O czym jest ten blog?

Notatki z życia codziennego żony i matki prowadzącej dom w wersji możliwie eko-naturalnie roślinnie. Nie stroniącej od trudnych pytań, ale szukającej sensu i piękna.

wtorek, 25 kwietnia 2017

Kawowe trufle z kardamonem i chia

Trufle to mój zdecydowanie ulubiony deser pod warunkiem..., że robię go tylko dla najbliższych... Turlanie dziesiątek, setek trufli nie jest pasją mego życia. Przepraszam wszystkich, których zawiodłam tym wyznaniem, ale jestem normalnym człowiekiem, którego nuży monotonia powtarzalnych w nieskończoność czynności. Gdy mam w planach deser dla większej ilości przyjaciół, masę truflową robię gęstszą, upycham w formie wyłożonej folią i mocno schładzam w lodówce. Potem oprószam ulubionym super-proszkiem i kroję w kosteczkę.
Tak robię zazwyczaj, ale są pewne wyjątki... Gdy trufelki są mięciutkie, kremowe, z delikatnie chrzęszczącymi drobinkami, za nic na świecie nie zamienię ich w twardszą wersję! Te, które chcę Wam zaproponować są właśnie takie. Smak kawowy z intensywnym aromatem kardamonu i nutką imbiru... Posmak zostaje na długi czas na podniebieniu a zapach czuje się jeszcze dłużej... Doskonałe na pochmurne dni, które powinny być już przecież cudownie słoneczne i ciepłe. Mamy w końcu drugą połowę kwietnia! A tu drzewa uginają się pod masami śniegu. Te, które zbyt szybko wystrzeliły bujnym listowiem próbują ostatkiem sił utrzymać gigantyczne obciążenia... nie wszystkie dały radę... smuteczek... Trufle nie pocieszą zniszczonych drzew, ale choć osłodzą zdrowo ogrodników, którym będzie potrzeba sporo sił, by wspomóc ogród w odbudowie zniszczeń. Ładujmy akumulatory, nabierają sił. Ocieplenie się zbliża, a wraz z nim ogrom pracy! Nawet, jeśli nie jesteście posiadaczami ogrodu, działki, działeczki czy też nie macie cioci, która chętnie skorzysta z pomocy przy swojej oazie eko - produkcji żywności a w zamian dzieli się obfitością plonów, i tak warto się skusić na te trufle. Chia robi karierę jako superfood (dobre źródło kwasów omega 3), karob wspiera florę jelitową i skutecznie wypiera kakao z jego taninami rozregulowującymi równowagę hormonalną i trawienie; daktyle natomiast są przyjemnym źródłem wapnia, magnezu, potasu, selenu, witaminy A oraz z grupy B; dodatkowo działają przeciwzapalnie. Na sezon katarowy jak znalazł. Brak rafinowanego cukru a spora ilość błonnika obniża skutecznie indeks glikemiczny deseru, więc jedzmy i cieszmy się, że zdrowe życie jest tak smaczne. 


KAWOWE TRUFLE Z KARDAMONEM I CHIA
23 sztuki wielkości dużych orzechów laskowych

3 miękkie daktyle Medjool lub 6 drobnych Deglet Noor lub Mazafati
½ szklanki płatków owsianych zwykłych
2 łyżki nasion chia
niecałe ½ szklanki mocnej kawy zbożowej *
3 płaskie łyżki karobu + dodatkowy do obtaczania trufli
1 strączek zielonego kardamonu
szczypta soli
spora szczypta mielonego imbiru

Płatki i chia wymieszać w miseczce, zalać ciepłą kawą, odstawić na kilka godzin (nawet do 12).
Daktyle rozdrobnić widelcem.
Ze strąków kardamonu wyciągnąć nasionka i zmiażdżyć je w moździerzu lub zmielić.


Wszystkie składniki dokładnie wymieszać, masę schłodzić.
Turlać trufle i obtaczać je w karobie lub rozpuszczalnej kawie zbożowej **... co kto lubi...


Przechowywać w lodówce.

* Kawę zaparzam w tradycyjnej kawiarce w proporcjach 2 łyżki kawy z topinambura na 1 ½ szklanki wody. Od zawsze podobały mi się kawiarki, ale nie miałam do czego ich użyć, bo naturalnej kawy nie pijam... Teraz mam rozkoszną przyjemność używać tego misternego sprzętu do zdrowych celów!

