wszystkie składniki kiszonki były przykryte płynem.  Zakręcam dość dobrze, ale bez przesady. Być może trzeba będzie uzupełnić wodę... 


Ja swoje trzymam w chłodnej piwnicy o temperaturze ok. 15 stopni, więc zalewam gorącą zalewą. Ale do jedzenia na bieżąco już przestudzoną.
Odstawić w ciemne miejsce o temperaturze ok. 20⁰C. Ja stawiam na podłodze obok kaloryfera (gdy nie działa, rzecz jasna!).


Obserwuję je codziennie, czy nie wylała się zalewa i jak przebiega kwaszenia czyli kolor i zmącenie zalewy. Zazwyczaj drugiego dnia odrobinę zmętnieje, trzeciego już się burzy. Może się okazać, że trzeba dolać przegotowanej wody, by wszystkie ogórki były pod jej powierzchnią!

Gdy ustanie burzenie się, ewentualnie uzupełnimy wodę, odstawić do miejsca przechowywania. Ja swoich kiszonek nie pasteryzuję. Pilnuję reżimu higienicznego i żadna pleść się nie pojawia.


czwartek, 25 sierpnia 2016

Czarny bez w tarcie bezglutenowej

Sok z czarnego bzu zrobiony, ale żal było wyrzucić resztki owoców... Ja przetarłam je przez gęste sito i użyłam jako mus do ciasta. Miałam do niego trzy podejścia. Raz wystartowałam z masła słonecznikowego z prażonych pestek.  Początkowo miało być jako smarowidło na chleb, ale chyba wymaga dłuższego okresu przygotowywania moich kubków smakowych... Na razie nijak mi nie podchodziło... Ale w cieście okazało się niezłe! Minimum składników i taki przyjemny efekt. Ciasto było delikatne w formie kruszonki z gęstym musem. Dla mnie rewelacja, choć bez eksplozji słodyczy! To nie ten rodzaj smaku. Słodycz jest delikatna, aromat przypieczonego owocu i ciasteczek (ach, ten prażony słonecznik!), konsystencja rozpływająca się w ustach... I zero (0) uczucia ciężkości czy rozleniwienia po jego zjedzeniu! Wręcz przeciwnie, chce się myśleć, tworzyć, tęskni się za przyrodą, spacerem... Słońce zaczyna dookoła świecić radosnym blaskiem... Nie, to nie narkotyk! To odżywiony mózg :-D


Mój mózg, bo rodzinka orzekła, że crumble nijakie a ciasto za tłuste... W takim razie spróbowałam z masłem z surowych pestek słonecznika plus mleko owsiane i mąka gryczana. Rodzince już lepiej podpasowało, ale nadal ciasto...hm... takie sobie.
Musu zaczęło brakować, więc następne podejście najpierw przetestowałam w formie słodkich krakersów z daktylami. To już znalazło uznanie w oczach rodzinki i przyjaciół. Wykorzystałam więc takie samo ciasto, naładowałam na wierzch mus, posypałam orzechami i tak powstała tarta z czarnym bzem :-)


TARTA Z CZARNYM BZEM
średnica foremki 30 cm lub 25 x 25 cm

ciasto takie samo, jak na te krakersy

mus
½ szklanki siemienia lnianego złotego
¾ l musu z przetartych resztek z soku z czarnego bzu robionego w sokowniku
3 łyżki inuliny
2 łyżki łuski babki jajowatej (nic lepiej nie zagęści!)
skórka i sok z jednej cytryny

na wierzch
1 łyżka cukru kokosowego
kilka orzechów włoskich do ozdoby wierzchu tarty

Ciasto przygotować dokładnie tak, jak na krakersy i odstawić do lodówki.
Mus wymieszać ze zmielonym siemieniem, inuliną, babką i cytryną.
Odstawić do zgęszczenia mieszając kilka razy w międzyczasie.
Ciasto z lodówki rozwałkować w foremce tworząc również wyższy brzeg.
Podpiec 10 minut w temperaturze 180⁰C. 
Na spód wyłożyć równomiernie mus, posypać cukrem kokosowym i posiekanymi grubo orzechami.
Piec dalsze 15 minut w temperaturze 180⁰C z funkcją grzanie góra.
Ostudzić.


Nie martwcie się, że będziecie się jakoś strasznie pocić po tej tarcie, bo czarny bez... W tej formie i po takiej obróbce nie ma już właściwości napotnych :-) 

