O czym jest ten blog?

Notatki z życia codziennego żony i matki prowadzącej dom w wersji możliwie eko-naturalnie roślinnie. Nie stroniącej od trudnych pytań, ale szukającej sensu i piękna.

piątek, 30 grudnia 2016

Sałatka z sorgo i brokuła

Dni stają się wreszcie dłuższe. Myślę już o wysianiu pierwszych sałat do doniczek. Coraz poważniej myślę o zbliżającej się wiośnie. Na tyle poważnie, że naszła mnie ochota na lekkie warzywno-zbożowe dania. I tak zrobiło mi się zielono... brokułowo i cebulkowo... 
Sorgo natomiast weszło do naszego domu ponad rok temu. Otworzyłam mu drzwi szeroko, gdyż jest bogate w białko, żelazo i wapń. Ma niewysoki indeks glikemiczny, jest bezglutenowe a ugotowane... długo się żuje, więc dłużej smakuje. Jako główny składnik zielonej sałatki jest doskonałe. Przydaje twardości delikatnemu brokułowi i ma piękny, głęboki brązowy kolor. 


SAŁATKA Z SORGO I BROKUŁA
5 porcji

3 szklanki ugotowanego* sorgo
szczypior z pęczka dorodnej dymki grubo pokrojony
1 brokuł
listki z dwóch gałązek świeżej bazylii
2 łyżki soku z cytryny
3 łyżki oliwy z oliwek tłoczonej na zimno
½  łyżeczki soli kamiennej
1 łyżeczka pieprzu ziołowego

Brokuł umyć, oczyścić i ugotować na parze al dente.
Sok z cytryny, sól, pieprz i oliwę wlać do słoiczka, zakręcić i wymieszać energicznie nim wstrząsając.
Do miski wsypać sorgo, posypać dymką, porwanymi listkami bazylii, zalać sosem i wymieszać.
Dosypać brokuła porozdzielanego palcami na małe kawałki i delikatnie wmieszać w sałatkę.
Odstawić na godzinę, by smaki się przeniknęły.

* Sorgo gotuję podobnie jak gotowałam pszenicę czyli namaczam przynajmniej 10 godzin. Płuczę. Zalewam świeżą wodą. Gotuję w szybkowarze 40 minut lub w normalnym garnku pilnując, żeby wody nie brakło, do miękkości (około 1 godzinę).





czwartek, 29 grudnia 2016

Pulpety warzywne z resztek po soku

Nie tak dawno połamałam część wyciskarki wolnoobrotowej... Miała być na całe życie... Cóż, nie przewidzieli, że kupi ją osoba w wieku poniżej 95 i przeżyje więcej niż kilka następnych... Pomyłki się zdarzają... Po walkach z samą sobą, zdecydowałam: szukamy nowej części. Udało się. Wyciskarka znów pracuje, a wynika z tej pracy ogrom resztek warzywnych. Jeśli wyciskam "zwykłe" warzywa, resztki wyrzucam po prostu na kompost. Jeśli jednak udaje mi się dostać w przyzwoitych cenach eko warzywa... Wtedy nawet resztki są cenne i je utylizuję. Na przykład piekąc pasztet lub produkując hurtowe ilości pulpetów, które potem mrożę i mam na wypadek niespodziewanych gości lub gości spodziewanych, ale w zatłoczonym zajęciami okresie... Słowem: na wszelkie okazje! Dodatki wybieram takie, na jakie akurat mamy ochotę. Możliwości jest 100 i jeszcze trochę... Bazę stanowią wspomniane resztki i kasza jaglana. Sos sojowy jest dość istotny, ponieważ resztki z soku składają się głównie z błonnika a większość smaku zostało w soku. Taki podkręcacz warto docenić. Olej również jest istotny ze względu na suchość reszty masy i fakt, że pulpety będą pieczone a nie smażone. Płatki drożdżowe natomiast nie są konieczne, ale wtedy dobrze dać nieco więcej ziół (kozieradka moja ukochana nadal niezastąpiona...). 


PULPETY OSZCZĘDNOŚCIOWE
18 sztuk

300 g resztek po soku marchewkowo-selerowym (robionym marchew : seler = 4 : 1)
150 g ugotowanej kaszy jaglanej
3 łyżki posiekanej zielonej pietruszki
1 duża cebula starta na tarce o dużych oczkach
4 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
1 łyżka sosu sojowego Tamari (bezglutenowy)
1½ łyżki płatków drożdżowych (bezglutenowe)
3 czubate łyżki mąki z ciecierzycy
½ łyżeczki mielonej kozieradki
½ łyżeczki soli
1 łyżeczka pieprzu ziołowego
1 łyżeczka słodkiej papryki
1 łyżeczka majeranku

Wszystkie składniki bardzo dokładnie wyrobić na jednorodną masę (zajmuje około 2 minut).
Formować pulpety o średnicy 5 cm.
Piec w temperaturze 180⁰C przez 40 minut.


Jadamy je jako przegryzkę, lunch do pracy z sosem czosnkowym i świeżymi warzywami albo regularny obiad z... a właściwie w... zupie :-D
Sprawdzają się też w formie burgerów. Wtedy lądują na talerzu z surówką :-)


Jeśli Pan Jezus polecił uczniom zebrać okruchy po tysiącach ludzi, to z całą pewnością zaleciłby wykorzystać również resztki po robieniu soku. Od lat zadziwia mnie, jak wielcy ludzie szanują jedzenie...  Wielcy, niekoniecznie pozycją społeczną, ale raczej sercem i umysłem. Szanują swoje, cudze, dobrzy szafarze stworzenia Bożego...

środa, 28 grudnia 2016

Gdy agar nie sprawdził się w dżemie

W czasie lata zaszalałam z przetworami i zapełniłam piwnicę słoikami po sufit (dość niski, ale jak to brzmi ;-)). Testowałam dżemy zagęszczane agarem i zamiast gotować owoce długimi godzinami mogłam gotować kilkanaście minut. Działało bardzo dobrze. Dżemy były smaczne, dość gęste i aromatyczne. Problem pojawił niedawno tj. po kilku miesiącach przechowywania. Część dżemów się nieco... rozpłynęła... Czyli stała się po części płynna. Agar przestał działać. Zadziwiające, że dotyczyło to zjawisko tylko części słoików. W reszcie dżem pozostał tak gęsty, że nie opadł po odwróceniu słoika i nie opada nadal. Najwyraźniej to dżem z wyższych sfer i zachowuje się bardzo adekwatnie... :-)


W części słoików wyraźnie grawitacja ściągnęła sok w strefy dolne a nakryłam ją, gdy akurat naszym baaardzo młodym gościom smażyłam naleśniki i goście owi zażyczyli sobie smarować je dżemem truskawkowym właśnie. Potrzebowałam więcej niż jednego słoika, sięgnęłam głębiej i... wyciągniętym dżemem (na zdjęciu powyżej po prawej) nie dało się posmarować żadnego naleśnika... 
Na szczęście młodzież okazała się cierpliwa a ja zaopatrzona w łuskę babki jajowatej.