** Obtaczanie w karobie stało się klasyką. Natomiast dodatek rozpuszczalnej kawy (daję Inkę z cykorii) to jest moc. Goryczka staje się intensywnie wyczuwalna i to są zdecydowanie moje ulubione trufle! Od wilgoci trufli kawa się rozpuszcza i jeśli nie zjadamy ich natychmiast, takie mocno wilgotne dodatkowo oprószam karobem.

piątek, 21 kwietnia 2017

Pasta z pieczonego selera i kaszy gryczanej

Znów resztki w garnkach... Po gołąbkach została ugotowana kasza gryczana. Po barszczu ukraińskim - fasolka. Obok dwóch foremek chleba, upiekłam na małych kawałku papieru do pieczenia seler. Czułam jego zapach i już wiedziałam, że w paście będzie się cudownie komponował z najprostszymi dodatkami. Nie wszyscy w rodzinie lubią seler, ale tą pastę jedli wszyscy z jednakowym apetytem!


PASTA Z PIECZONEGO SELERA I KASZY GRYCZANEJ

1 szklanka ugotowanej kaszy gryczanej niepalonej
½ średniego selera (ok. 150 g)
¾ szklanki ugotowanej białej fasolki (lub z puszki)
1 łyżka sosu sojowego Tamari
1 - 2 łyżki oleju lnianego tłoczonego na zimno
sól do smaku
starta mrożona cytryna **

Seler kroję na plastry i piekę w temperaturze 180 - 200⁰C do względnej miękkości (ok. 35 minut)*.
Wszystkie składniki miksuję "żyrafą" na grudkowatą (szczególnie seler cenię sobie z kawałkami) konsystencję.
Dodaję około jedną łyżeczkę soli, ale ja gotuję wszystkie strączki bez soli i dopiero w daniach solę...
Zetrzeć nieco mrożonej cytryny i wymieszać.
Przechowywać w lodówce, bo też i czas nie przyćmiewa smaku. Wręcz przeciwnie, dodaje... czyli pasta idealna na spotkania towarzyskie!



Ta pasta jest doskonałym dodatkiem do koktajlowych mini - kanapeczek z warzyw. Smakuje mi połączenie "kromki" z białej rzodkiewki z pastą posypanej świeżym tymiankiem (pycha!), "kromka" ze świeżego ogórka z pastą i kiełkami lucerny bądź rzodkiewki z odrobiną czerwonej kapusty... Tymianek generalnie genialnie się tu komponuje :-D


* Warto przy okazji pieczenia zapiekanek czy czegokolwiek wytrawnego w smaku (chleb też może być ;-)) wykorzystać puste miejsca na ruszcie/blaszce i dorzucić kilka ulubionych bądź ciekawych warzyw. Będą doskonałym dodatkiem do pasztetów, past czy sałatek w ciągu następnych kilku dni. I pole do kulinarnych eksperymentów stoi otworem! Pieczone warzywa chyba każdemu smakują a ich walory kulinarne są nie do przecenienia. Najprostsza baza (choćby nasza kasza z fasolką) nabiera charakteru i wyrazistości. Konsystencja staje się bardziej kremowa a przypieczone kawałeczki dodają jeszcze koloru :-D 

Teraz coś, co zaspokaja moje kulinarnie gusty i potrzeby w 200% (umysły ścisłe proszę o wyrozumiałość dla mojej hiperboli literackiej... Dacie radę, prawda???):


** O mrożonej cytrynie słów kilka: jej odkrycie było dla mnie przełomem. Zaczęłam dodawać ją bardzo ostrożnie do deserów (szarlotka z porzeczkami klik) a potem już poszło pełną parą. Sałatka z kaszy jaglanej z selerami (klik) stała się moją ulubioną pudełkową potrawą. Wmaszerowała dumnie na stoły degustacyjne, więc trzeba było poczynić zapas mrożonej cytryny. Jak? Otóż, ekologiczna cytryna bywa w promocjach cenowych w niewielkich sieciówkach. Wtedy wybieram najładniejsze i kupuję po 10 - 15 sztuk. W domu dokładnie myję, szoruję pod gorącą wodą. Na wszelki wypadek sparzam wrzątkiem, dokładnie suszę i wkładam do zamrażarki. Po kilkunastu godzinach mogę już trzeć na tarce do parmezanu (to ta najdrobniejsza, która ściera na mikrowiórki - na zdjęciu wiórczyska są tylko ilustracyjne... ;-)) wszystko, jak leci. Ze skórką, albedo, pestkami,... Najfajniejsze jest, że to właśnie w tych wyrzucanych zazwyczaj częściach cytryny (skórka, pestki) są najbardziej unikalne, lecznicze składniki. Zazwyczaj się ich pozbywamy. W przypadku mrożonej cytryny wykorzystujemy całość bez żadnych strat... No, prawie... Ogonek, jeśli się zdarzy jednak wyrzucam zakładając, że codzienne posiłki weganina są wystarczająco bogate w błonnik i celuloza z cytrynowych gałęzi nie jest nam potrzebna ;-) Wszak  znane zalecenie Boże mówi o jedzeniu owoców a nie gałęzi... ;-) 

poniedziałek, 17 kwietnia 2017

Kokieteryjny smoothie

Co może być bardziej zachęcającego do pogody ducha niż zieleń? Nie bez powodu właśnie zielony kolor jest wykorzystywany przy terapii kolorami do wyciszenia, ukojenia,... Niebieski bardziej uspokaja a zielony przydaje raczej pogody ducha, uśmiechu i ... chęci na wycieczki. Zielone smoothie z całą pewnością dodaje energii i wręcz podrywa do życia. Bywają wszak dni, gdy człowiek nieco klapnięty wstaje. Zielony koktajl się sprawdza wtedy niezawodnie. Wczesną wiosną natomiast problematycznym jest dostanie dobrej jakości różnorodnych owoców z naszych okolic. Można więc korzystać z egzotycznych. Tym bardziej, że bywają atrakcyjne cenowo z racji pełnej dojrzałości. W nasze ręce wpadło takie właśnie mango. Owoc doskonały. Zdrowy (full beta karotenu, kwasów owocowych i enzymów), słodki (indeks glikemiczny...hmmm... raczej w opcji wyższych... ale od czegóż zielenina pełna błonnika!), niezwykle aromatyczny i smaczny. Zazwyczaj szkoda było go w jakikolwiek sposób przerabiać, jednak koktajle na bazie jabłek nieco nam się znudziły, więc mango zostało wrzucone do blendera wraz resztą składników i wyszedł kwaskowy, słodki, pachnący smoothie. Potężna baza pod postacią młodej pokrzywy dodaje wiosennego animuszu całemu mnie ;-) Jak nie korzystać z pokrzywy wczesną wiosną?????????? Szpinak jednak jest równie smaczny, jeśli nie macie dostępu do pokrzywy lub za zimno na spacerki po łąkach a ogródek solidna ciocia Kazia dokładnie jesienią wypieliła... Ja zawsze zostawiam oazy pokrzywowe. Ot tak, kokieteryjnie ;-)


KOKIETERYJNY SMOOTHIE

3 potężne garście świeżej młodej pokrzywy lub szpinaku
3 gałązki selera naciowego
2 ekologiczne jabłka
pół małej cytryny
1 dojrzałe mango
woda

Pokrzywę lub szpinak dokładnie umyć (unikam "już umytego" pakowanego w folię, gdyż jest z dodatkiem substancji chemicznych).
Owoce umyć. Mango obrać ze skórki i wyciąć pestkę. Z jabłek usunąć... ogonki i resztki kwiatu. Cytrynę obrać ze skórki i albedo (białej warstwy pod skórką).
Wszystko zmiksować z taką ilością wody, by powstał koktajl o ulubionej konsystencji (my lubimy taki, w którym "łyżka stoi").

Batatowe spaghetti z czosnkiem niedźwiedzim

Smażenie bez tłuszczu napotkałam przy okazji lektury zaleceń dla osób z problemami naczyniowo-sercowymi. Nie, żebym miała taki problem. Mój poziom cholesterolu trzyma się uparcie poniżej 130 mg/dl, HDL wysoko, LDL śmiesznie nisko. Trójglicerydy wzbudzają w mojej lekarce mruczenie pod nosem: No tak, pani przecież nic nie je... Gdyby oglądała moje śniadanka... Obiadki pewnie by przełknęła ;-) Jednak dr Caldwell Esselstyn (znany jako dr Ess) zaleca profilaktycznie wszystkim zupełną rezygnację z dodawania olejów do potraw (zabawny fragment jego wykładu na ten temat znajdziecie tu) czyli smażenie... bez tłuszczu... Niemożliwe... Co się robi, by w tej sytuacji uzyskać interesujący smak zamiast papkowatej zupy dla niemowlęcia?

Oto kilka trików:
1. Wszystkie składniki przygotowujemy zawczasu, bo ta obróbka jest szybka.
2. Patelnia/rondel musi być z grubym dnem.
3. Rozgrzewa się je na początku mocno, ewentualnie spryskując odrobinką ODROBINKĄ oleju/oliwy. Przydaje się spryskiwacz do oleju, który bywa za około 10 zł w ofertach sieciówek.
4. Cały czas zawartość patelni/rondla intensywnie mieszamy.
5. Gdy warzywa przywierają do dna, dodajemy 1 - 2 łyżki wody i energicznie mieszamy, by je odkleić - uzyskamy wtedy aromat "smażenia".
6. Jeśli warzywa pozostają twarde a chcemy je miększe, przykrywamy pokrywką i dusimy kilka minut do miękkości.
7. Strączkowe dodajemy już ugotowane, podobnie grubsze kasze (drobniejsze możemy wcześniej moczyć podobnie do strączków, by gotowanie zajęło tylko kilka minut).

Najbardziej zdziwiło mnie, że tak przygotowane dania naprawdę są smaczne. Inaczej, ale w niczym nie ustępują tym z dodatkiem kilku łyżek oleju. Na dodatek po kilku dniach takiego jedzenia, te normalne przestają być pociągające. Magia tłuszczu przestaje działać...

Jako że zawsze niesamowicie urzekał mnie widok kolorowego spaghetti, na pierwszy ogień ruszył batat zmakaronizowany i doskonały o tej porze roku czosnek niedźwiedzi, który posadziłam w zeszłym roku. Nie wierzyłam, że przetrwa w moim suchym ogródku, ale dał radę i teraz ruszył pełną parą pękami pięknych zielonych liści. 

Zaś całość wspomnianego wyżej wykładu dr C. Esselstyna znajdziesz tu. W Polsce wydano także jego książkę "Chroń i lecz swoje serce". Polecam lekturę. Nadal funkcjonują w naszym pięknym kraju biblioteki. Niektóre są całkiem dobrze zaopatrzone, bo pracują w nich miłośnicy książek a wiadomo wszak, że ludzie z pasją potrafią przezwyciężyć niemałe trudności... :-)



BATATOWE SPAGHETTI Z CZOSNKIEM NIEDŹWIEDZIM
1 porcja

niewielka garść migdałów (niekoniecznie, ale czyni danie pełnowartościowym)
120 g batata (1 niewielki)
6 listków świeżej szałwii
pęczek czosnku niedźwiedziego (liście i cebulki, jeśli się udało takie kupić...)
3 cebulki dymki
½ łyżeczki soku z cytryny
odrobina słodkiej wędzonej papryki
spora szczypta świeżo mielonej gałki muszkatołowej
2 spore szczypty mielonej kozieradki
sól do smaku
odrobina oliwy

Migdały zalać gorącą wodą i odstawić (najlepiej zrobić to kilka godzin przed przygotowywaniem dania).
Batata obrać i zetrzeć na spiralnej tarce lub skrobaczką w cienkie julienki.
Czosnek i cebulkę grubo pokroić.
Patelnię o grubym dnie rozgrzać, spryskać oliwą i wrzucić na nią szałwię.
Smażyć ½ minuty, dodać batata i posolić, smażyć następne ½ minuty spryskując odrobiną wody, jeśli przywiera do dna.
Dodać zioła i dusić ½ minuty mieszając.
Posypać posiekanymi migdałami, gałką i kozieradką, wymieszać, patelnię zdjąć z ognia i podawać.


1 porcja: 2 ww (2,2 ww z migdałami) / 0.3 wbt (2.1 z migdałami)

Każdy region ma swoje lokalne rarytasy. W Polsce mamy cudowną obfitość dzikich i hodowlanych ziół, zielonych liści, warzyw liściastych. Pamiętajmy tylko, że wspomniany czosnek niedźwiedzi objęty jest częściową ochroną od 2004 roku. Oznacza to, że trzeba dowiedzieć się w Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska (strona internetowa katowickiej jest tu) o możliwości zbierania roślin w danej lokalizacji. Jest to utrudnienie, ale z kolei wytrzebienie naturalnych siedlisk jest opcją znacznie gorszą. Czasy obfitości wszelkiej roślinności są daleko za nami. Stworzeni byliśmy, jako ludzkość, w bardzo dobrych warunkach, wśród przyjaznych zwierząt, z doskonałe prawidłowymi genami, z psychiką, emocjonalnością na obraz Boży (czegokolwiek to dotyczy, było doskonale dobre). Prosto i zwięźle jest to opisane w pierwszym i drugim rozdziale Pisma Świętego.  Debaty na temat stworzenia prowadzone są już na wysokich naukowych szczeblach, a temat kreacjonizmu już dawno wyszedł z ciemnych podziemi ludycznych baśni na światła sceny prawdziwej nauki. Argument radiologicznych aureol polonu i radu mnie osobiście powalił na kolana... Dr Robert Gentry, jest dostępny nawet przez internet i chętnie udziela wszelkich informacji osobom zainteresowanym. