O czym jest ten blog?

Notatki z życia codziennego żony i matki prowadzącej dom w wersji możliwie eko-naturalnie roślinnie. Nie stroniącej od trudnych pytań, ale szukającej sensu i piękna.

poniedziałek, 28 listopada 2016

Chleb z mąką teff na zakwasie gryczanym

Poszukiwania pieczywa bezglutenowego zaprowadziły mnie w stronę mąki teff. Jest to mąka naturalnie bezglutenowa. Posiada spore ilości żelaza i wapnia oraz kwasu foliowego, co wyróżnia ją wśród innych rodzajów mąki. Najlepszy chleb z jej zastosowaniem jest oczywiście na zakwasie. I juz oczyma wyobraźni widzę solidny bochen z chrupącą skórką... a w rejonach, gdzie teff jest uprawiany jada się go jako chlebki injera, które wyglądają jak gąbczaste naleśniki. Są przygotowywane na zakwasie, ale robionym jak nasze... barszczyki! Czyli na bazie kawałka wcześniej upieczonego injera.
W Etiopii uprawiany jest od tysięcy lat. Pamięta czasy, gdy panowała królowa Kandaki (w źródłach archeologicznych wspomina się o powszechnym tytule "kandake" dla panujących często na tamtejszym terenie kobiet), co niekoniecznie było jej imieniem własnym. To właśnie jej dworzanin zaprosił do swego powozu diakona Filipa i dzięki temu otrzymał wykład proroctw, którego  poszukiwał... Jak widać Bóg faktycznie nie ma względu na osobę... Staje na drodze ubogiego Piotra, wykształconego Saula (późniejszy apostoł Paweł), poświęca czas dla faryzeusza Nikodema i dba o należyty wykład proroctw etiopskiemu dworzaninowi (według ludzkich opinii: poganinowi)... Pewnie i ten anonimowy dworzanin wiózł ze sobą w ramach zapasów żywności ziarno teff... , gdyż ono doskonale znosi długie przechowywanie i stanowi w Etiopii od wieków podstawę pożywienia. W jego ziarnach jest również piękne białko z unikalnym, jak na zboża/trawy, składem aminokwasów. W Polsce kosztuje około 10 zł za ½ kg... więc i chleby sprzedawane jako "z mąką teff" zawierają jej zabójczą ilość 5 - 10%. Ot, ekonomia... Pozostaje się nam więc decydować na ten dość kosztowny zakup raz na jakiś czas. Osoby na diecie bezglutenowej jednak cenią je na tyle, by stosować mąkę z niego produkowaną w kuchni dość często. Pomimo ceny... Jak na lekarstwo i żywność w jednym, nie jest tak źle ;-) 


CHLEB TEFF NA ZAKWASIE GRYCZANYM

350 mg uruchomionego zakwasu gryczanego *
200 ml wody przegotowanej
1 szklanka mąki teff (250 g)
¾ łyżeczki soli

Wymieszać zakwas z wodą i solą.
Dodać mąkę i dokładnie wyrobić ciasto na jednorodną masę.
Przykryć i odstawić w spokojne miejsce do wyrośnięcia (u mnie 4 godziny).
Do piekarnika wstawić garnek żeliwny z pokrywą i rozgrzewać do temperatury 230⁰C 30 minut.
Na grubą deskę wyjąć rozgrzany garnek, pokrywę włożyć do piekarnika, by nie ostygła.
Przełożyć szybkim acz delikatnym ruchem ciasto do garnka, przykryć i wstawić do pieczenia na 50 minut (nie wygładzałam wierzchu - baaardzo lubię te chrupiące nierówności).
Po 35 minutach zdjąć pokrywę i dopiec chleb pozostały kwadrans.
Wyciągnąć chleb na kratkę do ostudzenia.

* Jeśli trzymamy zakwas w lodówce, jest on "uśpiony". Do pieczenia chleba należy zakwas wyjąć z lodówki, dokarmić kilkoma łyżkami wody i zostawić w temperaturze pokojowej na kilka godzin, by "ruszył". Pokaże się wtedy w nim sporo pęcherzyków powietrza o kulistym kształcie.


Taki świeżo podrośnięty zakwas można użyć do wyrobienia ciasta na chleb.
W czasie przechowywania w lodówce zakwas usypia, wtedy całość "opadnie" a pęcherzyki powietrza staną się zniekształcone. Mikroorganizmy, które produkują te pęcherzyki są mało aktywne. Do przechowywania w lodówce jest bardzo dobre zjawisko.


Więcej o traktowaniu zakwasu przeczytacie tutaj, choć jest opisane użycie zakwasu gryczanego "zanieczyszczonego" żytem, procedury są dokładnie takie same, gdyż ewentualne drobinki żyta nie mają wpływu na pracę zakwasu. Mogą być tylko problemem dla wrażliwych konsumentów. Takie osoby powinny wyhodować czysty gryczany zakwas z certyfikowanej gryki bg i np. wody z kiszonej kapusty. Opiszę ten sposób dokładnie niedługo i obfotografuję dla "wzrokowców" :-)


Ciasto faktycznie przybiera kształt naczynia, w jakim się go piecze. Rozumiem w pełni "naleśnikowy" kształt etiopskich chlebków. Następnym razem użyję mniejszego garnka, ale z całą pewnością jest to najsmaczniejszy bezglutenowy chleb na gryczanym zakwasie, jaki jadłam.