Mogłam na szybko płynny dżem zagęścić. Wystarczyło zawartość słoika (pojemność 0.45 l) wymieszać z 1 łyżeczką babki, poczekać kilka minut i wyszedł piękny, gęsty dżem...


Z tego przykładu wynika, że agar agarowi nie równy. Ze względu na ilość przerabianych owoców, co kilka dni biegłam (jechałam trochę kilometrów...) po jego następną porcję do sklepu i dostawałam różnych firm. Na bieżąco wszystko grało, więc traktowałam, że agar to agar i tyle. Nie zaznaczałam jego pochodzenia, toteż mądrzejsza pod tym względem nie jestem. Pewna natomiast jestem tylko jednego źródła. Niestety francuskiego, dostępnego u nas jedynie okazyjnie.
Reszta zostaje jako podejrzana o zamiar zniweczenia dobrej zabawy młodych gości... Podejrzanym przyglądnę się w następne lato dokładniej. Póki co, wszystkim, którym tez trafiły się kapryśne egzemplarze polecam zakup łuski babki jajowatej. Dostępna w każdej aptece i sklepie zielarskim a bywa tez w większych marketach, Łuska babki płesznik jest równie dobra, ale znacznie droższa...

Poza agarem i mąką wysokoskrobiową, łuska babki jajowatej lub płesznik jest bardzo wszechstronnym zagęszczaczem. Nie tylko dżemów (np. mus z mrożonych porzeczek i czarnego bzu do tarty), kremów, ale i bułek bezglutenowych, past, serków,... Przydaje się w każdej kuchni. Ratowała mnie od klęski kulinarnej już wiele razy, gdy czas naglił albo składników brakowało na nową porcję a mi w misce wszystko pływało zamiast tworzyć piękną zwartą całość... Dodatkowo łuska wzbogaca teksturę potrawy... a z soków tworzy coś w rodzaju miękkiej galaretki w piękne błyszczące kreseczki
(widzicie w dżemie poniżej drobne "cętki"?).


wtorek, 27 grudnia 2016

Kluseczki dyniowe

Czytałam zachwyty nad wszechstronnością dyni w kuchni. Lampiony są tym, co ja robiłam z dyni w swoim domu... W tej formie miała wstęp do kuchni. Czemu nie?
Aż intensywność owych zachwytów wpłynęła i na mnie. zdecydowałam dać dyni szansę.
Wystartowała w zupie dyniowej. I to był całkiem dobry start... Następny był pasztet z dyni z popularnego bloga. Bez szału, ale dostrzegliśmy już potencjał wielkiego pomarańczowego warzywa... Posiałam więc w ogródku jedna z jego odmian. Oczywiście, jeśli inwestuję swoje cenne miejsce (ogródek to nie hektary, niestety...) musiała być to najlepsza dynia. Stanęło na Hokkaido.
Okazała się genialna! Pieczona jedynie z odrobina soli jest prze-pyszna! Przestałam się dziwić zachwytom choć niektóre z nich padają w warunkach baaaardzo dziwacznych. Bo co myśleć o ludziach, którzy z sentymentem wspominają czasy niewoli? Skąd ten sentyment? Bo w niewoli jadali dynie a na wolności jej brak??? Dziwne zrównanie wartości niewoli i wolności z walorami smakowymi...dyni... Wartość mierzona obecnością pomarańczowego warzywa.... Swoją drogą, czasem zastanawiam się, jak ja wartościuję to, co najważniejsze? Niestety, czasem nadawałam największą wartość rzeczom pilnym. Tym, które naciskają najmocniej, a nie tym, które są dla mnie najważniejsze... Wpadałam w... niewolę tych pilnych... Zdarza Wam się podobnie? Czas wtedy stanąć, wziąć kilka rozmyślnych oddechów (niekoniecznie planując zgromadzić powietrze na najbliższe trzy dni... po prostu wykonać tą zwyczajną czynność świadomie), skupić się nad cudownością życia (ono jest fenomenem, niepojętym dla najtęższych rozumów a tak lekko traktowanym...), rozejrzeć dookoła przez pryzmat SWOICH WŁASNYCH wartości. Wtedy codzienność nabiera innych barw. poszerza się wachlarz możliwość, a właściwie to my zaczynamy te możliwości dostrzegać.

Wracając do mojej dyni Hokkaido:
Na niej (a dynie obrodziły akurat potężnie!) uczyłam się przygotowywać dynie na różne sposoby. Tak znalazły się w mojej kuchni dyniowe kluseczki. Można do nich stosować różne odmiany, tylko należy zmieniać ilość płynu zależnie od wilgotności zastosowanej.



KLUSECZKI DYNIOWE
4 porcje

1 szklanka musu z dyni* Nelson**
1 szklanka ugotowanej kaszy jaglanej
4 łyżki mielonego siemienia lnianego
7 łyżek wody o temperaturze pokojowej
8 łyżek mąki kukurydzianej
4 łyżki mąki gryczanej
1 łyżeczka soli

Siemię wymieszać z wodą i zblendować na "puszysto".
Mus zblendować z kaszą, siemieniem i solą.
Wmieszać mąkę.
Ciasto szybko wyrobić na posypanej mąką gryczaną stolnicy, podzielić na cztery części.
Każdą część uformować w wałek, delikatnie rolować do uzyskania  średnicy około 2 cm.
Pokroić po skosie na kluseczki.


Zagotować wodę w szerokim garnku, posolić i wrzucać kluski na cztery razy i gotować przez 3 minuty



Doskonałe są z naturalnym jogurtem sojowym, posypane świeżym, młodziutkim tymiankiem.

* Upieczona przez 40 minut w temperaturze 180⁰C i zmiksowana. Biorąc pod uwagę rozmiary przeciętnej dyni, piekę ją na jeden raz całą pokrojoną w wielką kostkę razem ze skórką. Nelsona ani Hokkaido po upieczeniu nie obieram ze skórki, dynię zwyczajną i piżmową obieram. Miąższ miksuję i przechowuję w lodówce (do 1 tygodnia) lub mrożę na dalszą przyszłość. Fajnie mieć gotowy półprodukt domowej roboty pod ręką...