środa, 24 sierpnia 2016

Krakersy słonecznikowo-gryczane z płatkami owsianymi

Szukałam odpowiedniego spodu do tarty z czarnym bzem i znalazłam kruchy spód do... niezależnych, samodzielnych krakersów. Bywa, że znajdujemy coś więcej niż szukaliśmy, jeśli tylko starujemy z dobrej pozycji... Moja była wyśmienita, bo składniki z definicji smaczne i zdrowe. A i chętne do współpracy. Mąka gryczana pasuje do wszystkiego, rośnie z drożdżami, i nawet zakwas szybko produkuje. Smaczna w pizzy, podpłomykach, plackach, biszkoptach,... chyba we wszystkim. Słonecznik - król ziarenek. Daje się przerobić na majonez, mleko (jak mleko, to i śmietanka), pasty, serki, zagęszcza ciasto, dotłuszcza (zawarta w ziarenkach witamina A nie lubi samotności, więc dostała dobre naturalne towarzystwo i to nie od ludzi ;-)), kreuje sernik... Tym razem wykorzystałam masełko ze słonecznika nieprażonego. Surowy zmieliłam bardzo dokładnie blenderem (ok.1 minuta) i miksowałam dalej (po przerwie) do uzyskania masełka, choć gęstego (następna minuta). Nie dotrwałam dalej, bo lejące się nie było mi potrzebne, a przy podobnej akcji (masło z nerkowców) załatwiłam swoją ulubioną "żyrafę" i teraz na zimne dmucham (czytaj: nie rozgrzewam blendera...). Jeśli dołożyć do zestawu daktyle, komplet wyborowy musiał dać fajne ciasteczka!


KRAKERSY SŁONECZNIKOWO - GRYCZANE
blaszka 20 x 30 cm

½ szklanki słonecznika
½ szklanki płatków owsianych
½ szklanki mąki gryczanej
10 daktyli
½ szklanki mleka sojowego niesłodzonego
spora szczypta soli
1 łyżka sezamu (mieszanka białego i czarnego)
1 łyżka cukru kokosowego (niekoniecznie)

Słonecznik zmielić w blenderze na mąkę, posolić i miksować dalej do uzyskania konsystencji gęstej pasty.
Być może trzeba będzie zrobić przerwę, żeby nie spalić blendera.
Daktyle wrzucić do małego garnka, zalać mlekiem sojowym i gotować na maleńkim ogniu 10 minut.
Zmiksować na emulsję.
W misce rozetrzeć mąkę z masłem słonecznikowym, dodać płatki, rozetrzeć.
Dodać emulsję z daktylami i dokładnie wymieszać.
Na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia lub silikonowej macie rozsmarować dość cienką warstwę masy, posypać sezamem i cukrem (można pominąć, jeśli mleko jest słodzone lub słodkie z natury: ryżowe, owsiane, kokosowe,...) lub posolić, jeśli chcemy bardziej wytrawne.
Można dodać dowolne ulubione przyprawy.
Wstawić do lodówki na ½ godziny (koniecznie!).
Piekarnik rozgrzać do 200⁰C.
Ciasto pokroić w odpowiednie kształty.
Piec 10 minut.



Zaraz po upieczeniu są miękkie. Po ostudzeniu robią się chrupiące a kilka godzin później znów miękkie.
Jeśli chcemy mieć je stale chrupiące należy zaraz po wystudzeniu przełożyć do szczelnego pojemniczka z kilkoma suszonymi owocami np. goi, rodzynki (jeśli mamy wersję słodką) lub grubą solą (jeśli mamy wersję wytrawną). Ja włożyłam do uprażonych fistaszków z grubą solą, ale sól strząsnęłam na dół stukając słojem kilkakrotnie o blat :-)

wtorek, 23 sierpnia 2016

Sok z czarnego bzu

W średniowieczu uważany był za święte drzewo. W 1399 roku założono nawet dekretem królewskim Stowarzyszenie Zbieraczy Czarnego Bzu! Jego wartości lecznicze są potężne. Zawiera nie tylko słynną dziś witaminę C, ale i rutynę, cholinę, karoten, garbniki a nawet kwas chlorogenowy - przeciwutleniacz występujący również w yerba mate! Sok z czarnego bzu jest obowiązkowym przetworem przygotowywanym każdego lata. Może się walić, palić, ziemia trząść, ale sok zrobić trzeba. W późnojesienne, ponure dni, gdy wirusy rozpoczynają swoje szalone harce, wieczorna porcja soku działa cuda terapeutyczne. W sklepach można już znaleźć soki świetnej jakości. Niestety, ich cena powala na kolana. A i wtedy pieniążki z nieba spadać nie chcą, więc pozostają nam kiepskie wysokosłodzone sokopodobne wyroby, które rzucają znów kolana w gorącej modlitwie: "Panie, spraw, żeby to paskudztwo pomogło...". Na szczęście, Pan Bóg litościwy jest i często pomaga. Nie jest to jednak rozwiązanie długoterminowe czy idealne. Bo i Słowa "Nie będziesz kusił Pana, Boga swego..." też wszyscy znamy... a granica pomiędzy czynem wiary a kuszeniem bywa mglista... Mając powyższe na uwadze, wolę poświęcić jedno popołudnie na zebranie (w tym akurat wyręcza mnie syn), przebranie, wstawienie i zlanie do słoiczków esencjonalnego soku, który w razie potrzeby rozgrzeje w nocy pozwalając rano przebudzić się z nowymi siłami i energią. Faktycznie, mam sok jeszcze zeszłoroczny, bo regularnie zostaje (za rzadko zdarzają się infekcje ;-)), więc wystarcza zrobienie jednej partii czyli kilku słoiczków dla całej naszej rodzinki. Używam sokownika a do słodzenia wczesne, słodkie jabłka odmiany celesta lub piros. Im więcej jabłek, tym sok słodszy, ale i mniej efektywny w terapii.