Cudowny ze dojrzałym awokado i solą kala namak...


niedziela, 27 listopada 2016

Elitarne ciasto z "gorzkiej pomarańczy" idealne na mroźne dni

Za oknem coraz częściej biało. Rankiem czasem trudno się zebrać, by ruszyć w dzień z impetem... Wtedy najlepszym zastrzykiem porannej energii okazuje się... gorzkie ciasto drożdżowe, szczególnie podane z domowymi powidłami morelowymi... i kubkiem gorącej czekolady albo herbatki z dzikiej róży. Ale takiej prawdziwej. Intensywnej w smaku i aromacie z pokruszonych owoców róży leśnej. Kupuję je u znajomego ekologicznego rolnika, którego "różane łowy" trwają kilka dni i często razem z zainteresowanymi naturalnymi terapiami ziołowymi. Zainteresowani otrzymują piękna lekcję miłości do przyrody a pan Andrzej wraca do swojego gospodarstwa z workami róży, która po przebraniu, oczyszczeniu i wysuszeniu trafi do zamawiających fanów zdrowego stylu życia. W tym i mnie ;-)
Dużo trudniej natomiast dostać gorzkie pomarańcze, które powszechnie rosną w Hiszpanii a stosuje się je do dżemów w ... Anglii ;-) W tej sytuacji użyłam często zimą spotykane mandarynki. Nie obierałam ich z błonek. To one w czasie gotowania przekazały swoją goryczkę wywarowi dodawanemu do ciasta :-) W końcu dostałam ciasto z wyczuwalną goryczką, ale i lekko słodkie, aromatyczne... Doskonałe na poranne rozbudzenie, a także i ogrzanie po spacerku zimowym popołudniem :-D Goryczka wcale nie przeszkadza, ale wręcz dodaje ciastu charakteru, choć, przyznaję, nie jest to przysmak dla każdego. Wymaga wyćwiczonych kubków smakowych i otwarcia na nowe doświadczenia.
Słowem: dla elity kulinarnej ;-)


CIASTO DROŻDŻOWE Z "GORZKĄ POMARAŃCZĄ"
tortownica o średnicy 20 cm

½ szklanki słonecznika
6 mandarynek (45 dkg)
½ szklanki płatków owsianych
2 łyżki mielonego siemienia lnianego
2 łyżki mąki kokosowej
1 szklanka mąki gryczanej
1 szklanka mąki jaglanej
1 ½ łyżeczki świeżych drożdży
3 łyżki cukru kokosowego
5 łyżek soku ze świeżej pomarańczy (połowa soczystej)
skórka z jednej pomarańczy ekologicznej
2 strączki kardamonu
garść wiórków do wysypania foremki

Słonecznik zalać wodą i odstawić na kilka godzin do namoczenia.
5 mandarynek obrać ze skórki, albedo, grubych środkowych włókien i usunąć pestki (można wypatrzeć pod światło, by nic nie umknęło naszej uwadze), zalać 300 ml wrzątku, dodać szczyptę soli i gotować na bardzo małym ogniu 20 minut.
W misce wymieszać mąki.
Drożdże rozpuścić w 2 łyżkach wody z gotowania mandarynek i wlać do miski z mąkami.
Lekko wmieszać do rozpuszczonych drożdży odrobinę mąki, przykryć ściereczką i odstawić, by drożdże ruszyły.


W blenderze zmiksować na gładki krem mandarynki, resztę wody z ich gotowania razem z namoczonym słonecznikiem.
Dodać płatki i cukier kokosowy, zmiksować.
Ze strąków kardamonu wydłubać ziarenka i rozgnieść w moździerzu na proszek.
Do miski teraz dodać resztę składników i wymieszać na gładkie ciasto.
Foremkę wysmarować olejem kokosowym lub wyłożyć papierem do pieczenia, wysypać kokosem, wylać ciasto, na wierzchu ułożyć ostatnią obraną mandarynkę pokrojoną w plastry.
Odstawić do wyrośnięcia.
Piec 40 minut w 180⁰C.
Wystudzić na kratce.


Gdy mam ochotę na solidny posiłek, smaruję kromki ciasta powidłami morelowymi, które w przypływie zapobiegliwości zrobiłam latem... 2013 roku... Nadal dobre!!!
:-D


Na deser z przyjemnością wyjadam głównie powidła... Na swoje usprawiedliwienie mam, że wpakowałam je w malutkie słoiczki... ;-) 

wtorek, 22 listopada 2016

Pieczarki z nerkowcami

Potrzebuję również dań szybkich do przygotowania. Zwyczajnie. Lubię pobawić się w kuchni, ale czasem plan zajęć mam tak napięty, że albo robię szybkie jedzenie, albo wyjadam resztki z lodówki. Brak czasu nawet na zastanawianie się i wyszukiwanie z pamięci jakichkolwiek receptur...
W takich sytuacjach prowadzenie bloga jest niezwykle przydatne. Wcale nie z powodu zebranych przepisów... ale z powodu doświadczenia w wymyślaniu nowych! :-)
Z nawyku już notuję wszystko, co robię. Zapiski te prowadzę w wersji tak skrótowej, że nawet nie zauważam, kiedy spisuję... ;-)
W ten właśnie sposób powstał (i został uwieczniony) przepis na szybkie pieczarki z porem i nerkowcami. Obiad miał być "na już" a pełnowartościowy. Ryż był ze śniadania, pieczarki na kuchennym blacie czyściutkie i piękne, wystarczyło dodać "zielone i białkowe". W czym najszybciej się przygotowuje danie? W woku!
Kilka minut, w tym czasie ryż na talerz, pietrucha w kawałki...
... gdy wzięłam do ust pierwsze kęsy, cieszyłam się, że jednak znów zapisałam składniki :-D Okazało się smakowite, och, smakowite....
(zdjęcia zrobione już trzeciemu wydaniu, bo danie weszło na stałe do naszego menu)


PIECZARKI DUSZONE Z POREM I NERKOWCAMI
porcja dla 2 - 3 osób

30 dkg pieczarek jędrnych
pół pora zielonej części
garść nerkowców
4 suszone pomidory
1 łyżeczka oregano
1 łyżeczka pieprzu ziołowego
1 łyżeczka czarnuszki
szczypta ostrej papryki, wędzonej papryki i kuminu
2 łyżki oleju rzepakowego
sól

Na rozgrzanym oleju w woku lub dużej głębokiej patelni o grubym dnie podsmażyć grubo pokrojone pieczarki ok 5 min
Dodać cieniej pokrojony por, nerkowce, czarnuszkę sporą szczyptę soli, dusić 5 minut.
Dodać zioła. Przesmażyć.
Dodać cienko pokrojone pomidory.
Podsmażyć 2 - 3 minuty.
Podawać na naturalnym ryżu (mój ulubiony to pełnoziarnisty parboiled :-)).


To nie są smaki kuchni chińskiej, ale sposób smażenia absolutnie chiński :-)
Szybko, w woku, cieplutko, pachnie w całym domu...
Jest niskotłuszczowe a smaki wcale nie znikają.
To chyba ...wok ;-)

niedziela, 20 listopada 2016

Trufle z chili... na ból głowy ;-)

Czytelnictwo ponoć w Polsce spada... Ludzie nie czytają książek... Czy to znaczy, że nie czytają wcale, czy tylko wybierają wersje elektroniczne? Niestety, media elektroniczne okazały się tylko zasłoną dymną, gdyż w tych mediach Polacy głównie... oglądają filmy :-( Nie wnikam w rodzaj filmów, bo wolę zachować resztki nadziei ;-) Jednak w ramach zachęty:
Osobiście zaczynam ograniczać kupowanie książek, bo już brak półek, by stawiać kolejne tomiska a i jakość publikacji (średnio) leci w dół, więc żal bardzo nie jest. Pojawiają się jednak od czasu do czasu ciekawe pozycje. Ostatnio wpadła mi w ręce książka "Jak nie umrzeć przedwcześnie, co jeść, aby dłużej cieszyć się zdrowiem" dr Michaela H. Gregera i Gene'a Stone'a. Niby żadna specjalna nowość, ale okazała się solidnym zbiorem wniosków z ogromnej ilości badań (wszystkie przytaczane w przypisach!) w dziedzinie wpływu żywienia na zdrowie. Tam też znalazłam ciekawą informację nt. znoszenia czucia bólu głowy. Podając donosowo osobom cierpiącym na klasterowy ból głowy kroplę kapsaicyny uzyskiwało się zniesienie odczucia bólu w części głowy znajdującej się po stronie dziurki nosa, do której kapsaicynę zakroplono... Podobny skutek pojawił się przy podawaniu doustnym kapsaicyny w przypadku bólu jelit... 
Czy więc można użyć sobie przy bólu głowy wcinając czekoladę z chili? Niekoniecznie, bo właśnie czekolada często bóle głowy powoduje. Można natomiast zrobić w kilka minut trufle, które smakiem przypominają czekoladowe, ale są z karobem (leczniczy na podrażnione jelita) a wzmocniony smak odrobiną chili (baaaardzo smaczne) dają tyle przyjemności, że trzeba zamykać je w dalekim kącie lodówki, żeby trudniej było po nie sięgać, bo zje się je zdecydowanie za szybko ;-) Przyjemność jednak zawsze związana jest z produkcją endorfin a te działają przeciwbólowo, więc wszystko pasuje ;-)


TRUFLE POMARAŃCZOWO - KAROBOWE Z CHILI
10 sztuk

3 świeże daktyle Medjool lub 6 popularnych Mozafati
2 łyżki mielonych orzechów włoskich
1 łyżka karobu
spora szczypta chili
2 łyżki soku pomarańczowego
⅛ łyżeczki suszonej skórki pomarańczowej
2 łyżki ekspandowanego amarantusa
¼ łyżeczki cykoriady lub rozpuszczalnej kawy zbożowej
szczypta soli

Daktyle sparzyć i opłukać.
Zgnieść z sokiem pomarańczowym i cykoriadą/kawą na miazgę.
Wymieszać osobno orzechy, len, karob, chili, sól i skórkę.
Połączyć z daktylami.
Dodać amarantus.
Wyrobić widelcem na jednorodną masę, formować trufle.
Można obtoczyć w dodatkowej porcji zmielonych/posiekanych orzechów lub karobie.
Schłodzić w lodówce.


sobota, 19 listopada 2016

Gryczanka z jeżynami i makiem

O walorach kaszy gryczanej nie trzeba nikogo przekonywać. Że zdrowsza jest biała a nie ciemna, palona, też zazwyczaj się orientujemy. Niestety, równie dobrze się orientujemy, że smakiem biała palonej nie dorównuje ;-) Skutek? I tak gotujemy paloną. Postanowiłam znaleźć smaczną, prostą i zdrową wersję niepalonej kaszy na śniadanie. Mnie smakuje, a Wam? Jak spróbujecie, dajcie znać w komentarzach, czy smak przypadł Wam do gustu.


GRYCZANKA Z JEŻYNAMI I MAKIEM
2 - 3 porcje

½ szklanki kaszy gryczanej niepalonej tzw. białej
½ szklanki mrożonych jeżyn
½ szklanki mrożonych czarnych porzeczek
½ szklanki mrożonych czerwonych porzeczek
½ szklanki wody
¾ szklanki mleka owsianego domowego (użyłam waniliowego czyli do dzbanka włożyłam pusty strąk wanilii i zostawiłam w lodówce na dobę)
spora szczypta soli
2 łyżki maku
1 łyżka siemienia lnianego złotego
odrobina oleju kokosowego

Czerwone porzeczki wysypać do garnuszka i ustawić w ciepłe miejsce lub do piekarnika i rozmrozić.
Odrobiną oleju kokosowego wysmarować dno rondla, rozgrzać.
Wsypać suchą kaszę i podprażać 1 minutę.
Dolać ½ szklanki wrzątku, wsypać sól i zagotować.
Wlać mleko, zagotować, zmniejszyć ogień do minimum, przykryć i gotować 10 minut mieszając od czasu do czasu.
Na suchej patelni podprażyć mak i siemię.
Czerwoną porzeczkę zmiksować na krem ewentualnie dodając dowolnego słodzidła do smaku (nie dodawałam).
Ugotowaną kaszę zostawić na 5 minut pod przykryciem, by "doszła".
Do misek wsypać kaszę, udekorować owocami, musem i posypać prażonymi ziarnami.