** Nelson to odmiana rzadko używana ze względu na "wodnistość' jej miąższu po upieczeniu. W przypadku klusek daje ona miększe ciasto, dlatego wolę ją niż zwartą Hokkaido. I jest dużo tańsza, co bywa czasem czynnikiem bardzo istotnym, szczególnie przy większych zakupach.

poniedziałek, 26 grudnia 2016

Krem kawowy z awokado

Czasem mam ochotę na odrobinę goryczki w wersji deserowej... Wtedy sięgam po kawę zbożową i melasę z karobu. Jej smak jest... intrygujący. Nieco słodki, kwaskowy, wibrujący w ustach. W zasadzie może spełniać funkcję alkoholu w deserach... Nie, nie daje efektu zaćmienia władz umysłowych. Jedynie sprawia, że w ustach nas nieco kręci, smyra i kłuje... Intryguje, prawda?
Najciekawsze, że jego smak pasuje do dań zarówno bardzo słodkich, jak i słonych.


KREM KAWOWY Z AWOKADO

1 małe lekko miękkie awokado
½ szklanki mocnej kawy zbożowej* (2 czubate łyżki kawy gotowane 3 minuty w ¾ szklanki wody)
3 łyżki melasy z karobu
1 czubata łyżka karobu
spora szczypta soli

Wszystkie składniki wymieszać łyżką a później zblendować na krem.
Doskonały z wegańską bezą, jako część tiramisu ale również do polania naleśników gryczano-ciecierzycowych ze słonym serkiem jaglanym.


* Używam kawę z topinambura albo żołędziową ze względu na bezgluten, ale zwykła Kujawianka jest absolutnie doskonała!

czwartek, 22 grudnia 2016

Trufle jabłkowe

Każdy eksperymentator kuchenny wie, że drobna zmiana proporcji, czy jednego składnika albo kolejności wykonywanych czynności może odmienić danie zupełnie.
Tak było tym razem.
Na veganmanii mój mąż zachwycił się raw batonem z fistaszków, nerkowców i... suszonego jabłka. Nazywał się urwis, albo jakoś podobnie... skład też pamiętam o tyle, o ile... Chciałam jednak mężowi przyjemność sprawić i zrobić podobny w domu. Jak, skoro nie pamiętałam dokładnego składu? Na nosa, rzecz jasna! Chyba zakatarzony był, bo baton wyszedł ... taki sobie... W naśladownictwie to ja nigdy dobra nie byłam, więc postanowiłam zrobić to po swojemu.
Tak powstały trufle jabłkowe z kardamonem. Jeśli spróbujecie je robić, absolutnie nie pomijajcie cytryny i nie zmniejszajcie ilości strąków kardamonu! Muszą być i to świeżo utarte!
Inaczej będzie to jak Biblia bez ewangelii... niezrozumiała dla XXI wiecznego człowieka.
Z pewnością starsi nosem mogą pokręcić, że dziwna przyprawa (a Saul z Tarsu uwierzył nie mając słowa ewangelii przed nosem, ale on spotkał Jezusa z niezłymi przygodami i stał się sławnym apostołem Pawłem, ale to jakby nieco dawno było...)
Dzisiaj smak mamy bardziej kosmopolityczny, szersze spojrzenie, inne gusta, więc potrzeba więcej argumentów a dowody muszą być bardziej osobiste...
Pozostaje mi więc zaprosić do spróbowania i ocenienia samemu, jak genialnie może smakować jabłko i kardamon w towarzystwie masła orzechowego...


TRUFLE JABŁKOWE

100 g fistaszków prażonych bez soli i tłuszczu
100 g suszonych jabłek
sok i skórka z jednej cytryny eko
5 strączków kardamonu

Przepuścić orzeszki przez maszynkę do mielenia.
Jabłka grubo pokroić i przemielić z uzyskanym masłem orzechowym.
Dodać zmiażdżony kardamon, sok z cytryny, skórkę i dokładnie wymieszać ręką.
Formować kulki lub ugnieść w prostokątnej foremce i pokroić w kostkę.


Składniki są absolutnie swojskie i domowe. Jabłuszka, orzeszki,... cytrynka...? kardamon...? Ups... klimat orientalny się objawił... :-D Wybierzcie więc aranżację wedle upodobań: swojską lub orientalną (konkretnie tunezyjską) ;-)



środa, 21 grudnia 2016

Tofurnik z makowcem łapka w łapkę zgodnie idą...

Seromak zagościł na łasuchowych stołach już dawno temu znajdując wielbicieli wśród tych,, którzy do tej pory nie mogli się zdecydować, czy bardziej lubią sernik czy makowiec. Czemu nie połączyć w takim razie obu tych smakowitych wypieków! W wersji roślinnej powinien się on nazywać analogicznie tofumak, ale jakoś kojarzy mi się z japońskimi maki-zushi... A to jednak nie tak... zupełnie, absolutnie nie tak...
Nie zawsze da się obu panom służyć... Czasem ci panowie są jak bliźniacy, podobni naturą, charakterem (jak tofurnik/sernik i makowiec). Czasem jednak są swoimi przeciwieństwami (jak jest to w przypadku Boga i "mamony" jak napisano w ewangelii Mateusza 6:24: Nikt nie może dwom panom służyć, gdyż albo jednego nienawidzić będzie, a drugiego miłować, albo jednego trzymać się będzie, a drugim pogardzi). I o ile życie po Bożemu wyklucza się z życiem dla siebie samego (On jakoś zawsze inspiruje do bezinteresowności, pomocy innym, dzielenia się... trochę jak sam Pan Jezus żył...), o tyle upodobanie do tofurnika i makowca idzie pięknie w parze.
Pozwólcie więc, że podzielę się przepisem na to cudo wege kuchni.
(jak dałoby się chętnie bym i poczęstowała)


 TOFU-MAKOWIEC ;-)
tortownica o średnicy 24 cm

20 dag maku (tym razem kupiłam mielony)
7 suszonych moreli
7 suszonych śliwek
5 suszonych fig
¼ szklanki rodzynek niesiarkowanych
½ szklanki płatków owsianych
¼ szklanki migdałów
1 czubata łyżka inuliny
1 łyżka siemienia lnianego
1 eko pomarańcza
1 duża reneta lub inne kwaśne jabłko
2 łyżki syropu klonowego lub z agawy
szczypta soli