SOK Z CZARNEGO BZU DO WALKI Z WIRUSAMI

owoce czarnego bzu (zbierane w gronach a oskubywane i przebierane w domu)
kilka jabłek

Owoce bzu myję w misce pełnej wody i wrzucam do wielkiego sitka, żeby obciekły.
Obrywam z gron jedynie dojrzałe czyli ciemnoczerwone i przekładam do sita sokownika.
Jabłka myję, usuwam gniazda nasienne, kroję na ósemki i dorzucam do bzu.
Do najniższego garnka sokownika wlewam półtora litra wrzątku, składam sokownik, wstawiam na średni palnik z rureczką zawieszoną na rączce za pomocą dołączonej spinki i zostawiam do wytworzenia soku czyli około 3 godziny (zależnie od wielkości palnika, jego mocy i wielkości sokownika - mój jest 6 l).
Gdy średni garnek jest pełen soku a owoce w sicie zmacerowane (wyglądają na baaaardzo zmęczone), sok zlewam do wygotowanych słoików, mocno zakręcam, podstawiam do góry nogami, przykrywam kocykiem lub kilkoma warstwami ściereczki. Odstawiam do ostygnięcia.
Przechowuję wraz z innymi przetworami w chłodnej piwnicy.

Pijemy go rozcieńczony wodą (sok : woda = 1 : 3) zawsze na noc, gdyż działa silnie napotnie.
Najczęściej w nocy trzeba się przebrać w suchą piżamę i obrócić kołdrę na suchą stronę.
To najczęściej znak szybkiego powrotu do zdrowia.
Jeśli się nie pocimy, dobrze powtórzyć następnego wieczoru.


Wybierajmy drzewa z dala od ulic a nawet tradycyjnych budynków, które często są opalane węglem i okolice bywają zanieczyszczone, bo (niestety...) niektórzy traktują swoje kotłownie jak spalarnie śmieci :-(
Drzew czarnego bzu jest w Polsce pod dostatkiem i z pewnością znajdziecie je również w widnych lasach i na łąkach, na miedzach, które są już tylko symbolami, bo pola niewielu uprawia.


Owoce muszą być w pełni dojrzałe, ciemne. Odrzucajmy wszystkie "podejrzane osobniki", bo nie mają tyle wartości terapeutycznych a szkodliwe (cyjanowodory) i owszem, pod dostatkiem... Znikają w czasie dojrzewania, więc nie ryzykujmy i wytężmy wzrok w poszukiwaniu ciemnych, błyszczących kuleczek. Przy okazji są niebywale piękne :-)




Zachęceni do pracy? Uwijajmy się, bo ptaki docenią to, czego my nie docenimy na czas ;-)



piątek, 19 sierpnia 2016

Lody czekoladowe jako wartościowe danie... marzenie smakosza :-)

Dlaczego nie używam kakao i stosuję jego namiastkę/erzac/kakoniepodobny karob?  Kakao przecież jest tak popularne, że wręcz bez niego nie wyobrażamy sobie dobrego klasycznego deseru. Czekolada jest symbolem wykwintności, elegancji i dobrego smaku... Karobem dożywiane są zwierzęta hodowlane... Nie po raz pierwszy zwierzęta dostają w karmie zdrowsze składniki niż ich hodowcy... Pamiętacie historię z otrębami i błonnikiem? Karob opisałam nieco tutaj a o szkodliwości kakao przesądza zawartość kofeiny i teobrominy. Tak przywykliśmy do ich spożywania, że większość zna cieszy się tolerancją na wiele z wywoływanych przez te związki objawów. Wystarczy jednak odstawić kakao i herbatę (także guaranę!), żeby spożywając po kilku latach większy kawałek czekolady poczuć dyskomfort. Głównie ze strony układu pokarmowego a także niepokój i trudności w zasypianiu, jeśli zjedliśmy go niedługo w porze popołudniowej. Okazuje się, że człowiek przywyknąć może do kontaktów (nawet bardzo intymnych ;-)) z różnorakimi substancjami, przed którymi organizm jednak nas ostrzega... Cóż, nie jest zaplanowany na stałą walkę z właścicielem, ale współpracę, więc robi, co może. Może teraz my pomożemy jemu? Spróbujecie zastąpić kakao karobem, który działa na układ pokarmowy uzdrawiająco i dostarcza pokaźnej dawki wapnia, a także magnez i witamin z grupy B plus białko? Lody jako posiłek? Czemu nie?

