O czym jest ten blog?

Notatki z życia codziennego żony i matki prowadzącej dom w wersji możliwie eko-naturalnie roślinnie. Nie stroniącej od trudnych pytań, ale szukającej sensu i piękna.

sobota, 29 października 2016

Ciastka fasolowe z kawą

Pierwsze ciastka strączkowe zrobiłam z czerwonej fasoli i wiórków a zagęszczałam siemieniem. Czas się posunął i odważyłam się zaproponować na pokazie kulinarnym ciastka z białej fasoli i słonecznika zagęszczane inuliną. Odważyłam się, bo te akurat nie są słodziutkie... dodana kawa miała za zadanie uczynić z nich bardziej wytrawny dodatek do herbatki czy kawy (zbożowej, rzecz jasna... niechęć do kofeiny we mnie rośnie z każdym przeczytanym artykułem, więc urosła już sporo...) a odrobina płatków chili zaskoczyć (udało się w 100% ;-)) i rozgrzać (w 200% ;-)) zebrane grono. Mogłam sobie pozwolić, bo znam uczestników Klubu Zdrowia w Nysie jako niezwykle sympatycznych i otwartych na nowości. 
Zaraz po upieczeniu ciasteczka są chrupiące a z czasem stają się delikatniejsze. Cecha charakterystyczna wszystkich roślinnych ciastek z małą ilością tłuszczu i bez dodatkowych spulchniaczy. Te są również bez mąki i bez cukru. A jednak ciastka... CUD! ;-) 



KAWOWE CIASTKA Z FASOLI
35 sztuk

1 szklanka ugotowanej fasolki Średni Jaś
¾ szklanki resztek z mleka owsianego (zróbmy z płatków bezglutenowych, jeśli go nie tolerujemy)
¼ szklanki mielonego słonecznika (25 g)
3 łyżki kawy rozpuszczalnej lub granulowanej
1 czubata łyżka karobu
½ szklanki daktyli
3 łyżki inuliny
3 łyżki zmielonego siemienia lnianego

Daktyle zalać wodą i gotować aż daktyle rozmiękną a wody zostaną około 3 łyżki i zmiksować razem.
Fasolę zmiksować na mus, dodać resztę składników i zmiksować na dość gładko.
Formować łyżką małe ciasteczka i piec 30 minut w temperaturze 180⁰C.
Ostudzić na kratce.


W naszych ciasteczkach najfajniejsze jest, że można je jeść w ramach normalnego śniadania, bo zawierają białko, błonnik, zdrowe tłuszcze, witaminy...jeśli dorzucić świeże owoce, to śniadanie kompletne się staje. Ale super, prawda? ;-) 

czwartek, 27 października 2016

Pulpety multiwarzywne

Kocham warzywa.
Za ich karotenoidy, bioflawonoidy, glukozynolany,... wysławiają je lekarze, dietetycy, promotorzy zdrowia i wszyscy zwolennicy zdrowej diety. Ale flawonoidy to także allicyna w cebuli. I choć działa przeciwwirusowo i przeciwbakteryjnie, powoduje rzęsiste łzy... Indole z warzyw krzyżowych działają przeciwnowotworowo a jednocześnie powodują grymas na twarzy konsumenta np. surowej kapusty..."ostre"... Nasza miłość więc bywa ...platoniczna... Z minimalnym kontaktem albo w tłumie kasz, orzechów, mączystych ziemniaków. Dobre i to, ale... no właśnie... Gdyby udawało się częściej upchać więcej tych niezwykłych darów natury w naszych posiłkach? Na szczęście wielką sympatią cieszą się klopsiki, w których można upchać rozmaitość warzyw.
W postaci małych chrupiących kulek wszystko smakuje lepiej :-)
Z tego powodu, gdy zostają w lodówce resztki warzyw, których jakoś nikt nie miał dotąd ochoty skonsumować, robię mieszankę cud i formuję z niej pulpeciki doprawiając stosownie do dominującego składnika.


PULPECIKI Z BATATAMI
12 sztuk

250 g ugotowanej kaszy jaglanej
100 g batata po obraniu (pół średniego)
1 średnia fioletowa cebula
10 cm zielonej części pora
40 g korzenia pietruszki (1 średnia)
30 g selera naciowego (1 średnia gałązka)
2 ząbki czosnku
3 łyżki mielonego siemienia lnianego
1 łyżeczka soli
½ łyżeczki mielonej kozieradki
⅓ łyżeczki nasion kminku
⅓ łyżeczki ziaren kolendry
½ łyżeczki nasion gorczycy

Bataty i pietruszkę zetrzeć na tarce o drobnych oczkach.
Cebulę, czosnek, pora i seler pokroić bardzo drobno.
Kolendrę i kminek podprażyć na suchej patelni 1 minutę, pod koniec dodać gorczycę, zdjąć patelnię z ognia i dalej mieszać, żeby gorczyca się mocno podgrzała, ale nie uprażyła.
Wszystkie warzywa i kaszę z dodatkiem soli wyrobić w misce ręką aż puszczą soki i całość się dokładnie wymiesza.
Zmielone siemię zalać 5 łyżkami mocno ciepłej przegotowanej wody i wymieszać. Dolać jeszcze 3 łyżki wody i zmiksować żyrafą do uzyskania puszystej jasnej gęstej masy.
Przyprawy z patelni zmiażdżyć w moździerzu lub zmielić.
Do warzyw dodać len i wszystkie przyprawy, wymieszać dokładnie.
Lepić pulpety wielkości orzecha włoskiego.
Masa będzie bardzo miękka, ale wyschnie w czasie pieczenia.
Układać na blasze nasmarowanej olejem kokosowym i piec 30 minut w temperaturze 200⁰C.
Pulpety po schłodzeniu nabierają zwartości i są doskonałe do zimnego bufetu lub na drugie śniadanie do pracy/szkoły.