2 kostki tofu po 180 g
2 małe jogurty sojowe naturalne (lub dodatkowa kostka tofu i sok z jednej cytryny)
3 łyżki ksylitolu lub do smaku
1 czubata łyżka inuliny
2 łyżki mąki jaglanej
2 łyżki oleju kokosowego nierafinowanego
szczypta soli

Suszone owoce drobno pokroić a migdały roznieść w moździerzu lub wałkiem w grubym woreczku do mrożonek.
Pomarańczę dokładnie wyszorować, zetrzeć skórkę i wycisnąć sok.
Płatki zmiksować z 1 szklanką wody, odcedzić na grubym sitku lub przez ściereczkę tak, by otrzymać bardzo esencjonalne mleko owsiane.
Siemię zmielić.
W dużej misce wymieszać mak z bakaliami, inuliną i siemieniem.
Jabłko zetrzeć na tarce o grubych oczkach, dodać do masy makowej.
Dolać mleko owsiane, skórkę startą i sok z połowy pomarańczy.
Całość bardzo dokładnie wyrobić dłońmi przez 1 minutę.
Foremkę wyłożyć papierem do pieczenia lub wysmarować olejem kokosowym, wyłożyć masę makową i polać ją syropem klonowym delikatnie go wcierając*.

Tofu zblendować bardzo dokładnie żyrafą razem z jogurtem, sokiem cytrynowym i z drugiej połowy pomarańczy, ksylitolem, inuliną i olejem kokosowym.
W masę wmieszać mąkę jaglaną i skórkę z drugiej połówki pomarańczy.

Masę serową wyłożyć na makową, wyrównać.
Piec 1 godzinę w temperaturze 180⁰C.
Wyłączyć piekarnik i pozwolić ciastu wystygnąć przy otwartych drzwiczkach.
Chłodne wyjąć do stężenia na kilka godzin (optymalnie całą noc w chłodnym miejscu).


Kroi się bardzo wygodnie. Jest zwarte, ale miękkie...


Pomiędzy słodkimi trufelkami, pralinami i sosami pysznie wystawia swoją głowę wiedząc, że jest wyjątkowe ;-)


* Ciasto lepiej smakuje, jeśli nie wleje się syropu do masy, ale znajdzie się on pomiędzy warstwami makowca i tofurnika.

poniedziałek, 19 grudnia 2016

Pralinki orzechowe codzienne, domowe

Jako poszukiwacz naturalnych niskoglikemicznych słodzideł spotkałam się w internecie z owocami o nazwie lucuma. Owoc ten rośnie w klimacie tropikalnym i subtropikalnym. Ze względu na swój delikatnie słodki smak, przyjemny karmelowy aromat oraz bogactwo beta karotenu i witamin z grupy B jest ceniony przez tamtejszych mieszkańców.
W polskiej rzeczywistości udało mi się go spotkać w postaci sproszkowanej. Spróbowałam. Smak faktycznie delikatnie słodki, o lekko karmelowym zabarwieniu. Nigdy nie sypnęłabym go do potrawy szczodrze, nie tylko ze względu na jego cenę... Te delikatne nuty z niczym się nie chciały w mojej wyobraźni komponować. Stała sobie torebka, aż doczekała prawie końca terminu ważności... I teraz (ze względu na cenę!) musiałam ich użyć. Padło na nocną owsiankę z żurawiną. Niczym nie dosładzałam, dodałam tylko 1 łyżkę lukumy... I stała się rzecz dziwna: owsianka straciła swoje buziowykrętne właściwości a zyskała ten karmelowy posmak. Pasowało jak ulał!
Gdy pomyślałam o zrobieniu orzechowych pralinek, lukuma stała się oczywistym dodatkiem...

Są bardziej domowe niż eleganckie... Bardziej do rozmlaskania się niż dystyngowanej degustacji... czyli na co dzień i w domowych bamboszach smakują najlepiej!


PRALINY ORZECHOWE
10 sztuk

½ szklanki mleka sojowego naturalnego niesłodzonego
1 strąk wanilii, który został po użyciu nasionek do innych wzniosłych celów
2 łyżki lukumy
2 - 3 łyżki cukru kokosowego
½ szklanki mieszanki orzechów włoskich, laskowych i migdałów
3 łyżki masła z fistaszków bez dodatków
1 łyżeczka oleju kokosowego nierafinowanego

Do małego rondelka wlać mleko, dodać przekrojoną na pół laskę wanilii i zagotować.
Zmniejszyć ogień, i gotować jeszcze 15 minut mieszając dość często, by tworzący się kożuch nie utrudniał parowania.
Orzechy podprażyć na suchej patelni, ale nie rumienić!
Zmiażdżyć w moździerzu lub utłuc wałkiem włożone do grubego woreczka np. na mrożonki.
Do odparowanego mleka dodać masło orzechowe i dokładnie wymieszać.
Połączyć wszystkie składniki, wyrobić masę, by cukier mógł się w większości rozpuścić.
Ugnieść w foremce i odstawić do schłodzenia w lodówce na 30 minut.


Kroić i jeść lub przechowywać w lodówce, bo chłodne są najlepsze.
Przed podaniem można oprószyć karobem, żeby łapki się nie lepiły... za bardzo...


Swoją drogą: dlaczego na czas przyjmowania gości zmieniamy nasz codzienny jadłospis? Zastanawiam się, dlaczego kombinuję wtedy nietypowe smaki, zamiast uderzać pewniakiem uwielbianym przez całą rodzinkę? Z jednej strony: "Gość w dom - Bóg w dom" wydaje się wymagać wystawności, ale z drugiej strony, przecież wiem, że Bóg jest z człowiekiem właśnie na co dzień! W bamboszach, rozmlaskaniach, nieprzytomnym spojrzeniu wczesnym rankiem, gdy zwlekam się zaczynać dzień jak co dzień i takiż samym nieprzytomnym, gdy po kolejnym ciężkim dniu późną nocą wreszcie mogę wziąć kąpiel, rozluźnić się i polec na wygodnym łóżeczku obok dawno śpiącego małżonka, ufając, że On ma pieczę nad moją nocą również... Czy Bóg wymagałby przyjęcia innego niż codzienne (przecież najlepsze, jakie mogę zorganizować) przyjęcie powracającej z pracy czy szkoły rodzinki?
Czy więc codzienność zacząć windować na poziomy gościnności, czy tez gościnność oswoić i zbambosić???
Czy gościnność nie oznacza dawania siebie przede wszystkim, swojego czasu, uwagi, skupienia na gościu, jego samopoczuciu zamiast na żołądku a raczej języku, gdzie kubki smakowe mają swoją siedzibę...? Żeby nie wyszło, że ten "bóg", co w dom nasz wszedł to brzuch jest...  ;-)
Od kilku lat już dryfuję w te domową wersję gościnności. Spodobał mi się opis gościnności biblijnych patriarchów. Dawali to, co mieli najlepszego, nie biegli kupić nowej książki kucharskiej z najnowszymi trendami fusion. Raczej do zagrody i korzystali z tego, co mieli dla siebie.
Ja mam w piwnicy kiszone różności... i pralinki w lodówce... Do tego pasztet "nikt nie wie, czego się spodziewać"
Ja byłabym zadowolona z takiego przyjęcia...
-------------------
Wczoraj byli goście, częstowałam i kiszonkami, i pralinkami... Potem smażyłam naleśniki... Było domowo i cieplutko ;-D