LODY CZEKOLADOWE

3 łyżki inuliny 
1 dojrzały zamrożony w kawałkach banan
½ dojrzałego awokado
3 czubate łyżeczki karobu
7 łyżek mleka kokosowo - ryżowego
3 łyżki soku z cytryny (koniecznie nigdy mniej!)
1/4 łyżeczki mielonej wanilii
szczypta soli
1 łyżeczka cykoriady

Zmiksować awokado z bananem i sokiem z cytryny.
Dodać resztę składników i zmiksować raz jeszcze.
Przełożyć do foremki i mrozić w zamrażalniku mieszając dokładnie co godzinę widelcem.
Lody powinny być gotowe po około 2 godzinach.


Dodatek awokado (tłuszcz!) daje aksamitną konsystencję, ale i dostarcza witaminy A. Nie są to tłuszcze ekstrahowane, więc z bogactwem fitosubstancji pomagających w ich trawieniu i przyswajaniu. Współpraca z naturą może być wyjątkowo smakowita...

środa, 17 sierpnia 2016

Pastelowy jabłkowy deser z wycieczki czyli zbieractwo przypadkowe

Uwielbiamy spędzać sobotnie popołudnia na spacerach albo wycieczkach rowerowych. Lubimy rowerowe ścieżki i leśne dróżki (przyznaję, że ja najmniej te leśne ;-)).
Mieszkamy na tzw. terenach zielonych, które kiedyś były rolniczo - ogrodowe. Czasy się zmieniły i teraz wiele starych gospodarstw zarosło zielskiem, jeżynami, tarniną, zdziczałymi śliwami... Przykro patrzeć... ale intrygującym jest szukanie jadalnych owoców w tych gąszczach :-)
Niektórzy z nas (czytaj: syn mój ;-)) pilnie wyglądają drzew owocowych w opuszczonych sadach albo w lesie po prostu. Czasem bywają na nich pyszne niespodzianki. Cudownie zatopić zęby w chrupiącym soczystym owocu o nieziemskim aromacie. Żaden uprawiany pieczołowicie tak nie pachnie. Wiem, to niesprawiedliwe (wybaczcie działkowcy, ogrodnicy,...), ale prawdziwe.
Z ostatniej wycieczki nawet przywieźliśmy parę jabłek poupychanych po kieszeniach i moim mikro-plecaczku. Przygotowałam z nich piękny, pastelowo - różowy deser pachnący zupełnie niespotykanie. Nie przepadam za tłustymi deserami, więc krem zagęściłam świeżo ugotowanym na mleku sojowym naturalnym ryżem. Słodzony jest ksylitolem, ale bez szaleństw, bo nie chciałam również zabić słodyczą delikatnego smaku i kwaskowatości jabłek z dzikiej jabłonki.
Wymaga schłodzenia w lodówce. To dobra wiadomość, bo dłużej w lodówce oznacza bardziej spójne smaki. Testowałam. Najbardziej smakował na...trzeci dzień! Rozkosz dla podniebienia, kubków smakowych, i całej reszty :-D

Nie tylko dla księżniczek ;-)



DESER Z BEZPAŃSKICH JABŁEK

1 kg jabłek letnich o różowej skórce i białym miąższu najlepiej z zapomnianej jabłonki ;-)
kilka łyżek wody
1 łyżka inuliny (jako dosładzacz i zagęszczacz)
szczypta soli

2 szklanki słonecznika
1 szklanka suszonych daktyli
szczypta soli

400 ml jogurtu sojowego naturalnego
½ szklanki naturalnego ryżu (NIE parboiled)
1 szklanka mleka sojowego naturalnego
⅓ szklanki wody
⅓ łyżeczki soli
1 mały dojrzały banan (opcjonalnie, wtedy olej nie jest konieczny)
1 cytryna - sok i miąższ
2 garście nerkowców
1 łyżka miękkiego oleju kokosowego
ksylitol do smaku

Do garnka z grubym dnem wlać nieco wody, wstawić na średni gaz.
Jabłka kroić w drobną kostkę i systematycznie dorzucać do garnka, zmniejszając gaz na minimalny, gdy zaczną się rozparowywać pierwsze kawałki. Dzięki temu w musie będą też wyczuwalne cząstki owoców.
Gdy ostatnie staną się względnie miękkie, posypać inuliną.
Wymieszać i podgotować jeszcze 2 minuty dolewając wody, jeśli cały płyn odparował.
Odstawić.

Słonecznik zezłocić na suchej patelni. Ostudzić.
Daktyle pokroić na dość cienkie paseczki.
W malakserze z ostrzem w kształcie "S" zmiksować słonecznik na drobną kaszkę.
Dodać daktyle i zmiksować na lepiącą się kruszonkę.

Do małego garnka z grubym dnem wlać wodę, zagotować.
Dodać mleko, zagotować.
Wsypać ryż i sól, gotować na małym ogniu 35 minut.
W blenderze zmiksować nerkowce na mąkę.
Dodać jogurt, ugotowany ciepły ryż, olej, ksylitol i cytrynę.
Zmiksować na krem.
Spróbuj, może trzeba będzie dodać więcej cytryny lub słodu...

Do pucharków nakładać łyżkę musu jabłkowego, 3 łyżki kremu jogurtowego, łyżkę kruszonki i znów mus.
Odstawić do lodówki na 1 godzinę do stężenia.
Podawać posypane niesolonymi pistacjami, prażonymi fistaszkami, posypane cynamonem lub polane melasą karobową albo czymkolwiek ulubionym ;-)


Piękne, prawda?
Dziecię moje dorosłe wypatrzyło, wdrapało się na drzewo, zerwało, ciepnęło w matulę energicznie a potem pstryknęło to apetyczne foto. Matula zajęła się transportem i przetwórstwem :-D
W opolskim widziałam wiele skwerów obsadzonych owocowymi drzewami, leszczyną lub orzechami włoskimi. Jaka dobra to rzecz, jeśli oczywiście nikt z miotłą nie goni ewentualnych konsumentów
;-)
Oczywiście, zastrzyk metali ciężkich nikomu na zdrowie jeszcze nie wyszedł, ale docenienie walorów ozdobnych drzew owocowych jest godne docenienia. Może i w przydomowych ogródkach zaczną się pojawiać obok (zamiast???) typowo polskich drzew ogrodowych (tui...) również te użytkowe?
Krzewy jagodowe?
Krzewinki truskawek?
... och, malin polecać nie będę ... zostały mi resztki rozumu w mózgu poza częścią ogarniętą fanatyzmem pro-natura ;-)))))


wtorek, 16 sierpnia 2016

Bezglutenowe ciasto ze śliwkami

Ciasto z kokosowej szarlotki tak nam posmakowało, że mając w zanadrzu nadmiar śliwek postanowiłam zrobić remake szarlotki. Tym razem wersja bardziej płaska i zamiast jabłek na cieście wylądowały - śliwki. Nawet arbuz nie smakuje tak dobrze, jak dojrzałe, słodkie, soczyste, fioletowe owoce późnym latem... Co tam egzotyka, nasze swojskie owoce biją na głowę wysublimowane smaki orientu! A jakby tak doprawić orientalnym cynamonem swojskie śliwki... oł, łoł ;-) Ciasto wyszło bardzo lekkie, mięciutkie i wilgotne, słodycz rozpływających się w ustach śliwek z ich kwaskowatym odcieniem i od czasu do czasu niespodziewana porcja kondensatu śliwkowego w postaci kęsów posiekanych śliwek suszonych... Podwieczorek z przyjaciółmi z takim ciasteczkiem pozostaje w pamięci zamiast w marzeniach sennych obciążonych żołądkowym balastem... Słowem smacznie, przyjemnie, zdrowo fizycznie i społecznie!


CIASTO ZE ŚLIWKAMI
30 x 34 cm

1 szklanka mąki gryczanej
1 szklanka mąki kokosowej
30 dkg jabłek (3 sztuki)
45 dkg śliwek (20 sztuk)
1 ¼ szklanki mleka sojowego (lub inne roślinne słodkie)
¾ szklanki mleka kokosowego o 60% zawartości kokosa (dość "cienkie")
1 łyżeczka cynamonu
1 łyżka suszonych drożdży
spora szczypta soli
2 łyżki cukru kokosowego (ma niski IG)

W sporej misce wymieszać mąki, drożdże i sól.
Jabłka ze skórkami (bez pestek i ogonka ;-)) zetrzeć na tarce o grubych oczkach. Wmieszać w mąki.
Połączyć mleka, wlać do miski z mąkami, wymieszać na jednolitą masę.
Odstawić do wyrośnięcia w osłonięte miejsce (latem wszędzie jest ciepło :-)).
Śliwki podzielić na połówki, pestki wyrzucić, rozłożyć na wyrośniętym cieście i posypać cukrem.
Piec 45 minut w temperaturze 180⁰C.

Na zdjęciu samotny kawałek, bo tylko on ostał się (schowany) do zdjęcia... Wiem, nie brzmi to najlepiej, ale chciałam pstryknąć...malutki zostawiłam...resztą chętnie się podzieliłam, żeby nie było, że jakaś paskuda jestem ;-)
A zdjęcie autorstwa mojego Syna! Bardzo lubię jego prosty, niewymuszony styl :-)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Pieczona papryka w paście słonecznikowej albo jako sos do makaronu (ryżu?) mniaaam...

Gdy piekę chleb, zapiekankę, burgery, ...cokolwiek... wkładam obok jedną, dwie papryki i piekę przy okazji. Pieczona papryka ma intensywny smak i daje fenomenalny kolor daniom. Tym razem jednak upiekłam całą blachę różnokolorowych papryk. Mamy w końcu sezon i papryki są soczyste, świeżuteńkie i pachnące. Aż żal nie korzystać z ich dobrodziejstw! Tak więc wykorzystałam je w dwutorowo. Dwie poszły do pasty na bazie słonecznika a reszta jako sos do makaronu. Myślałam, że może być ciekawie i się nie zawiodłam. Paprykę obrałam ze skórki, pokroiłam i dodałam tofu bazyliowe z dymką. Prosto, szybko, smacznie. A żeby jeszcze maxi zdrowo, to makaron z surowego selera :-D



A dwie mocno czerwone odłożyłam bez obierania do pasty:


PASTA SŁONECZNIKOWA Z PIECZONĄ PAPRYKĄ

1 szklanka namoczonego słonecznika
2 małe lub 1 duża czerwona papryka
1 łyżka dobrej oliwy
5 łyżek wody
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżeczka słodkiej mielonej papryki
½ łyżeczki soli
½ łyżeczki pieprzu ziołowego
⅛ łyżeczki pieprzu cayenne

Paprykę przekroić na pół, usunąć wewnętrzne błonki i pestki.
Upiec w 200⁰C przez 30 minut. Nie zdejmować skórki!!!
Wszystkie składniki zmiksować na krem.



Jak mam ochotę na ciepłe danie to paprykę pieczoną do makaronu zjadam z ... ryżem ...
...brązowym długoziarnistym, moim ulubionym... :-D


sobota, 13 sierpnia 2016

Lody bakaliowe ocenione jako najlepsze :-)

Lody są zazwyczaj oczekiwanym deserem, ulubionym zwłaszcza w gorące dni.  Wychodząc naprzeciw zapotrzebowaniu na wegański wyrób zbliżony smakiem do niewegańskich, użyłam wreszcie (tak, użyłam i ja ;-)) mleka kokosowego... Ma jednak tak wielką ilość tłuszczu, że musiałam, po prostu musiałam zmniejszyć jego ilość zastępując częściowo zmielonymi nerkowcami... w końcu mają nieco maślany smak i o to chodzi, prawda? Zamiast pełnotłustego użyłam lżejszego i dodałam chia dla zagęszczenia i w ten sposób upakowałam w lody jeszcze kwasy omega 3. Taki ze mnie spryciarz ;-) Dodatek prażonych orzechów daje zabójczo intrygujący aromat a suszone morele kwaskowatością przełamują delikatny smak nerkowców. Zainteresowani? Ja na pewno jeszcze wieeeele razy powtórzę ten przepis. Rasowy jadacz lodów ocenił je jako najlepsze bakaliowe, jakie kiedykolwiek jadł... czyli udały się :-D


LODY BAKALIOWE

1 szklanka mleka kokosowego o 60% ekstraktu kokosa
½ szklanki nerkowców
3 - 4 łyżki ksylitolu (syropu z agawy)
½ łyżeczki cukru z prawdziwą wanilią (najlepiej eko)
2 łyżki soku z cytryny
2 suszone daktyle
3 suszone morele
1 łyżka niesiarkowanych rodzynek
2 łyżki fistaszków
1 łyżka orzechów laskowych
2 łyżki słonecznika
1 łyżka chia (ewentualnie)
szczypta soli

Fistaszki, orzechy laskowe i słonecznik uprażyć na suchej patelni, grubo posiekać.
Morele pokroić w paseczki, rodzynki grubo a daktyle w bardzo drobną kostkę.
Mleko, nerkowce, ksylitol, sok z cytryny z solą zblendować na bardzo gładko.
W mleczną masę wmieszać bakalie z chia (ewentualnie) i wstawić do zamrożenia do maszynki do lodów lub zamrażalnika (wówczas mieszać dokładnie widelcem co 1 godzinę - u mnie były gotowe po 4 godzinach z chia, bez chia trwa nieco dłużej).


Gdy odkryłam, że już w starożytnym Rzymie znano lody, osłupiałam. Bez lodówek. Bez prądu. Nawet bez lodowców ;-) Dobrze zmotywowany człowiek potrafi wieeele dokonać. Miłość góry przenosi...albo wiara, zależnie od światopoglądu ;-) U mnie akurat bez wiary nie byłoby takiej miłości... Nie byłoby nawet zdrowego gotowania! Po cóż komukolwiek zdrowie, jeśli i tak życie kończy się wędrówką wraz z układem pokarmowym robaczków? Ale, gdy pomyślę, że w pamięci kogoś potężnego każdy mój atom jest zapisany (niezależnie od miejsca pobytu czy też oddali od reszty moich atomów ;-)) i ten ktoś potężny może mnie poskładać do kupy (przepraszam za naturalistyczne skojarzenia...) znów i nawet odnowić moje kobiece kształty z nieodłącznym mięciutkim sercem a potem tchnąć życie i będę mogła znów żyć... Dla kogoś takiego to warto się nauczyć nie tylko zdrowego gotowania, ale i jedzenia tego, co zdrowe :-D Najbardziej niespodziewane okazało się upodobanie do takiego życia, które napłynęło praktycznie od "drugiego" kęsa. Pierwszy...hmmm... różnie smakował ;-) Przypuszczam, że nawet bakaliowe lody nie pasowałyby mojemu podniebieniu 40 lat temu. Bo dziwne w smaku, mało słodkie i NIE MA CZEKOLADY! Cóż, nie ma i nie będzie :-D


piątek, 12 sierpnia 2016

Pasztet z letnich warzyw

Lubię dżdżyste jesienne dni... lubię też malunki mrozu na szybach samochodu (brak garażu ma swoje zalety ;-))... bardzo lubię letnie ciepłe poranki z pięknym światłem, zapachem rozgrzewającej się trawy i trelami uszczęśliwionych ptasich rodzin pod dachem domu (ignoruję usilnie wyskubywane w ociepleniu dziury nieodmiennie związane z wszechobecnymi kulkami styropianu...;-)) ale szczególnie za przeogromną obfitość świeżych plonów ogrodu i sadu! Mojego jedynie w małym procencie, ale dobre i to. Kondensacja smaku i aromatu w korzeniach zimą ma swoje ogromne zalety, ale... no właśnie... lekkość lata mnie uskrzydla :-D
Chyba na tych właśnie skrzydłach poleciałam do kuchni i korzystając ze wspomnianej obfitości upichciłam pasztet letni póki jeszcze lato trwa... Intensywny, bogaty, energetyczny, taki, jak lubimy.
Niech zdjęcia was nie przerażają, to nie krew kucharki, ale soczyste młode buraczki w warstwie dolnej nadają te piękne tony :-) Ich słodycz doskonale uzupełnia ostrość kalafiora... mniammm...


PASZTET Z LETNICH WARZYW

1 kalafior
3 pietruszki
1 mały por
4 duże ząbki czosnku
2 młode buraki
½ dużej słodkiej cebuli
1 młoda cukinia o miękkiej skórce
½ szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
1 szklanki zmielonej czerwonej soczewicy
½ szklanki mąki kukuryddzianej
1 łyżeczka mielonej kozieradki
1 łyżeczka gorczycy
1 łyżka sosu sojowego Tamari
4 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
1 ½ łyżeczki majeranku
1½ łyżeczki soli
1 łyżeczka pieprzu ziołowego
czarnuszka do posypania

Kalafior podzielić na różyczki.
Pietruszkę, cukinię, cebulę i czosnek pokroić drobno.
Buraki pokroić na średnią kostkę a por w kostkę.
Zmiksować w malakserze kalafior, pokrojoną pietruszkę, cebulę, cukinię, czosnek, kaszę, sos sojowy, olej i przyprawy.
Połączyć masę warzywną z porem, zmieloną soczewicą i mąką.
Podzielić na dwie części.
Do jednej dodać buraki i delikatnie wymieszać.
Foremkę posmarować olejem, wyłożyć do niej część z burakami.
Na górę jasną część pasztetu, wyrównać, posypać czarnuszką i piec w 200⁰C przez 50 minut.
Wystudzić w foremce a później w lodówce.
Kroić po zupełnym wystudzeniu.
Ten pasztet jest smarowalny i miękki. Jeśli chcecie jeść w plastrach, musicie kroić grubo.




Piękny bylinowy powojnik - symbol pełni lata!


Wydało się... nie mogłam się powstrzymać...musiałam uskubać choć do spróbowania... ;-) 

sobota, 6 sierpnia 2016

Selerowe sznycelki soczyste idealne na lato

Nawet latem pogoda zmienną bywa niesłychanie. Dopiero co upał, a tu lunęło, zawiało i aż miło na obiad coś ciepłego zjeść. Gdy letnie rozleniwienie nie nadąża za pogodą, przydają się proste i szybkie selerowe sznycelki pyszne również na zimno, gdy jutro pogoda znów przełączy się na upał... Szczególnie, gdy po lodówce poniewiera się resztka tofu, ugotowana wcześniej kasza jaglana (dobrze mieć zawsze pod ręką mały zapasik, bo w kuchni wegańskiej spełnia różnorakie, bardzo pożyteczne funkcje...), kawałek cebuli a młody czosnek pyszni się soczystymi mega ząbkami... Jeśli przy okazji instynkty dziecięce Was dopadną (jak mnie dopadły), możecie mieszać zmielone siemię silikonową szpatułą ciapkając, rozkosznie ubijając maziatą  paćkę do woli... Kawałek niezwykle realistycznych wspomnień pięknego czasu. Wielki Arnold w jednym ze swoich filmów musiał za takie wspomnienia sporo płacić... ;-)



SELEROWE SZNYCELKI Z TOFU
12 sztuk

1 młody seler (ok. 30 dkg)
1 gałązka selera naciowego
½ szklanki złotego siemienia lnianego (nie zwyklego, gdyż chodzi o kolor)
1 spory ząbek czosnku
½ cebuli
½ tofu (90 g)
⅓ szklanki ugotowanej kaszy jaglanej
¼ szklanki mąki gryczanej
1 łyżka mąki z ciecierzycy (jeśli rezygnujemy, użyć połowę wody do zalania siemienia)
1 łyżka sosu sojowego
1 łyżeczka majeranku
¾ łyżeczki soli
świeżo mielona gałka muszkatołowa do smaku

Połowę siemienia lnianego podprażyć na suchej patelni a drugą połowę zmielić i zalać ¼ szklanki gorącej wody. Intensywnie mieszać aż zgęstnieje czyli zabójcze 30 sekund. 
Dodać następne ¼ szklanki gorącej wody (lub nie omijając konieczność użycia mąki z ciecierzycy) i znów porządnie wymieszać.
Seler korzeniowy zetrzeć na drobne wiórki.
Seler naciowy pokroić w drobną kostkę.
Cebulę zetrzeć na tarce.
Czosnek drobno posiekać.
Wszystkie składniki dobrze wyrobić ręką około minuty.
Formować zgrabne sznycelki, układać na blasze wyłożonej papierem do pieczenia.
Piec 20 minut w temperaturze 200⁰C, obrócić i dopiec 10 minut.
Na zimno jeszcze smaczniejsze!

Jaki seler jest pyszniutki! Szkoda, że moja Mama nie korzysta z internetu... Nie uwierzyłaby, że jej córka zachwyca się warzywem... Córka, która w dzieciństwie chciała jeść wyłącznie słodycze, słodycze i szyneczkę. Od warzyw uciekała. Bardzo dosłownie. Do dziś po rodzinie krążą opowieści, jak mnie rodzicielka goniła po stołówce z łyżką surówki... To na wakacjach... W domu zaś wymyślała najróżniejsze podchody, żeby pierworodna coś poza cukiereczkiem skonsumowała... Teraz jadam warzywka, kasze, i warzywka, i kasze, czasem dorzucając jakiegoś domowego łakocia ... bez cukru... Oto prawdziwa ewolucja ;-)


czwartek, 4 sierpnia 2016

Chlebek bananowy z cukinią o niskim indeksie glikemicznym!

Czasem mam ochotę na kawałek dobrego ciasta w tradycyjnym stylu. Chlebek bananowy stał się u nas klasykiem wegańskich wypieków. Niestety indeks glikemiczny pieczonego banana przyprawia a zawrót głowy każdego, kto musi się z nim liczyć. Dodatek tłuszczu nieco obniża IG (uwaga! zwiększa i tak zapotrzebowanie na insulinę tylko wolniej ale dłużej!), więc pojawił się w formie wiórków kokosowych. Jednak dokładając mąkę (nawet gryczaną własnomłynkowo zmieloną ;-)) nadal IG wiruje w okolicach wysokiego. Pomyślałam, że przecież cukinia indeks ma bardzo niski a daje wypiekom cudowną wilgotność i miękkość. Dorzuciłam więc ładną, jędrną młodą cukinię. Zamiast cukru dodatek inuliny, słodzika niezwykle życzliwego diabetykom i karob z dodatkiem kawowej cykoriady zamiast kofeinowego kakao uczynił z tego rodzaju bananowego chlebka deser doskonały dla osób dbających o niskie zapotrzebowanie na insulinę, walczących z candidą, boreliozą, Hashimoto i całą gamą różnorakich zaburzeń a także tych, którym zdrowie miłe bardziej niż tradycja ;-)



CHLEBEK BANANOWY Z CUKINIĄ
keksówka 28 x 10 cm

400 ml mąki gryczanej
15 g świeżych drożdży
30 ml ciepłej wody
60 ml mleka roślinnego (u mnie kokosowo-ryżowe)

25 dkg świeżej młodej cukinii
½ szklanki wiórków kokosowych
¼ szklanki karobu
2 łyżki inuliny
2 łyżki siemienia lnianego
1 szklanka mleka roślinnego (u mnie kokosowo-ryżowe nadal)
1 łyżka cykoriady w płynie
1 strączek wanilii
spora szczypta soli
1 dojrzały duży banan

Do miski wsypać mąkę, zrobić w środku dołek, wkruszyć drożdże. Wlać wodę i mleko, wymieszać z drożdżami nie przejmując się, że zabiera się przy tym trochę mąki. Tak ma być :-)
Odstawić do wyrośnięcia przykryte ściereczką.
Cukinię zetrzeć na grubych oczkach, banan zgnieść widelcem (jak chcecie brudzić blender, można zblendować - ja nie lubię go myć ;-)).
Siemię lniane zmielić.
Wszystkie składniki poza zaczynem i mlekiem dokładnie wymieszać.
Do podrośniętego zaczynu dodać pozostałe mleko i wymieszać na gładko.
Dodać drugą mieszaninę do ciasta i dokładnie wymieszać.
Keksówkę wyłożyć papierem do pieczenia, wlać ciasto, wyrównać i odstawić do wyrośnięcia. Musi wyraźnie podrosnąć i się nieco wybrzuszyć.
Piec w temperaturze 180⁰C 40 minut.

Przechowywać w lodówce, bo chłodny smaczniejszy a w gorące i wilgotne dni może mieć krótki żywot... a lato mamy kapryśne ;-)