Smakują na ciepło i na zimno... do surówki i do buły... a nawet na przekąskę... :-D


wtorek, 25 października 2016

Surowe ciasto marchewkowe zaskakuje smakiem

Jedz warzywa! Czy pamiętacie takie wezwania rodzicielskie z czasów dzieciństwa? Ja aż za dobrze... Dzisiaj obserwuję dzieci znajomych i nieznajomych, które na widok warzyw kręcą noskami. Najzabawniejsze jest, gdy dostają kawałek warzywnego ciasta i nie chcą tknąć deseru paluszkiem bojąc się, że wyrosną im korzonki albo zzielenieją włosy od tych strasznych produktów... bo w sumie farbą włosy dekorować można, ale żeby rośliną?????? Szczerze mówiąc, faktycznie we współczesnych marchewkach trudno szukać urzekającej słodyczy. Łykowatość stała się ich atrybutem a smakiem przypominają często gorzkie wióry. Gdy więc robię marchewkę w wersji raw, musi być eko czy organic czy bio


CIASTO MARCHEWKOWE RAW
tortownica o średnicy 20 cm

½ szklanki mleka roślinnego (u mnie migdałowe)
¾ szklanki upchanych rodzynek i daktyli w preferowanych proporcjach (u mnie pół na pół)
1 szklanka suszonych jabłek w plastrach też upchanych
4 świeże marchewki średniej wielkości
½ szklanki wiórków kokosowych plus do posypania foremki
¾ łyżeczki cynamonu plus do posypania wierzchu ciasta
szczypta soli
¼ szklanki migdałów
amarantus ekspandowany - ilość zależna od soczystości marchewki
trochę grubo zmielonych orzechów włoskich do przybrania

Rodzynki i daktyle zalać mlekiem i odstawić do namoczenia (można na noc do lodówki).
Marchewkę pokroić w kostkę.
Migdały zmielić na mąkę.
Owoce suszone z mlekiem, marchewkę i wiórki z solą zmiksować w malakserze z ostrzem S na grudkowatą masę.
Dodać zmielone migdały i cynamon i ponownie zmiksować.
Masę zagęścić ekspandowanym amarantusem (u mnie pół szklanki).
Foremkę wysypać dodatkowymi wiórkami, wyłożyć masę ciasta, wyrównać i posypać orzechami włoskimi i ewentualnie dodatkowym cynamonem.
Wstawić do lodówki na kilka godzin.
Bardzo smaczne z musem kokosowym z tego przepisu.
Ja upchałam w sześciu pierścieniach cukierniczych do indywidualnego spożycia ;-) 

W przypadku wyboru marchewki do ciasta, ważne, żeby były one soczyste, o prawdziwym smaku marchewki, pozostawione na powietrzu nie będą czernieć, ale zwyczajnie więdnąć. Niech psują się "po Bożemu" zamiast trwać w "nieśmiertelności z piekła rodem". Normalne funkcjonowanie praw natury jest jednym z wyznaczników zdrowotności. Starzejemy się z godnością, bo wszak starość to mądrość. Szanujmy wartości wyższe, bo dobroć dzisiaj zanika a szacunek do drugiego (czy to człeka czy zwierza) staje się passe... Nie dajmy się przekonać, że lepiej "oddać na świątynię to, co się rodzicom należy" (już w czasach początków naszej ery była to pokusa, której wielu uczonych i poważanych ludzi się nie oparło...patrz religijny establishment z czasów Pana Jezusa...) zamiast poświęcić im swój czas i uwagę, której oni tak bardzo oczekują a nie chcą sprawiać kłopotu swoimi tęsknotami... To są najcenniejsze chwile w życiu, gdy bliskim dajemy część siebie... Tak, starość jest częścią życia w naszej rzeczywistości. Nie jest złem, ale szansą. Szansą na mądrość życiową, której inaczej niż przeżyciem się nie osiągnie.
Prawdziwa marchewka starzejąca się nabiera słodkości, zauważyliście? Naukowcy zbadali, że strata wody oznacza większą gęstość odżywczą ("mądrość" roślin, z której możemy korzystać). Jeśli więc nasza eko - marchewka się zestarzeje, możemy nadal użyć jej do tego ciasta, ale dodajmy wtedy więcej mleka roślinnego a mniej amarantusa. 
Naszą cerę po czterdziestce również śmiało nawadniajmy :-) np. hydrolatem różanym i natłuszczajmy np. masłem shea nierafinowanym (ma znaczenie, że nierafinowane!) i pokazujmy dumnie, bo w niczym nie jest mniej warta od młodzieńczej. Jest nasza :-)
I spokojnie jedzmy ciasto marchewkowe - nawet bardzo skrupulatny dietetyk mu nic nie zarzuci ;-)


poniedziałek, 24 października 2016

Roślinny serek twarożkowy z kminkiem

Mając rejuvelac, mamy bezmiar serów roślinnych :-D
Na początek mój ulubiony z nerkowców z dodatkiem kminku.
Doskonały do świeżego pieczywa na zakwasie!