sobota, 17 grudnia 2016

Pierogi bezglutenowe z mąki gryczanej z tofu

Moim największym nienasyceniem odkąd zaczęłam bezglutenową podróż były pierogi... najlepsze z kapustą i grzybami... Te, dostępne z mieszanek mąk ryżowych, ziemniaczanych, tapioki, kukurydzianej z IG wspinającym się na szczyty wraz z górskimi kozicami, zdecydowanie nie były tym, czego pragnął mój... umysł (zdecydowanie umysł, nie żołądek) nafaszerowany ciepłymi wspomnieniami dzieciństwa i rodzinnych spotkań przy stole... Tak, moja mam robiła pierogi zawsze, gdy jej o nich wspominaliśmy. Niezależnie od pory roku, dnia i godziny. Dla mnie kapucha kiszona i grzyby, dla rodzinki ruskie. Póki co, ratowałam się naleśnikami z gryki albo ciecierzycy, ale wspomnienie pierogów nadal żyło swoim życiem uporczywie dopominając się szacunku dla rodzinnej tradycji. Myślałam, myślałam, aż nawet zaczęłam pytać. I tak oto jedna dobra internetowa duszyczka wspomniała o pierogach z zaparzanej mąki gryczanej Olgi Smile. Chwila z wujkiem Google i jest! Przepis okazał się na tyle skomplikowany, że wymagał ode mnie emocjonalnego przygotowania i dojrzałości. Innymi słowy: zamknęłam stronę z przekonaniem, że aż tak zdeterminowana nie jestem.
Czas jednak zrobił swoje, umysł o pierogi wołał coraz głośniej, a pamięć została już tylko o mące gryczanej i gorącej wodzie... To już nie brzmiało tak skomplikowanie...
Niestety, link się zawieruszył. Dołożyłam tylko do mąki i wody trochę lnu (bo przecież przepis był skomplikowany...!). Wyszło... Łatwość wałkowania ciasta okazała się zadziwiająca. Oczywiście, ciasto nie było rozciągliwe, ale miękkie a zwilżone brzegi łatwo się sklejały i w czasie gotowania żaden (ŻADEN!) się nie rozpadł. Wpadłam w podziw (!) nad swoją podświadomością rejestrującą przeczytane jednokrotnie przepisy tak dobrze... na wyrost, bo gdy po jakimś czasie przepis jednak znalazłam, zgadzało się jedynie użycie mąki gryczanej i gorąca woda!
Jak dobrze, że nie znalazłam go wcześniej... pewnie parzyłabym dłonie nabierając przekonania, że muszą umysłowi wystarczyć naleśniki.... A tak, proszę bardzo, są pierwsze gryczane pierogi z tofu i smażona cebulką. Farsz najprostszy, jaki wpadł w ręce. Miało być na próbę a wyszedł obiad :-)


PIEROGI GRYCZANE
14 sztuk

ciasto:
100 g mąki gryczanej (zmielona biała kasza gryczana)
15 g siemienia lnianego mielonego
⅓ łyżeczki soli
100 ml gorącej wody

dodatkowa mąka gryczana do podsypywania

farsz:
1 kostka tofu (180 g)
1 duża cebula
½ łyżeczki soli
1 łyżeczka pieprzu ziołowego
1 łyżeczka bulionu lubczykowego (½ łyżeczki jarzynki)
1 łyżeczka płatków drożdżowych
2 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno

Mąkę wymieszać z solą i siemieniem.
Dolać gorącą wodę i energicznie mieszać silikonową szpatułą lub łyżką drewnianą aż do dokładnego połączenia się składników w ciasto.
Na silikonowej* stolnicy/macie wyrabiać ciasto podsypując odrobinę mąką.
Trzeba to robić dość szybko, nie tylko dlatego, że bardzo ciepłe, (raczej przyjemnie grzeje w dłonie), ale by uniknąć dosypywania zbyt dużej ilości mąki.


Odstawić zawinięte w tą matę na kwadrans.
Zagotować wodę w dużym garnku i przygotować farsz.

Na oleju podsmażyć posiekaną cebulę, dodać pokruszone tofu i przyprawy.
Dolać nieco wody i poddusić 2 - 3 minuty na dużym ogniu często mieszając.
Całość zblendować żyrafą niezbyt dokładnie.

Na macie rozwałkować ciasto na grubość 1,5 mm podsypując mąką dość oszczędnie.
Wykrawać kółka (ja używam pierścienia...cukierniczego o średnicy 9 cm), nakładać po łyżeczce farszu, brzegi posmarować ciepłą wodą i szybko ale delikatnie sklejać.
Ciasto nie jest zbyt rozciągliwe, więc podnosząc z maty można pomagać sobie delikatnie szerszym elastycznym nożem.
(wrzucałam na wrzątek "na bieżąco" czyli praktycznie w trakcie lepienia, jeśli wolicie najpierw lepić a potem gotować, to ulepione pierogi przykryjcie dużą miską, żeby nie wyschły za bardzo)
Gotować w osolonej wodzie po kilka sztuk przez 3 minuty.


Jeśli dłużej poleżą, mogą się delikatnie skleić, więc można kłaść tak, by nie leżały jedne na drugich, ewentualnie spryskać olejem.