Gdy mam mało czasu albo jestem bardzo głodna, zjadam kasze prosto z rondla ... sama... :-)

piątek, 18 listopada 2016

Koktajl przeciwzapalny z imbirem

Przyszedł czas testu dla naszego układu odpornościowego. Raz plucha, raz mroźnie i wietrznie, raz dziwne ocieplenie... Czasem człowieka przenika aż do wnętrzności nieprzyjemny chłód. Szczególnie, gdy musi spędzić na świeżym powietrzu więcej czasu, niekoniecznie uprawiając aktywność fizyczną... 
Czasem zwyczajnie zaatakuje nas zjadliwy wirus, a my się mu dać nie chcemy. Czujemy łupanie wędrujące po wszystkich kosteczkach. Niby nic nie jest, a czujemy się niezbyt komfortowo...
Gdy takież łupanie i dziwne odgłosy z przewodu pokarmowego zaczęły pojawiać się w mojej rodzinie, przypomniał mi się wpis z cudownym zdjęciem widziany kilka miesięcy wcześniej w internecie. Niestety, nie udało mi się go odnaleźć, ale wysilając pamięć i penetrując zaułki szarych komórek, w których przez lata poupychałam różne ciekawostki medyczne, udało się skomponować koktajl działający od zaraz z rewelacyjnym skutkiem. Szanowny małżonek popijał go jedno popołudnie (szklaneczka w sumie) a następnego dnia zgłosił ze zdumieniem i radością ustąpienie nieprzyjemnych objawów :-) 
Uwaga! Objawy nie powróciły! 
:-)
Przekazuję, więc recepturę, bo czas nieprzyjazny z wirusami za pazuchą dobija się do wielu domostw...


KOKTAJL Z IMBIREM
500 ml

1 duże słodkie jabłko
15 g korzenia imbiru (ok. 5 cm)
1 cytryna – sok 5 łyżek
1 – 2 łyżki syropu klonowego
1 łyżka kurkumy

Jabłko umyć, usunąć gniazdo nasienne, nie obierać.
Imbir oskrobać i pokroić w poprzek włókien (jeśli macie mocny blender, tylko  grubo pokroić).
Wszystkie składniki dokładnie zmiksować.


Przechowywać w lodówce do 1 tygodnia.
Popijać kilka razy w ciągu dnia po łyżeczce.


Koktajl mocny, intensywny w swoim imbirowym smaku, ale zadziwiająco zachęcający do ponownego spożycia :-)

Dla zdrowia absolutnie niezbędne jest  poczucie bezpieczeństwa... Gdy się obawiamy, co jutro przyniesie; martwimy się, jak poradzimy sobie z następnym wyzwaniem codzienności lub zwyczajnym szaleństwem któregoś z szefów w pracy... żyjemy w tzw. biernym stresie. Nie możemy zmienić codzienności, szefostwo też mało podatne na nasze działania w stronę zmian... Czasem czujemy się, jak w pułapce... Bywa. W takich sytuacjach patrzę na pokręcony korzeń imbiru i myślę, że dziwaczny, niepozorny, bury kolor skrywa aromatyczne, uzdrawiające działanie. Trudno byłoby zjeść go solo, ale razem z przyjaznym, słodkim i czerwonym jabłuszkiem to już inna sprawa ;-)
Dokładnie tak jest życiu, sytuacje trudne do wykorzystania są solo, ale gdy pojawiają się dodatkowe (a te możemy już sami budować) przyjazne, słodkie i czerwone, całość jest nie tylko "do strawienia", ale wręcz ma uzdrawiające działanie na całe nasze życie.
Brutalnie brzmi to:
Co Cię nie zabije, to Cię wzmocni...
Kochające zaś usta ujmują to w ten sposób:
Bóg (...) nie odbiera życia, ale obmyśla sposoby, jakby skazanego wygnańca sprowadzić z powrotem.
w drugiej księdze Samuela 14:14.
Jeśli czuję się czasem takim wygnańcem, przypominam sobie te słowa, że Bóg jest po mojej stronie i wszystko wykorzysta ku mojemu dobru :-)
(...) wiemy, że Bóg współdziała we wszystkim ku dobremu z tymi, którzy Boga miłują (...)
jak to apostoł Paweł w liście do Rzymian 8 : 28 z własnego doświadczenia napisał :-)

Niech Wam zdrówko dopisuje!

wtorek, 15 listopada 2016

Sałatka z fasoli z koperkiem

Wyszukane nazwy onieśmielają, sprawiają, że obawiamy się stopnia ich skomplikowania... Skomplikowana bywa jedynie nazwa a bywa, że dostęp do składników, albo używane sprzęty albo ... opis wykonania... ;-) Są jednak potrawy w każdym aspekcie proste do bólu a doskonałe w smaku. Taką jest sałatka z fasoli. Zwyczajny Jaś. No, Średni Jaś... Do tego zioła, dobra oliwa plus pajda chleba i jest posiłek regeneracyjny! Wiadomo, że w fasoli białko, węglowodany, skrobia tzw. oporna, przeróżne frakcje błonnika, minerały, witaminy,... Niektórzy wybrzydzają, że białko jest w niej "niekompletne", ale okazuje się, że ta "niekompletność" jest jej atutem :-) Otóż nawet niewielka nadwyżka "kompletnego" (czytaj: zwierzęcego) białka powoduje intensyfikacje rozrostu komórek nowotworowych w naszym organizmie. Działanie białka z fasoli jest zgoła odwrotne. Błonnik plus owa "niekompletność" powodują, że nasz organizm dobiera sobie składniki, które są mu potrzebne w sposób nie zagrażający jego funkcjonowaniu. Bierze te aminokwasy białkowe, które potrzebuje. A organizm na poziomie komórkowym nie jest rozintelektualizowanym tworem nowoczesnego świata, na reklamy odporny i bierze tylko tyle, ile potrzebuje, a nie tyle, do ilu go te reklamy zachęcają... Ot, mądra duszyczka ukryta przed wścibskim wzrokiem badaczy rynku ograniczona jedynie w przestrzeni czterowymiarowej i to jedynie skórą :-)
"... I stał się człowiek duszą żywiącą..." Księga Rodzaju 2 : 9 Ups! ... skóra to też dusza...
W sumie, skóra to najbardziej skomplikowany narząd w ludzkim ciele i kieruje się takimiż samymi mądrymi prawami, jak cała reszta ciała... Gdyby było inaczej, niewielu by już z nas żyło, o ile w ogóle ktokolwiek... Należałoby więc ją przeprosić...
Może wykasować wpis? Eeee, niech zostanie ślad, żebym więcej głupot nie myślała ;-)