SER TWAROŻKOWY Z KMINKIEM

1 szklanka nerkowców
½ łyżeczki soli (użyłam himalajskiej)
ok. ½ szklanki dowolnego rejuvelacu (użyłam żytniego stąd)
3 łyżki kminku

Nerkowce dokładnie wypłukać i zalać przegotowaną wodą.
Odstawić do namoczenia na 2 - 8 godzin.
Zblendować z solą i rejuvelakiem do ziarnistości, jakiej oczekujemy od twarożku.
Konsystencja ma być bardzo miękkiego twarożku, wręcz śmietankowego... (później zgęstnieje).
Im bardziej namoczone nerkowce tym mniej rejuvelacu będziemy potrzebować.
(również im silniejszy blender tym mniej potrzeba płynu)
Masę przełożyć do szklanego lub porcelanowego naczynia, przykryć i odstawić w spokojne miejsce o temperaturze pokojowej na 8 - 24 godzin (u mnie 12).
Im dłużej będzie fermentował, tym kwaśniejszy będzie smak twarożku.
Pokrywka, jeśli jest elastyczna, wybrzuszy się a pojemnik otwierany zasyczy (to z tych przyjemnych syków jest ;-))... serek zrobił się pulchny i napowietrzony :-D


Na kawałek folii wysypać połowę kminku, wyłożyć na niego masę twarożkową w kształt walca (jeśli będzie rzadsza, może wyjść mały roślinny wieloryb, ale smaku nie popsuje... ;-)).
Obsypać resztą kminku i zawinąć dość szczelnie folią zawiązując jej końce.
Odstawić do lodówki na dobę, aby zgęstniał.


Uwielbiam z chlebem gryczanym z dodatkiem mąki z teff na zakwasie... mogłabym jeść na każdy posiłek...
Jak wiadomo, siła tkwi w prostocie :-)



... ciepło, domowo, bezpiecznie, z kochanymi dookoła... jak dobrze... :-) 

niedziela, 23 października 2016

Rejuvelac do roślinnych serków

Kilka lat temu wpadłam w szał robienia fermentowanych roślinnych twarożków. Bazą był rejuvelac. Jest to płyn, który otrzymujemy przez krótką fermentację wykiełkowanych ziaren zbóż. U mnie najlepiej sprawdziło się żyto. Nie jadam glutenu, ale w rejuvelacu go nie ma, bo też i nie rozpuszcza się w wodzie. Z żyta korzystam tylko, by uruchomić procesy życiowe a następnie namnożyć bakterie kwasu mlekowego i lactobacillus bifidus. Wraz z bakteriami dostaję sporą dawkę witamin z grupy B, K a także enzymów. Rejuvelac zaleca się pić dla wzmocnienia flory bakteryjnej jelit i wyregulowania ich funkcjonowania. Smak nie powala, ale można odrobinę posłodzić lub wymieszać z musem owocowym i cytryną. Otrzymamy coś w rodzaju oranżady :-)


REJUVELAC

nasiona żyta najlepiej ekologiczne
woda przegotowana o temperaturze pokojowej

Nasiona żyta dokładnie opłukać, zalać wodą i odstawić przykryte w ciemne miejsce na 8 - 12 godzin czyli do napęcznienia.


Odcedzić, przepłukać, nałożyć na słoik kawałek gazy i przytrzymać gumką recepturką.
Przechylając słoik, by nadmiar wody mógł odciec, ułożyć go w miseczce.


Dwa, trzy razy dziennie przepłukiwać aż ziarenka puszczą kiełki.


Przepłukać, zdjąć gazę, zalać wodą przegotowaną i odstawić na jeden/dwa dni w ciemne miejsce aż kiełki zaczną fermentować.. Poznać można po pojawianiu się bąbelków i lekko kwaśnego zapachu i mętnieniu wody.


Otrzymany płyn to właśnie rejuvelac. Należy odcedzić kiełki i użyć je do wypieku chleba czy placków albo pasztetu a rejuvelac do picia, lemoniady czy domowego serowarstwa
:-D



Widać drobne bąbelki. Im dłużej kiełki będą fermentowały, tym więcej będzie bąbelków, ostrzejszy smak i więcej dobrości ... do czasu...aż się zepsuje ;-) Trzeba ostrożnie...