Tak, bywają takie dni w środku grudnia! Jakie piękna bywa aura nasza swojska polska :-D


* Uważam, że silikonowa jest najlepsza, ponieważ ciasto znacznie słabiej się do niej przykleja, jest elastyczna, więc można w nią zawinąć gotowe ciasto i wygodniej się ją suszy po umyciu (wieszam na sznurku nad wanną)...
Generalnie zauważyłam, że u ludzi pojawia się mądrość stosownie do potrzeb, zauważyliście to również? Oczywiście pojawia się tez ogrom pseudo-udogodnień, które pogarszają zdrowie i kondycję zamiast pomagać, ale wśród badziewia są ukryte perełki. Tak jest właśnie z matą silikonową. Ciasta bezglutenowe wyrabia się szybko i z minimalnym wysiłkiem. Nawet ich cena już nie powala na ziemię. Ja swoje dostałam na wyprzedażach w ... EMPiK... 

czwartek, 15 grudnia 2016

Michałki, michały, michałeczki...

W czasach studenckich byłam wierną bywalczynią krakowskich cukierni. To tam po raz pierwszy zasmakowałam w ciastkach As i czekoladkach bombajkach. Były nieprzyzwoicie słodkie i.. takie pyszne... ;-) Mój ówczesny narzeczony (obecny mąż, obyło się bez młodzieńczych dramatów i tragedii :-)) natomiast przekonał mnie do słodyczy subtelniejszej, bardziej wyrafinowanej, bo orzechowej poczęstowawszy pierwszy raz michałkami. Do dziś pamiętam kupowanie po 10 dag (nieodmiennie wychodziło 7 sztuk!) i dzielone równo, niekoniecznie sprawiedliwie po 3 i pół :-D
Z okazji zbliżającego się końca roku i panującej refleksyjnej atmosferze wróciły wspomnienia czasów studencko-narzeczeńskich a z nimi, rzecz jasna, i michałki. Upodobania smakowe odbiegły od ówczesnych równie daleko jak i mój obecny wygląd od ówczesnego (;-)). Na szczęście równie daleko odbiegły umiejętności kulinarne. I to akurat w stronę +, więc poczyniłam próby ku stworzeniu autorskich domowych ... no właśnie już nie michałków... powiedzmy...hmmm... michałeczków...? 
;-D 
Małżonek spróbował i orzekł, że nawet im czekolada niepotrzebna... Wow! Wiedziałam, że wyszło o.k., ale takiego komplementu się nie spodziewałam! Ku potomności i pożytkowi swojemu i innych przepisem postanowiłam się podzielić...
Zauważyłam, że orzechy zmiażdżone w moździerzu smakują zdecydowanie lepiej niż zmielone, więc, jeśli tylko nie umieracie już z głodu, który może być zaspokojony tylko i wyłącznie efektami cukierniczych starań, to poświęćcie dodatkowe dwie minuty na utarcie w moździerzu bądź rozgniecenie wałkiem zalecanej porcji orzechów. Nie obawiajcie się, są naprawdę kruche!


MICHAŁECZKI BIAŁE KOKOSOWE
10 sztuk

50 g wiórków kokosowych (najlepiej eko)
½ szklanki fistaszków prażonych bez soli i oleju
¼ szklanki migdałów
¾ łyżki ksylitolu
spora szczypta soli
15 kropli esencji waniliowej (jeśli używacie olejku waniliowego to tylko kilka kropel)

Przez maszynkę do mielenia przepuścić fistaszki. Połowę odłożyć do pojemnika, w którym będziemy wyrabiać masę na michałeczki.
Resztę orzechów przepuścić przez maszynkę po raz drugi. Dołożyć do pojemnika.
Przez maszynkę przepuścić wiórki 4 - 5 razy czyli aż powstanie masełko kokosowe przyjemnie smarowalne. Dołożyć do pojemnika.
Migdały rozgnieść w moździerzu lub w mocnym woreczku na mrożonki rozbić wałkiem na malutkie kawałeczki*.


Resztę składników dołożyć do pojemnika i masę wyrabiać dłonią 2 - 3 minuty, aż się dobrze połączy a ksylitol w większości rozpuści.
Całość ugnieść w foremce i odstawić na 30 minut do lodówki albo na balkon, jeśli jest u Was tak zimowo jak u mnie :-D



Kroić i zjadać albo przechowywać w lodówce na chwile sentymentalnych wspomnień...

* Pytacie, czy zamiast moździerza można użyć młynka lub TM. Można. Przy okazji kilka moich doświadczeń w tym temacie. Może komuś się przydadzą:
1. Używając mocnego blendera (np. TM) trzeba pilnować czasu i intensywności mielenia, żeby nie otrzymać masła. Kawałki są bardzo przyjemnie chrupiące i nie niweczą chrupkości.
2. Migdały są kruche, ale twarde, więc w moim młynku ostrza na początku ścierają wierzchnie warstwy i je przemielają na masło zanim skruszą większe kawałki. Wychodzi szybko masło z olbrzymimi cząstkami... Muszę je wcześniej pokroić na małe kawałki, żeby zmielić... szybciej jest roztłuc wałkiem ;-)
3. Używając malakserka wychodzi dość szybko grudkowata mąka. Trzeba mieć malutki pojemnik albo robić potężne porcje michałeczków. Może od razu zainwestować w moździerz, wychodzi taniej niż zmiana całej garderoby na większą o dwa rozmiary ;-)
4. We wszystkich powyższych sposobach dostajemy "mąkę". W moździerzu lub woreczku dostajemy różnorodne kawałki częściowo rozgniecione, co uwydatnia smak i aromat migdałów.
5. Ciekawa, jestem Waszych efektów, szczególnie z użyciem różnorodnych sprzętów. Wierzę w Waszą pomysłowość! Pozdrowionka!

piątek, 9 grudnia 2016

Gryczane kluski kładzione z makiem

Jestem Polką z krwi i kości, co w sferze kulinarnej oznacza amatora klusek i pierogów ;-)
Za kładzionymi jednak nie przepadałam. Jakoś trafiałam na twarde, mączyste i generalnie smak pamiętam głównie rosołu...
Przechodząc na diet bezglutenową zaczęłam odkrywać smaki zupełnie mi obce. Podchodziłam do nich jak do jeża, bo też i niektóre smaki kłuły niemiłosiernie... ale okazały się aksamitem, gdy się z nimi zaprzyjaźniłam :-D
Dokładnie tak było z gryką. Na początku gładko wchodziła tylko palona. A i to tylko ze smażoną cebulką. Najlepiej z sosem grzybowym...
Potem dałam radę samą kaszę z jogurtem sojowym...
Niepalona nadal była trzymana na dystans...
Gdy odkryłam mieloną białą jako mąkę, byłam z nią już za pan brat.
Ruszyły chleby, placki, pizze, gofry, naleśniki,...petarda!
Czas na... kluski :-)
Kładzione, a co!
Mięciutkie, pyszniutkie :-D


KŁADZIONE KLUSKI GRYCZANE Z MAKIEM
30 - 35 sztuk

1 szklanka mąki gryczanej
4 łyżki mielonego siemienia lnianego (może być kupiony mielony odtłuszczony)
240 ml ciepłej wody
¼ łyżeczki soli
2 łyżki maku

Mak przyprażyć bardzo delikatnie na suchej patelni i równie delikatnie utrzeć w moździerzu... tylko, by otarły się o chropowate jego ścianki...
Mąkę wymieszać z solą i siemieniem.
Wlać wodę i energicznie mieszać łyżką lub silikonową szpatułą około minuty czyli aż ciasto zgęstnieje.
Odstawić na kwadrans.
Wmieszać mak.
Gotować w osolonym wrzątku partiami (wrzucając na jeden raz po kilkanaście sztuk) 6 - 7 minut (zależnie, czy celebrujemy ich formowanie czy trzaskamy fikuśne kształty ;-)) *
Wykładać na płaski talerz, choć raczej się nie sklejają.


Podawać z jogurtem, odrobiną słodzidła (u mnie syrop z agawy) i cynamonem, sosem pomarańczowym lub maku nie dodawać do ciasta i podawać z warzywnymi dodatkami np. pesto z pietruszki (rewelacja, choć z tym pesto WSZYSTKO smakuje wyśmienicie ;-)).



* Używałam dwóch małych łyżeczek. Jedną nabierałam porcję ciasta, zanurzałam we wrzątku a drugą zsuwałam kluskę. Ścinały się momentalnie, więc zostawał kształt nadany kluskom łyżkami.

I jedzcie na zdrowie, bo robią się szybko a zjadają ... ze smakiem ;-)
Dla diabetyków ważna informacja: mają bardzo niski indeks glikemiczny :-D



środa, 7 grudnia 2016

Barszcz ukraiński wegański

Nie lubię wystawnych obiadów składających się z niezliczonej liczny dań. Jem zbyt szybko, bo ciekawa jestem następnej potrawy a po trzech smaki już się mieszają i nie pamiętam pierwszego a pamiętam, że smaczne było, więc wracam znów do początków... i tak się... przejadam... obżeram... napycham... może nie całkiem, ale uczucie mam umierania po wielkim żarciu. A ja akurat tej śmierci nie mam w planach ;-)
Coraz bardziej cenię więc (nie tylko z powodu poświęconego na gotowanie czasu, bo tą aktywność akurat lubię) potrawy sycące, jednogarnkowe, napakowane potencjałem odżywczym, którymi będę mogła się delektować, rozsmakowywać się i rozpływać w błogości zachowując zdrową wstrzemięźliwość. A wiadomo, że wstrzemięźliwość przynosi korzyść i zdrowiu fizycznemu, i emocjonalnemu (mózg przecież odżywia się tym samym, co reszta ciała i neuroprzekaźniki źle działają przy krwi nasyconej tłuszczem i cukrem...), ale i... portfelowi, jak również relacjom przy stole... Poważnie... Na pewno nie jeden raz rozmawialiście z przejedzonym człowiekiem. To, że arsenał wydawanych dźwięków może powalić najbardziej prospołecznie zdeterminowanych, to i wydobywające się słowa czasem trzeba między te dźwięki nieartykułowane włożyć, żeby relacje wyżej wspomniane utrzymać ;-)
Patrząc w taki sposób na wspólne jedzenie stawiam na prostotę jednogarnkowych posiłków.
Takim zdecydowanie jest barszcz ukraiński. Z pajdą domowego razowego chleba jest pełnowartościowym posiłkiem, który uwielbiam nie tylko ja, ale i cała moja rodzina. Kochamy barszcz.
Moją raw wersję przedstawiłam tutaj.
Nadszedł czas na wersję cooked.
Kochamy obie :-D


BARSZCZ UKRAIŃSKI
dla 4 głodnych osób

6 małych ziemniaków
6 średnich buraków (jeśli są liście, to z liśćmi)
1 średnia pietruszka
1 średnia marchewka
kawałek selera
ćwiartka średniej kapusty włoskiej
2 cebule
5 ząbków czosnku
kawałek pora
1 puszka pomidorów w soku
1 liść laurowy
3 kulki ziela angielskiego
1 łyżka soli
1 łyżka bulionu lubczykowego
1 szklanka kiszonego barszczu z buraków
3 szklanki ugotowanej białej fasoli
sok z połowy cytryny
3 łyżeczki przecieru pomidorowego
1 łyżka majeranku
1 łyżka pieprzu ziołowego

3 łyżki oleju rzepakowego
3 litry wrzątku

Warzywa korzeniowe oczyścić lub obrać, jeśli z niepewnego źródła, zetrzeć na grubych oczkach tarki.
Cebulę pokroić w kostkę a liście i pora w cienkie paseczki..
Czosnek posiekać drobniutko.
W 5 litrowym garnku rozgrzać olej, poddusić cebulkę przez 1 minutę, wrzucić starte warzywa i dusić mieszając przez 3 minuty.
Dolać wrzątek, wsypać przyprawy (poza majerankiem), wymieszać, przykryć i gotować 10 minut.
Dorzucić kapustę i pora, gotować kolejne 3 - 5 minut.
W tym czasie przecier pomidorowy wymieszać ze szklanką gorącej wody.
Do zupy dodać pozostałe składniki (teraz majeranek również) i gotować ostatnie dwie minuty.

Podawać posypanie zieloną pietruszką z pajdą domowego razowego chleba.
Można zabielić mlekiem kokosowym lub jogurtem sojowym.

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Zakwas gryczany na wodzie z kiszonej kapusty - krok po kroku

Powitanie chlebem i solą jest gestem życzliwości, radości, docenienia gościa, okazania mu szacunku i niemalże połączenia z duchową sferą relacji międzyludzkich.
Gość w dom, Bóg w dom...
Uwielbiałam zawsze historie opisujące wiejską gościnność. Ludzie otwierali swoje domy dla wędrowców i sąsiadów. Zostawiali na stołach kuchennych chleb, nóż i dzbanek mleka, by każdy zmęczony mógł się posilić. I działo się tak nie tylko w domach bogatych gospodarzy (ci częściej mieli domostwa pilnie strzeżone przez służbę), ale i bardzo biednych, którzy cenili umiejętność dzielenia się a ich życie dotknięte ubóstwem sprawiało miękkość serc (przynajmniej często, bo również nie zawsze - wszędzie zdarzają się osobniki oporne ;-)).
Marzyłam o przyjmowaniu gości prawdziwym, domowym chlebem.
Jak to robić będąc na diecie bezglutenowej?
Oczywiście, mogę sama nie jeść (jednak jak czują się goście częstowani wypiekiem, którego sam wypiekający nie weźmie do ust...??? ;-)
Jeśli natomiast goście również bezglutenowi bywają, nie wystarczy ostra wstrzemięźliwość i siła przekonywania, że chleb jadalny.... Nadszedł czas na ciekawe chleby bezglutenowe, nie ma wyjścia.