SAŁATKA FASOLOWA Z KOPERKIEM

ugotowana fasola Średni Jaś
cebula dymka cała
koperek
sól
pieprz ziołowy
oliwa z oliwek

Wszystko wymieszać i zajadać z pajdą dobrego chleba.



niedziela, 13 listopada 2016

Serek roślinny fermentowany najsmaczniejszy

Fajnie jest odkrywać nowe smaki i nowe możliwości w kuchni. Po serkach na bazie rejuvelacu z żyta i gryki nadszedł czas na wykorzystanie quinoa. O jej walorach piszę tutaj. Bardzo ją lubię jako kaszę, smakuje mi również bardzo rejuvelac z jej kiełków (przepis tutaj). Jednak serek na tym rejuvelacu przeszedł moje oczekiwania. Pięknie sfermentował, jest puszysty i delikatny. Jeśli "...droga sprawiedliwych jest jak blask zorzy porannej, która coraz jaśniej świeci aż do białego dnia.", jak powiedział Salomon, to moja kuchenna droga jest już blisko południa :-) Jest ciepło, jasno, pięknie i robi się coraz piękniej i coraz ...smaczniej ;-) 


SER FERMENTOWANY Z REJUVELAC QUINOA

nerkowce
sól
rejuvelac z quinoa stąd

Nerkowce koniecznie wypłukać, potem namoczyć w przegotowanej wodzie od 2 do 8 godzin.
Odcedzić, przesypać do kielicha blendera i wlać rejuvelac w takiej ilości, by przykrył ⅔ orzechów. 
Dodać sól i zblendować na gładko.
Przełożyć do miseczki, przykryć i odstawić do sfermentowania w spokojne miejsce na 24 do 36 godzin. Im dłużej fermentuje, tym kwaśniejszy smak.
Ja odstawiłam na 30 godzin.
Serek aż popękał na powierzchni a mimo to, jest smaczny i wcale nie przefementowany!


Na tym etapie można również rozłożyć go na folii spożywczej, obsypać przyprawami, zawinąć i odstawić do lodówki na minimum dobę do stężenia.


Jeśli namoczycie nerkowce jedynie przez godzinę a wlejecie do miksowania rejuvelac normalnie czyli pokryjecie 2/3 orzechów, wyjdzie z lodówki gęsty ser. Ja obsypałam go czubricą i smak bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Myślałam, że z kminkiem jest mój ulubiony... Z czubricą lepszy :-)


sobota, 12 listopada 2016

Rejuvelac z komosy ryżowej czyli quinoa

Odkrywanie możliwości fermentacyjnych zbóż jest fascynującą przygodą. Przyglądanie się, jak życie ukryte w nasionku budzi się, uaktywnia, staje widoczne najpierw w postaci maleńkiego kiełka rosnącego z godziny na godzinę (to naprawdę widać! :-D), potem mnożenia mikroorganizmów (pojawiają się bąbelki). Woda mętnieje a pachnie coraz przyjemniej! To cud życia. Życie ma świeży, orzeźwiający zapach :-). Zapach to również najlepszy sposób na wczesną weryfikację jakości rejuvelacu... chyba, że akurat inne  mikroorganizmy zasiedlą nasze przewody nosowe powodując zgoła inne przejawy życia... i pospolitego ruszenia naszej odporności... ;-) Słowem: mając katar lepiej posiłkować się umiejętnością oceny stanu rejuvelacu naszych bliskich ;-) Ale do rzeczy:
Quinoa, komosa ryżowa, zboże genialne, praktyczne, niestety również drogie. Genialne, bo w Ameryce Południowej komosą właśnie odżywia się niemowlęta, których matki nie mogą karmić piersią. Przygotowuje się wówczas coś w rodzaju rozgotowanej papki z komosy i podaje nawet noworodkom. Dzieci nie tylko przeżywają, ale i dobrze się rozwijają... nie to, co nasze maleństwa na mleku modyfikowanym :-( Praktyczne, bo bardzo łatwo je obrabiać, szybko się gotują, nadają się do praktycznie każdego dania z użyciem kaszy... Drogie, bo u nas nie bardzo komosa chce rosnąć i trzeba ją sprowadzać z daleka. I tu jest pewien szkopuł... Otóż, nie każde kupione u nas ziarno komosy nadaje się do kiełkowania. Bywają takie (stare? obrobione w jakiś sposób? napromieniowane? spryskane? nie wiem...), które po prostu gniją. Tak zdarzyło mi się pierwszy raz, gdy próbowałam kiełkować ziarno kupione w dużym markecie w dużym opakowaniu dość tanio (o.k. połasiłam się na niższą cenę zapominając, że czasem niska cena wynika z niskiej jakości produktu...). Za drugim razem spróbowałam z akcji promocyjnej w mniejszym markecie (cóż, nawyk oszczędności... ;-)) i kupiłam oferowane mniejsze opakowanie w przyzwoitej cenie. Te ziarna wykiełkowały bez pudła! ;-D Dzięki temu przedstawiam:


REJUVELAC Z KOMOSY RYŻOWEJ

nasiona komosy ryżowej surowe dobrej jakości
przegotowana woda

Nasiona bardzo dokładnie wypłukać, odsączyć, 
przesypać do słoika. 
Zalać przegotowaną wodą, przykryć i odstawić na 4 - 8 godzin do namoczenia.

Odsączyć, przykryć słoik gazą złożoną podwójnie (ziarenka są drobne i mogłyby wypłynąć w czasie przepłukiwania), zabezpieczyć recepturką i odstawić przechylone do góry dnem do kiełkowania.
(patrz zdjęcia w poście o rejuvelacu żytnim).
W czasie dwóch dni rano i wieczorem nasiona przepłukiwać przez gazę lub sitko.


Trzeciego dnia powinny być już kiełki długości nasion... jeśli ich nie ma, komosa była nieświeża. Należy ją wyrzucić i spróbować z inną. U mnie ładnie wykiełkowała komosa z firmy Intenson.
Wykiełkowane ziarna wypłukać, zalać przegotowaną wodą i odstawić do fermentacji w spokojne, zacienione miejsce.


Przykryć złożoną gazą, żeby uchronić przed nieproszonymi latającymi (i nie tylko ;-)) gośćmi.


Po dwóch dniach zlewamy płyn do słoika i to jest właśnie rejuvelac.
Ma delikatne bąbelki, pachnie świeżo kwaśnie, smakuje delikatnie, orzeźwiająco.


Idealny do picia jako probiotyk lub do zakwaszania roślinnych serów.
Do picia najbardziej mi odpowiada właśnie rejuvelac z komosy. Jest naprawdę smaczny.

Pozostałe kiełki można raz jeszcze użyć do fermentacji rejuvelacu lub do ciast, pasztetów, placków.
Po drugim jednak cyklu fermentacji nadają się tylko do zasilenia kompostu. w zasadzie nie tylko a aż, bo kompost to jednak baaaardzo użyteczne coś :-)

czwartek, 10 listopada 2016

gofry jaglane z kaki

Hurma, hebanek, hebanowiec, persymona, sharon, szaron, szarona - brzmi znajomo? Miejscami, prawda? Wiele lat temu dostałam korkowe podstawki pod kubki z pięknymi rysunkami owoców. Jeden z nich podpisany był persimmon... Pojęcia wtedy nie miałam co to takiego...
Faktycznie są to nazwy tego samego owocu uwielbianego przez smakoszy słodyczy. Jego dojrzały miąższ jest soczysty, aksamitny wręcz puszysty. Z całą zaś pewnością puszyste są koktajle z nim robione. Puszyste i słodziutkie :-)
Owoc jest tak popularny, że znalazłam w sieci strony poświęcone przepisom na bazie kaki!
Drzewa kaki rosną w strefie międzyzwrotnikowej, więc dla nas są owocami absolutnie egzotycznymi. I jak to z egzotycznymi owocami bywa - nie wiadomo dokładnie, jak powinny smakować dojrzałe, jak smakują dojrzałe na drzewie. Te, które znajdujemy na sklepowych półkach są potomstwem wychowanym "na obczyźnie". Część charakterologicznej spuścizny przodków utraciły bezpowrotnie. Żadne gazy, opryski czy napromieniowania nie uczynią z nich prawdziwych kaki... Trochę żal, ale nie tylko... Otóż z kaki wiąże się pewien problem. Niedojrzałe owoce mają w swoim składzie substancje (taniny), które w kontakcie z kwasami żołądkowymi tworzą niestrawialne dla człowieka (ale i zwierząt) związki. Wśród zwierząt zdarzają się nawet przypadki śmiertelne. Musimy pamiętać, by jeść TYLKO dojrzałe owoce, gdyż większe spożycie (wg Wikipedii 1 kg) niedojrzałych może prowadzić do zatorów jelitowych przez niestrawione resztki. Dojrzałe natomiast są zupełnie bezpieczne, słodkie, smaczne i (mimo nienaturalnych sposobów dojrzewania) zdrowe :-D


Piękne podstawki odeszły w niebyt przeżarte zębem entropii... pojawiły się natomiast autentyczne persimony vel kaki.
Chętnie wykorzystałam je do upieczenia jaglanych chrupiących gofrów, które z owocami nabierają tej charakterystycznej intensywnej egzotycznej słodyczy... a przy ich pieczeniu w kuchni pachnie, jakby spacerowało się deptakiem nad morzem... Widok za oknem (moim, mieszkam daleeeko od morza...) funkcjonuje wtedy jak bardzo realistyczny film :-D


GOFRY JAGLANE Z KAKI
8 sztuk po 5 "serduszek" ;-)

1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej (najlepiej ciepłej)
1 szklanka mleka owsianego waniliowego **
3 czubate łyżki mąki owsianej
2 czubate łyżki mąki z ciecierzycy
1 mały owoc kaki lub pół dużego
szczypta soli

Kaszę z mlekiem i solą zblendować na bardzo gładko.
Dodać pokrojony grubo owoc kaki i zmiksować krótko (nie robić budyniu, on i tak się sam z ciasta zrobi ;-))
Do ciasta wmieszać mąkę owsianą i ciecierzycową*.
Odstawić ciasto na 1 - 2 godzin.
Piec każdą porcję 8 minut na średniej mocy grzania.
Jeść póki chrupiące :-)

* Mąka z ciecierzycy kiepsko się miesza z emulsjami (łatwiej z wodą). Dla ułatwienia można przed wcześniej odłożyć do miseczki pół szklanki ciasta i do tej porcji wmieszać mąkę i dopiero taką mieszaninę dodać do ciasta gofrowego.


** Mleko owsiane waniliowe przygotowuję z płatków owsianych ( płatki : woda = 1 : 4 ) i wstawiam do lodówki ze strączkiem wanilii po zużyciu jego ziarenek do bardziej szczytnych celów ;-) Po kilku godzinach mleko nabiera pięknego waniliowego aromatu :-)




Sznycle cebulowe zza kierownicy

Jechałam do domu, gdzie mogłam zabawić tylko chwilę i pędzić dalej. Byłam bardzo głodna. Dom na szczęście gościł moją córcię... Krótki telefon i na szybko w czasie jazdy samochodem wymyślana najprostsza, najmniej skomplikowana receptura... na sznycelki! Resztka kaszy jaglanej została ze śniadania, ciecierzyca z humusu (nie zmieściła się na raz do blendera cała - hurra!), dodać posiekaną cebulę, kilka przypraw i SĄ! W domu okazało się, że córcia serca do siekania cebuli nie miała i została w masie na sznycelki z niej porządna "drwalska" kostka... Machnęłam ręką. w końcu cebula  grubo krojona jest również ;-) 30 minut w piekarniku, smakuję...SMAKUJE...! Przypomniały mi się smaki cebularzy z dzieciństwa... Pycha... Przydałby się sos... Z lodówki mleko sojowe, trochę rejuvelaca (nie miałam czasu bawić się z cytryną), przyprawy, blender. Wyszło dość rzadkie, to nic. Trochę ulubionego zagęszczacza czyli babki jajowatej i wyszły najlepsze sznycle, jakie mogłabym sobie zażyczyć...


SZNYCLE CEBULOWE Z SOSEM KOPERKOWYM
8 sztuk

100 g ciecierzycy ugotowanej lub z puszki dobrze odsączonej
150 g kaszy jaglanej ugotowanej
1 średnia cebula
½ łyżeczki pieprzu ziołowego
1 łyżeczka majeranku
½ łyżeczki bazylii
½ łyżeczki soli (ciecierzyca była niesolona)
¼ łyżeczki mielonego kminku
1 łyżka mielonego siemienia lnianego
1 łyżka oliwy z oliwek
1 łyżeczka siekanego koperku

Piekarnik rozgrzać do 200⁰C.
Ciecierzycę rozgnieść widelcem.
Cebulę grubo (naprawdę!) posiekać.
Koperek drobno posiekać.
Wszystkie składniki razem ugnieść, wyrobić przez 1 minutę.
Formować niewielkie sznycelki i piec na papierze do pieczenia przez 30 minut.


SOS KOPERKOWY

200 ml mleka sojowego naturalnego
6 orzechów brazylijskich (10 nerkowców lub makadamia czyli delikatnych w smaku)
¼ szklanki rejuvelacu (u mnie z komosy - klik)
½ łyżeczki soli
¼ łyżeczki pieprzu ziołowego
1 nieduży ząbek czosnku
½ łyżki łuski babki jajowatej
2 pęczki koperku

Mleko z rejuvelakiem, orzechami, czosnkiem, solą i pieprzem miksować przez 1 minutę.
Dodać posiekany koperek i łuskę.
Wymieszać.
Im dłużej stoi, tym gęstsze się robi. Poniżej dokładnie widać napęczniały łuseczki nasion babki niezwykle bogate w błonnik rozpuszczalny i nierozpuszczalny. Jeśli więc będziecie podawać sos następnego dnia, użyjcie mniej łuski, albo rozrzedźcie sos mlekiem dorzucając dodatkowy koperek... Ja zdjęcia robiłam właśnie następnego dnia a koperek (jak to u mnie bywa) wyszedł wraz z kanapkami na śniadanie... nie goniłam, zimno było... ;-)


wtorek, 8 listopada 2016

Pasta z groszku siewnego

Wszyscy znajomi, i ci bliżsi, i ci dalsi, wiedzą, że lubię różnorodność w kuchni. Żartują za każdym razem, gdy coś serwuję do jedzenia: czy seler to na pewno seler, czy nie jest jakimś nowym dziwnym owocem...??? seler jest tu pojęciem umownym, może być jakikolwiek produkt... ;-) Ale w rezultacie od czasu do czasu dostają mi się dziwne nowości. Tym razem dostałam nasionka. Nazywa się to "groszek siewny - cicerchia - lathyrus sativus" i jest niełuszczony. Znalazłam informację, że pochodzi z Bliskiego Wschodu, niegdyś bardzo popularny we Włoszech. Dziś uprawiany w rejonie Serra de 'Conti, na wzgórzach Verdicchio w Marchii, powraca do łask za sprawą ruchu Slow Food. Nie bez powodu. Zawiera spora dawkę białkę i masę witamin. Moczy się go kilkanaście godzin i gotuje 40 - 60 minut. Zaleca się kilkukrotną zmianę wody w czasie moczenia. Ja jedną zalałam, zmieniłam dwa razy, zagotowałam w czwartej, odlałam i gotowałam już do miękkości (50 minut) w piątej wodzie. Tak dla pewności ;-) Pierwszą porcję wykorzystałam na szybko do pasty.


PASTA Z GROSZKU SIEWNEGO

1 szklanka ugotowanego groszku
1 łyżka soku z cytryny
1 łyżka domowej musztardy (dość ostra)
½ łyżeczki wędzonej słodkiej papryki
½ łyżeczki soli lub do smaku
1 mała gałązka selera naciowego bardzo drobno posiekana

Wszystko poza selerem zblendować do preferowanej konsystencji (my wolimy z grudkami) i wmieszać w masę posiekany seler.
Koniec przepisu.
Piękne prawda?
:-D

czwartek, 3 listopada 2016

Fermentowany serek wegański na gryczanym rejuvelacu

Rejuvelac na kiełkach żyta sprawdza się do robienia serów doskonale. Są kwaskowe, szybko fermentują i pięknie gęstnieją chłodzone. Miyoko Schinner w książce o domowych roślinnych wspomina o przygotowaniu rejuvelacu przy użyciu również ziaren komosy ryżowej, pszenicy, orkiszu. W książce nie ma nic o gryce, ale już w internecie spotkałam się z taką możliwością. Bardzo byłam ciekawa rezultatów... O samym rejuvelacu gryczanym pisałam tutaj. Teraz opiszę swoje doświadczenia z przygotowaniem na jego bazie sera roślinnego. Postanowiłam wykorzystać nerkowce jako najwdzięczniejszą bazę, ale i najłatwiejszą do porównania smakowo, gdyż te orzechy mają tak delikatny maślany smak, że doskonale wpasowują się w klimat serowarski ;-)


FERMENTOWANY SEREK Z REJUVELACU GRYCZANEGO

2 garście orzechów nerkowca
rejuvelac gryczany stąd
½ łyżeczki soli
ulubione przyprawy (u mnie ½ łyżeczki suszonej bazylii lub ½ łyżeczki przyprawy włoskiej)

Nerkowce dokładnie opłukać, zalać przegotowaną wodą i odstawić na kilka godzin (2 - 8).
Odsączyć, przesypać do kielicha blendera, wlać rejuvelac w takiej ilości, by przykrył orzechy w ⅔ objętości i zblendować do ziarnistości, jakiej oczekujemy od serka.
Przełożyć do porcelanowej/szklanej miseczki, przykryć i odstawić do sfermentowania w spokojne miejsce.
Zależnie od stopnia kwaśności rejuvelacu może to być 1 - 2 dni (ciekawa byłam bardzo, chciałam spróbować jak najszybciej, więc "krakowskim targiem" poczekałam 1 ½ dnia ;-)).
Kawałek folii 30 x 20 cm rozłożyć na blacie, na środkową część wysypać połowę przyprawy, wyłożyć na zioła sfermentowany serek w formie wałka lub kuli, obsypać resztą ziół i zawinąć tak, by nie wypłynął w czasie chłodzenia. Końce folii związać.


Serek odłożyć do lodówki na minimum jedną dobę.
Teraz istotna informacja:
gdy używałam rejuvelacu jednodniowego (1 dzień od zalania kiełków do zlania płynu), serek wyszedł lekko kwaśny, miękki wręcz konsystencji śmietany. Świetnie się sprawdził właśnie jako gęsta śmietana... do sałatki... :-D


Gdy używałam rejuvelac dwudniowy (dwie doby od zalania kiełków do odcedzania płynu), dostałam serek kwaskowy, kremowy, dość gęsty, lekko słodkawy. Dodałam przyprawy kuchni włoskiej czyli suszone pomidory, papryka, czosnek, ...



Używając jeszcze kiełków żyta zrobiłam serek słonecznikowy. Smak miał ... słonecznikowy...? ;-) Intensywność aromatu pestek nie zmieniła się w trakcie fermentacji, jedynie nabrała kwaśnego charakteru. Natomiast wygląd zmienił się...powierzchownie ;-) Zwyczajnie zrobił się ... ciemno szary.


Rejuvelac gryczany nie tylko do robienia serka...

Smak żytniego rejuvelacu jest intensywny, kwaśny, odświeżający. Dodatkowo wielorakość bakterii probiotycznych powstających w zupełnie naturalny sposób są wystarczającym powodem, by poczekać na jego pełną gotowość kilka dni. Jednak rejuvelac można przygotować również z innych ziaren. Postawiłam na swojską grykę, której charakterystyczny smak stał się moim ulubionym (jak ja nie lubiłam tej kaszy!!! :-O).
Przygotowywałam ją tak, jak żyto. Nie kierowałam się ściśle czasem, ale wyglądem ziarenek, kiełków aż w końcu aromatem i napowietrzeniem rejuvelacu.


REJUVELAC GRYCZANY

kasza gryczana biała (niepalona)
przegotowana woda

Kaszę przepłukać dokładnie na sicie, żeby usunąć zanieczyszczenia i uszkodzone ziarna.
Przesypać do słoika, zalać przegotowaną wodą, przykryć i odstawić do napęcznienia na 8 - 12 godzin.
Wypłukać ponownie (słoik również), zamiast nakrętki nałożyć kawałek gazy, przytrzymać gumką recepturką, słoik odwrócić pozwalając wypłynąć reszcie wody i tak przechylony umieścić w małej miseczce, by gryka wykiełkowała mając dostęp powietrza. Unikniemy wówczas pleśnienia.
Czekamy aż pokażą się kiełki długości ziarenek.
Zajmie to 1 - 3 dni. W tym czasie 2 x dziennie przepłukać ziarenka.

Gdy kiełki osiągną długość ziaren, wypłukać, zalać przegotowaną wodą i odstawić w ciemne miejsce na 1 dzień...


... lub  2 dni czyli aż woda zmętnieje i pokażą się wyraźne bąbelki.
Ta bąbelkowata woda to rejuvelac.


Dwudniowy jest mocniejszy od jednodniowego i serek na jego bazie również wyjdzie bardziej kwaśny i szybciej sfermentuje.

Rejuvelac odcedzić i przechowywać w lodówce do dwóch tygodni.

Skiełkowane ziarno można użyć jeszcze raz do zrobienia nowej porcji rejuvelacu lub do chleba, ciasta, ciastek, pasztetów,...

Ja zalałam je ponownie przegotowaną wodą, ale z ząbkiem czosnku i kilkoma ziarenkami pieprzu czarnego, gorczycy i ziela angielskiego z listkiem laurowym.


Po dwóch dniach otrzymałam pyszny napój w stylu żurku, ale z gryki... :-D


Mnóstwo małych pęcherzyków zdradza zaawansowany proces fermentacji i sugeruje orzeźwiający smak napoju...
Ma on silne działanie wspierające florę bakteryjną jelit, podnoszące odporność i tolerancję na stres.
Idzie "łeb w łeb" z wodą po ogórkach kiszonych i kiszonej kapuście. Szczególnie ważny składnik diety osób z nietolerancjami pokarmowymi.



Smacznego i zdrówka!