sobota, 22 października 2016

Cevapcici buraczane

Cevapcici jest jednym z niewielu mięsnych dań, którego wygląd kusi mnie do zrobienia roślinnej wersji. Nigdy nie jadłam oryginalnego. Jedzenie potraw odzwierzęcych porzuciłam zanim o cevapcici usłyszałam. Stąd nie mam tęsknot smakowych (w ogóle w stronę mięsną tęsknot nie mam od wielu lat, co u ustach takiego mięsożercy, jakim byłam, może brzmieć ...dziwnie...?), ale cevapcici wyglądają interesująco. Grillowanie (a cevapcici są najczęściej grillowane) z kolei szczytem zdrowia nie jest a przyszedł taki dziwny czas, że o zdrowie trzeba się starać. Dookoła tyle zanieczyszczeń, skażeń, że zdrowie nie jest już oczywistością a raczej wymaga usilnych starań, by zachować je w stanie jakotakim... Jeśli tylko mogę, wybieram suszenie, bo indeks glikemiczny niższy, smak głębszy, ciekawszy a wartości odżywczych też zostaje więcej.
Jak powstały moje cevapcici? Otóż na stole były resztki surowych buraków i plątała się zapomniana suszona śliwka, na półce mignęła mi przyprawa do ...cevapcici!... (ale traf! ;-) ) czyli tradycyjnie: najlepsze dania powstają z resztek! Idealny okazał się niezawodny mały malakserek, użyłam wreszcie patyczków do szaszłyków i na noc ruszyło suszenie w piekarniku.

Jeśli jednak czas nagli albo smak nie przyzwyczajony do surowego albo przeraża piekarnik włączony na 10 godzin, to można zapiec :-) Policzyłam koszty i wyszło, że pieczenie 35 minut w 180⁰C to koszt a suszenie 10 godzin w 50⁰C to koszt .


BURACZANE CEVAPCICI
12 sztuk

2 średnie surowe buraki (250 g)
1 duża suszona śliwka
1 łyżka mielonego siemienia lnianego (u mnie złote)
4 kawałki suszonych pomidorów bez zalewy
1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej
¼ łyżeczki chili
¼ łyżeczki mielonej kozieradki
¼ łyżeczki przyprawy do bifteków z kurkumą, kolendrą, kuminem i imbirem
1 łyżka sosu sojowego Tamari
1 łyżka oleju rzepakowego tłoczonego na zimno

Buraki obrać i pokroić w kostkę.
Śliwkę wypłukać i pokroić w paseczki.
Podobnie pomidory.
Wszystkie składniki zmiksować w malakserku (nie na pastę, mają być wyczuwalne grudki warzyw).
Rękami (w rękawiczkach, przynajmniej ja...) formować podłużne pulpeciki i nadziewać je na patyczki do szaszłyków.
Suszyć w piekarniku nastawionym na temperaturę 50⁰C do...wysuszenia :-) czyli jak komu pasuje. Ja suszyłam 8 godzin.

Najlepsze tradycyjnie z jogurtem sojowym z miętą lub kolendrą lub świeżą surówką np. z ogórków lub pomidorów z dymką. Osobiście bardzo lubię rozkoszować się intensywnym smakiem buraków z pazurkiem chili bez dodatków. Przegryzając jedynie świeżym listkiem pietruszki... Niestety, oznacza to, że niewiele pozostaje do poważnego posiłku ;-)



czwartek, 20 października 2016

Gofry wytrawne z dynią

Gofry to niewątpliwie danie letnie. Gofrownica jednak trochę kosztuje i używanie jej jedynie w czasie 3 miesięcy w roku jest (delikatnie ujmując) nieekonomiczne. Robiłam już gofry z mąką z ciecierzycy ze szparagami ...latem, więc dlaczego nie zrobić gofrów z dynią jesienią? Jest na nią sezon. Kolorowe potężne głowy pysznią się na targowiskowych ladach i żal przechodzić obojętnie wobec takiego bogactwa. Słodkości nieco mam dość i szukając pomysłu na obiad zdecydowałam, że część upieczonej dyni, która ma zostać upchana w pojemniczkach i zamrożona na pyszne zimowe dyniowe ciasta, zostanie wykorzystana do obiadowych gofrów właśnie. Pochmurne niebo trzeba koniecznie rozjaśnić pomarańczowym daniem na talerzu a betakaroten z dyni wzmocni układ odpornościowy przed listopadowymi pluchami.


GOFRY WYTRAWNE Z DYNIĄ
8 sztuk składających się z 5 serduszek jeden ;-)

200 g pieczonej dyni (u mnie Nelson ze skórką)
150 g płatków owsianych (np. bezglutenowych)
30 g mąki z ciecierzycy (4 łyżki)
6 g czosnku (2 ząbki)
16 g cebuli (¼ średniej)
12 cm pora średniej wielkości
20 g mąki gryczanej (½ szklanki)
1 łyżka oliwy
1 łyżeczka soli
spora szczypta (a nawet dwie) świeżo zmielonej gałki muszkatołowej
kawałek świeżego imbiru
370 ml wody

Cebulę i pora pokroić w drobną kostkę.
Resztę składników zmiksować na gładko w blenderze.
Wymieszać ciasto z warzywami.
Gofry piec w gorącej gofrownicy po 8 minut każdy.