Tutaj znajdziecie sposób "transformacji" żytniego zakwasu na gryczany. Jednak ten sposób nie wchodzi w grę w przypadku osób z ostrą nietolerancją lub celiakią. Dla takich osób koniecznie należy przygotować 100% czysty zakwas gryczany.
Obiecałam udokumentować taki proces, co czynię niniejszym:

Każdy zakwas jest efektem fermentacji mąki.
Wymaga czasu, wilgotności, ciepła, świeżej mąki i wyczucia piekarza, żeby uchwycić te subtelne progi dojrzałości w kolejnych etapach.
Fermentacja ta polega na wykorzystaniu dzikich drożdży, które również pojawiają się (UWAGA!) w czasie kiszenia...warzyw! Kisicie warzywa? Lucky you :-D Jeśli nie, poszukajcie na ryneczkach czy po rodzinie kapusty kiszonej tradycyjnie NIEPASTERYZOWANEJ! Z pewnością odstąpią Wam nieco wody z tej kapusty. Nie trzeba dużo, kilka łyżek wystarczy.
Hodowlę zakwasu gryczanego można przyspieszyć dodając na starcie tę właśnie wodę z kapusty bądź innych warzyw. Ja akurat postanowiłam spróbować z moją włoską kiszoną w kawałkach, bo białej ubijanej nie miałam pod ręką a czerwona zabarwiłaby przyszły wypiek i nie jestem pewna, jak wpłynęłaby na cały proces hodowli... Abstrahuję już od aromatów ziół do niej dodawanych... ;-)


ZAKWAS GRYCZANY NA WODZIE Z KISZONEJ WŁOSKIEJ KAPUSTY

mąka gryczana (mieliłam białą kaszę gryczaną)
woda przegotowana
50 ml wody z kiszonej kapusty

wieczór 1 dzień:
Do wyparzonego (i wystudzonego) słoika wsypać 80 g mąki gryczanej i wlać 50 ml wody z 50 ml wody z kiszonej kapusty. Wymieszać bardzo dokładnie, przykryć wilgotną ściereczką (najlepiej złożona na kilka razy większa ściereczka, żeby nie wysychała zbyt szybko) i odstawić w ciepłe miejsce na całą noc.



rano 2 dzień:
Zakwas powinien wyglądać jak powyżej - malutkie pęcherzyki powietrza głównie przy dnie słoika.
Dodać 30 ml wody i 30 g mąki gryczanej, wymieszać bardzo dokładnie, zwilżyć ponownie ściereczkę, przykryć i odstawić w ciepłe miejsce.

wieczór 2 dzień:
Pęcherzyki nadal malutkie, ale już rozmieszczone w różnych obszarach słoika.
Dodać 50 ml wody i 50 g mąki gryczanej, wymieszać bardzo dokładnie, zwilżyć ponownie ściereczkę, przykryć i odstawić w ciepłe miejsce.

rano 3 dzień:
Zakwas powinien już wyglądać, jak poniżej czyli w całej objętości słoika sporo małych pęcherzyków.



...pozostawić zakwas do dalszego dojrzewania...

południe 3 dzień:
Zakwas powinien mocno urosnąć. Pęcherzyki całkiem wyraźne, gęsto upakowane w całej objętości słoika (zdjęcie poniżej).



Jest to zakwas uruchomiony gotowy do wypieku chleba.
Należy dodać odpowiednią ilość mąki, wody i soli, wymieszać i pozostawić do wyrośnięcia np. według tego przepisu używając nowo wyhodowanego zakwasu jako startera "z lodówki".

Jaki upiekłam tym razem?


...jaglano - gryczany...
¾ zakwasu przełożyłam do dużej miski
dodałam 2 szklanki mąki gryczanej i wodę, by uzyskać konsystencję... gęstej śmietany (jakżeby inaczej...)
przykryłam wilgotną ściereczką i ostawiłam do wieczora.
Następnego dnia dodałam wodę, łyżeczkę soli i 5 łyżek oliwy... Tak, dodałam oliwę, bo córcia prosiła o chleb z mąką jaglaną... Gryka i jagła jako mieszanka do pieczenia są suche i kruszące się. Zakwas ratuje sytuację dość skutecznie, ale obawiałam się, że tak młody zakwas może nie pracować wystarczająco efektywnie w tej dziedzinie.
Dodałam więc 2 szklanki mąki jaglanej, dokładnie wymieszałam, przełożyłam do wysmarowanej oliwą keksówki, przykryłam wilgotną ściereczką i odstawiłam do wyrośnięcia na 5 godzin.
Piekłam w 200⁰C 1 godzinę.
Chleb wyszedł z bardzo chrupiącą i kruszącą się skórką (widać na zdjęciu ;-)), z mnóstwem drobnych dziurek czyli wyrósł ładnie. Ze względu na młodość zakwasu był dość zwarty. Bardzo sycący.


Pozostałe ¼ zakwasu dokarmiłam 2 łyżkami mąki gryczanej, dodałam wody, by mieć sławną konsystencję gęstej śmietany, odstawiłam przykryte ściereczką na czas rośnięcia chleba.
Gdy chleb szedł do foremek, zakwas poszedł w drugą stronę - do lodówki :-)
Tam poczeka na:
1. dokarmienie solidniejsze, jeśli będę chciała upiec następny chleb lub
2. dokarmianie postne (tylko podtrzymanie życia, bez ekscytacji mnożenia i dzielenia ;-)), jeśli nie będę chciała piec chleba.

Jak widać z opisu, cała praca została wykonana "pod ściereczką" przez niemoje ręce zupełnie gratis. Przez godzinę pracę wykonywała płatna siła robocza (włączony do prądu piekarnik). Zaś ja 3 razy mieszałam i otulałam ściereczką... to dla tych, co nie wierzą, że chleb bezglutenowy na zakwasie jest pracochłonny ;-)

I tak toczy się życie w zgodzie z naturą, która robi większą część pracy przez długie godziny, gdy ja mogę zająć się swoimi sprawami :-)