Bardzo smakowały z pieczonym tempehem z sosem tatarskim na bazie pieczonej pietruszki... ale o tym innym razem...

wtorek, 18 października 2016

Napój Jamiego Olivera

W chłodne dni potrzeba nawodnienia tak samo, jak i w ciepłe. Ekstrema najwyraźniej mają podobne wymagania... Gdy nadejdzie zima z mrozem będziemy potrzebowali wody, co w gorące lato. Dziwnie brzmi? Trochę nienaturalnie, prawda? Komu chce się pić wodę w zimne południe??? Pijemy wtedy ciepłe herbatki, kawę zbożową z mleczkiem, rozgrzewając się od wewnątrz. Zauważyłam jednak, że jedząc dużo, bardzo dużo surowych warzyw i nieco orzechów nie odczuwam tak bardzo wewnętrznego wychłodzenia, jedynie zewnętrzne. Wystarcza wówczas kawałek kaloryfera (byle grzał...) albo umycie dłoni i stóp (byle woda ciepła...) i bardzo szybko czuję się komfortowo. Picie zbyt często zastępuję wtedy jedzeniem czy po prostu przekąszaniem. Dlaczego? Bo woda zimą i jesienią nie smakuje tak, jak latem. W moim przypadku okazało się, że wody smakowe smakują nawet w chłodne dni. Szczególnie, gdy są przygotowane z dodatkiem imbiru... Tu z pomocą przyszedł Jamie Oliver. Jedna z jego propozycji wyjątkowo przypadła mi do gustu (zdjęcia przypadły absolutnie wszystkie! jaki klimat!... może i mnie się kiedyś coś podobnego popełni...):


NAPÓJ Z GRANATEM I IMBIREM
1.5 l

1 dojrzały granat
1 limonka
kawałek imbiru

Granat naciąć dookoła i rozerwać na dwie części.
Pestki wyjąć do dzbanka o pojemności 1.5 l delikatnie, żeby nie zgnieść i nie stracić soku.
Limonkę dokładnie wyszorować i sparzyć, pokroić dość cienkie plasterki, wrzucić do pestek granatu.
Imbir obrać i zetrzeć na wiórki, dorzucić do owoców.
Całość zalać przegotowaną lub mineralną wodą.
Odstawić na kilka godzin przykryte.


Po wypiciu wody zostają owoce posiadające jeszcze sporo smaku... Pestki granatu stają się tak pyszne, że wyjadam je łyżką z pustego dzbanka... Można je użyć również do ozdobienia (a też i do aromatyzowania! imbir jeszcze czuć, i czuć, i czuć,...) deserów.

środa, 12 października 2016

Puder winogronowy z resweratrolem w truflach

Nadszedł czas robienia soków z naszych winogron. Korzystam przy tym z sokownika, bo nie używam cukru a wyciskarkę zepsułam :-( Jak to przy takiej przeróbce, zostają resztki pod postacią skórek i pestek. Z fachowej literatury wiem, że resweratrol, z którego ciemne winogrona słyną, jest głównie z skórkach i pestkach. Jest go najwięcej, gdy winogrona rosną w trudnych warunkach klimatycznych. Otóż lato było tego roku kapryśne, więc resweratrolu w winnych gronach jest cała moc. Szczególnie, gdy nie używa się żadnych środków ochrony roślin... I teraz mamy te resztki posokowe wyrzucić? Absolutnie! Szkoda przecież marnować uzdrawiające dary natury... Moja przyjaciółka Hania, kobieta energiczna i z pomysłami czasem... hmmm... ciekawymi, podsunęła utylizację bardzo interesującą: resztki podpieka w stukilkunastu stopniach a potem mieli je na proszek. Genialne w prostocie!
Chcąc uchronić jak najwięcej dobroci wysuszyłam jedynie w 50⁰C przez całą noc przy drzwiczkach piekarnika zablokowanych gruuubo zwiniętą ściereczką :-) Wyschły, zmieliłam. Wyszło 0.3 l pudru z resztek pozostałych po zrobieniu 2.5 l soku. Pomyślałam, że ze względu na kolor, puder powinien dobrze działać z karobem i zrobiłam trufle świąteczne - przepis gotowy na zimę jak znalazł :-D 


TRUFLE Z RESWERATROLEM
9 sztuk

2 świeże daktyle Medjoul lub 4 zwykłe namoczone w wodzie
1 łyżka karobu
1 łyżeczka proszku z winogron
1 łyżka masła z prażonych orzechów laskowych
szczypta soli
spora szczypta świeżo startej gałki muszkatołowej
5 ziarenek kolendry

Kolendrę zmiażdżyć w moździerzu lub zmielić.
Daktyle wypestkować i rozgnieść widelcem.
Wszystkie składniki wymieszać najpierw widelcem, potem już wyrobić ręką na jednolitą masę.
Formować kuleczki, obtaczać w cynamonie (cejlońskim!!!), karobie, inulinie lub zostawić bez posypki (te smakują najlepiej, choć wyglądaja lepiej te kolorowe)
Schłodzić w lodówce.


Proszek z resztek po soku winogronowym najlepiej przechowywać w lodówce w szczelnie zamkniętym pojemniku.
Doskonały do kompletu SUPERPOWDERS wraz ze sproszkowaną dziką różą i sokiem z rokitnika.
Wybaczcie słowotwórstwo :-D

wtorek, 11 października 2016

Rokitnik w jaglance w towarzystwie gruszki czyli na złoto!

Targi Natura Food w Łodzi odwiedziłam pierwszy raz w zeszłym roku. Wielość wystawców nieco mnie oszołomiła... ale i zmotywowała do oglądania podobnych wystaw w różnych (głównie bliższych dystansem ;-)) innych w interesującym mnie temacie. Przez ten czas zdążyłam ochłonąć, poznać producentów, dystrybutorów, ale i jakość większości produktów. W tym roku więc przyjechałam głównie obejrzeć pokaz kulinarny... Cóż... Rozmiar tegorocznej imprezy znów mnie zaskoczył. Oszołomić było trudno po zdobytym doświadczeniu, ale wypatrzyłam kilka niezwykle interesujących stoisk. Po zakupach zaczęłam testować i oto pierwszy produkt, który przykuł moją uwagę unikalnością, ale i smakiem. Susz z soku owoców rokitnika. Piłam sok, próbowałam olej, nawet robię sobie doskonały krem do ciała na jego bazie. Aromat ma intensywny, smak...w sumie znajduje swoje miejsce głównie w kremie ;-) Jednak susz soku ukryty pod nazwą "Złoto z rokitnika" okazał się kwaskowy (wszak to rokitnik!), ale i delikatnie słodki, przyjemnie (sic!) aromatyczny. Według informacji ze stoiska zawartość witaminy C jest w nim niezwykle wysoka ze względu na sposób suszenia za pomocą niskiego ciśnienia. Można jeść go po prostu łyżeczką, stosować jako posypkę lub rozpuszczać w wodzie czy soku. Mnie bardzo smakuje wprost z łyżeczki, ale dodany do jaglanki z gruszką nie dopuścił, bym zjadła na śniadanie cokolwiek więcej, bo nie chciałam zagłuszyć śladów jej smaku niczym absolutnie!


JAGLANKA Z GRUSZKĄ, TAHINI I ROKITNIKIEM
1 porcja (moja porcja, żeby zdziwienia nie było...)

1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej (najsmaczniejsza świeżo ugotowana)
1 szklanka mleka sojowego
1 dojrzała gruszka (u mnie Patron lub Konferencja)
1 łyżka tahini (robiłam domową wg przepisu Jadłonomii i to ma znaczenie...spore...)
1 czubata łyżeczka "Złota z rokitnika"
2 łyżki mielonego siemienia lnianego złotego (żaden inny nie wygląda tak szlachetnie ;-))

Gruszkę umyć, pokroić w kostkę usuwając jedynie twarde wnętrzności i ogonek.
Wymieszać wszystkie składniki do zgęstnienia (len doskonale się wchłania tylko zmielony).
Odstawić na kwadrans i rozkoszować się unikalnym smakiem...
...rokitnika w formie niezwykle przyjaznej podniebieniu...


A oto bohater wpisu: Złoto z rokitnika - susz owocowy - ekstrakt 7 : 1




sobota, 8 października 2016

Pasztet z sulforafanem czyli brokułem w roli głównej

Prawie jak kalafior, ale jednak ostrzejszy (głównie zapach), bardziej kolorowy (oczywiste) i bogatszy w składniki antynowotworowe (potęga wręcz!). Warzywo genialne aczkolwiek charakterne. Musiałam się pochylić w pokorze i posłuchać, co w jego różach piszczy... było cicho, robali brak... optymistycznie nie przejmowałam się wersją, że pryskane (wszystko pryskają), włożyłam do miski z EM Refresh dla usunięcia wszystkiego co obce i usunąć się inaczej da, po czym przeprowadziłam gruntowny peeling na grubej tarce. Nie zostawiłam go tak samotnie, dorzuciłam cebulę do towarzystwa. Wszak genialna Jadłonomia kalafiorowe mielone polecała z tartą cebulą...
Nie wykorzystać takich rad to wielki błąd byłby, więc wykorzystałam. Brokuł starkowany uwolnił sulforafan, zamknęłam więc go sokiem cebulowym, dopchałam jaglanką i lubczykiem z ulubioną kozieradką... a to efekt:


PASZTET Z BROKUŁA
keksówka 10 x 19 cm

1 brokuł (500 g)
1 duża cebula
1 łyżka posiekanego świeżego lubczyku lub ½ łyżki suszonego
1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej
1 łyżeczka soli
½ łyżeczki sosu sojowego Tamari
1 łyżeczka gorczycy
3 spore ząbki czosnku
¼ szklanki migdałów
3 łyżki wody
½ łyżeczki mielonej kozieradki
pieprz ziołowy do smaku

Brokuł razem z łodygą i cebulę zetrzeć na tarce o grubych oczkach.
Czosnek drobno posiekać.
Gorczycę zmiażdżyć najlepiej w moździerzu lub zmielić.
Migdały zmielić na mąkę.
Wszystkie składniki razem wymieszać, masę wyrobić przez kilka minut rękoma.
Foremkę wysmarować olejem kokosowym i wyłożyć masę, ugnieść i wyrównać.
Piec w 200⁰C przez 50 minut.
Odstawić do wystygnięcia w foremce.


Zrobiłam dwie wersje.
Nr 1. Do foremki wyłożyłam połowę masy, zrobiłam rowek, wepchałam tam zmiksowaną upieczoną paprykę (dość pikantną) z ziołami i przykryłam pozostałą częścią.
Nr 2. W wyłożoną masę pasztetu delikatnie wepchnęłam obrane ząbki czosnku.


Obie wersje okazały się smaczne. Raz, że baaaardzo lubię pieczony czosnek;
dwa, że papryka jako wsad okazała się...jeszcze ostrzejsza...;-) Pasztetem więc smarowałam cienko i na dłużej starczyło :-)


środa, 5 października 2016

Serek chrzanowy z babką ;-)

Mleka roślinne są coraz szerzej stosowane w kuchni. Czasem chętniej niż zwierzęce... I nie myślę teraz o zalewającej ludzkość alergii na nabiał... Nie myślę również o obecnych w mleku zwierzęcym hormonach, antybiotykach OPRÓCZ pestycydów i herbicydów z pasz... Zupełnie też nie chodzi mi o pojawiające się tu i ówdzie zwykłe współczucie dla krów i kóz traktowanych w sposób odrażający przez system hodowli...brrr... Myślę natomiast o kremowych naładowanych minerałami i witaminami świeżutkich napojach z owsa, migdałów, orzechów wszelakich z kokosowymi włącznie. Myślę nawet o soi, której reputacja stała się celem ataków różnorakich. Myślę też o deserach kremowych, ciastach z serniczkami na czele, budyniach, sosach i (rzecz jasna) serkach roślinnych. Można je przygotowywać w sposób długotrwały dzięki fermentacji uzyskując spektakularne smaki i aromaty (muszę koniecznie przygotować post o moim ulubionym z kminkiem...). Powroty do tych cudów kulinarnych wynikają nie z narkotykopodobnych substancji, jak to dzieje się w przypadku serów dojrzewających zwierzęcych, ale z czystej przyjemności jedzenia a później i wspaniałego samopoczucia :-) 
Jednak te akurat cuda wymagają trochę cierpliwości i umiejętności vel wiedzy.
Wymagają też kilku dni, aby dojrzały tzn. bakterie przerobiły znajdujące się w nim węglowodany. Wykorzystuję w tym celu specjalistyczny sprzęt czyli: gazę, białą bawełnianą nić, haczyki i uchwyty przy szafkach kuchennych oraz różnych rozmiarów miski ;-) - kwiaty się zaplątały, zapach dojrzewających serków wcale nie wymaga odświeżaczy!
W wyniku tego w pełni naturalnego, autochtonicznego procesu roślinny ser staje się kwaskowaty i lekko pikantny. Zmienia też strukturę na bardziej zwartą...


Na początek jednak, i dla tych, co w ciągłym niedoczasie polecam serek chrzanowy robiony w tempie ekspresowym. Kwaskowatość pochodzi od cytryny, pikanteria od musztardy a lekkość wynika z zagęszczania (zamiast tłuszczu...) łuską babki czyli częścią mega drogiego błonnika witalnego. Ja jednak sobie spokojnie kupuję zwyczajnie łuskę babki w sklepie zielarskim za kilka złotych. Nie ma szumnej nazwy, ale za to przystępną cenę i (tak, tak,...) działa tak samo jak ten za cenę 4 x wyższą :-)
Intensywność chrzanową można sobie regulować ilością i intensywnością smakową dodatków (osobiście polecam zrobić musztardę samodzielnie, ma niezwykłą moc :-)).
Świetny jako smarowidło do chleba, placków i dodatek do kotletów czy pasztetów.


SEREK CHRZANOWY

1 szklanka niesłodzonego mleka sojowego
3 łyżki masła orzechowego o neutralnym smaku (u mnie z nerkowców)
1 czubata łyżeczka musztardy (np. surowa według tego przepisu)
3 łyżki soku z cytryny
3 czubate łyżki świeżo startego chrzanu lub chrzanu ze słoika
2 łyżki łuski babki jajowatej (może być też płesznik)
sól do smaku

Zblendować mleko, szczyptę soli, musztardę i sok z cytryny do spienienia.
Dodać chrzan, masło orzechowe i zmiksować na gładko.
Całość wymieszać z łuskami babki.
Odstawić do zgęstnienia.

Podałam z bułkami według przepisu na chleb KR posypane czarnuszką... mam zdecydowanie fazę na te małe ziarenka... :-D

poniedziałek, 3 października 2016

Chleb KR-ILK czyli o najniższym IG bezglutenowy

Chleb w naszym kręgu kulturowym jest w formie wyrośniętego bochna. W innych kręgach jest w formie placka, naleśnika, chrupiącego blatu, bułki pustej w środku... Przy tak szerokiej definicji chleba wypiek, który prezentuję, mieści się zupełnie dobrze w pojęciu chleba. Podobnie jak i tostowy zaworeczkowany...może nawet bardziej...

Pracownicy naukowi z Instytutu Naukowo-Badawczego im. Ryszarda Lorenca w Krakowie opracowali przepis na chleb z kaszy i ryżu. Z ich badań wynika, że poziom cukru po spożyciu takiego chleba pozostaje na zdrowym poziomie. Jest dodatkowo pełen składników odżywczych i ... smaczny. Struktura zdecydowanie wymaga gryzienia. Nie rozpływa się w ustach, stąd też jego niski indeks glikemiczny. Gdybyśmy kaszę i ryż zmielili, dodali drożdże i pozwolili ciastu wyrosnąć, byłby pyszny chleb o strukturze tradycyjnej i najbardziej tradycyjnym indeksie glikemicznym... Z całą pewnością NIEniskim. Nie ma się co oszukiwać: najzdrowsze jedzenie ma zdecydowaną strukturę, smak, wymaga użycia naturalnym przyrządów zwanych w niektórych kręgach zębami... ale i takie jedzenie jest nieprzyzwoicie przyjazne naszemu zdrowiu i kondycji wszelakiej (również intelektualnej - pamiętacie? - chrupanie to pamiętanie... ;-))

W przepisie oryginalnym znajduje się biały ryż i otręby pszenne. Pieczony jest w piekarniku. Ja robię go z brązowego ryżu z dodatkiem otrąb owsianych lub lnianych (przypadkiem wpadłam na takie w ...Biedronce i musiałam wypróbować, taka natura ;-)) czy też zmielonego siemienia. Piekę na grubej żeliwnej patelni. Bardzo mi smakują z dowolnymi dodatkami i faktycznie cukier po nich nie szybuje z orłami pod nieboskłonem, ale potulnie idzie przy nodze!


CHLEB KR - IRL (prawie ;-)
10 sztuk

100 g kaszy jaglanej
100 g ryżu brązowego
½ łyżeczki soli
600 ml wody
4 łyżki tym razem mielonego siemienia złotego (patrz powyższy opis)
1 łyżka kminku (czarnuszki lub maku)
otręby owsiane do obtoczenia

Kaszę, ryż i sól zalewamy wrzącą wodą, przykrywamy i gotujemy na minimalnym ogniu 20 minut.
Odstawiamy do wystudzenia.
Dodajemy siemię i nasiona, wyrabiamy porządnie ręką, żeby uzyskać zwartą masę.
Formujemy rękami lekko natłuszczonymi placki o średnicy około 10 cm i obtaczamy w otrębach owsianych.
Patelnię żeliwną rozgrzewamy mocno, zmniejszamy gaz, skrapiamy oliwą i układamy placki.
Przykrywamy pokrywką i pieczemy 15 minut.
Przewracamy na drugą stronę i pieczemy dalsze 10 minut.

Na wakacjach nie miałam żeliwnej patelni, więc użyłam grubej stalowej, delikatnie natłuściłam, wyłożyłam papierem do pieczenia i przykryłam, żeby nie wyschły. Też działało i chlebki wyszły znakomite. W ten sposób z patelni schodzą gotowe kromki ;-) 
Przechowywać raczej w woreczku w lodówce, bo na wierzchu mogą się zeschnąć i wymagana intensywność chrupania może nas przerosnąć...


Czasem jednak piekę na blasze wyłożonej papierem przez 1 godz. w temperaturze 220⁰C w formie niewielkich płaskich bułeczek. Na zdjęciu przekrojone z serkiem chrzanowym (przepis na serek wkrótce...). Kroję ząbkowanym nożem do chleba.




sobota, 1 października 2016

Fasolka szparagowa ulubiona

Zielona czy żółta? Lubię obie. Jeśli jest młoda i bez grubych włókien... Niewiele jest paskudniejszych chwil w czasie posiłków niż wyciąganie kawałków tych włókien z czeluści przełyku lub spomiędzy gęsto upchanych w ustach ząbków...brrr... Zdarza się jednak na targowisku fasolka idealna. Jędrna, piękna kolorystycznie - żółta jest żółciutka a zielona zieleniutka, przełamana strzela sokiem... Teraz jest drugi rzut fasolki i wielu ogrodników w obawie przed zbliżającymi się przymrozkami obrywa wszystko, co nadaje się do sprzedaży i tym sposobem można dostać wyjątkowo pyszną :-) Delikatnie ją obgotowuję, żeby zachować kolor i jędrność a wzorem kuchni chińskiej dodaję kilka przypraw i mam na obiad cudowną, lekką sałatkę.


FASOLKA SZPARAGOWA ulubiona

młoda, jędrna, świeża fasolka szparagowa (u mnie im więcej tym lepiej ;-))
tofu naturalne lub bazyliowe
suszone płatki czosnku
papryka chili suszona w płatkach
czarnuszka
olej z pestek dyni tłoczony na zimno nierafinowany
sos sojowy Tamari

Fasolkę wrzucam na osolony wrzątek i gotuję 20 minut.
Odsączoną posypuję chili, czosnkiem, zgniecioną w palcach czarnuszką i pokruszonym tofu.
Skrapiam sosem sojowym i olejem z dyni.


Najfajniejsze jest, że smakuje świetnie ciepła, po ostygnięciu a nawet następnego dnia. Chętnie biorę ją ze sobą na wyjazd. Wtedy smaki się łączą, splatają a nadal doskonale ze sobą się czują. A ja z nimi :-D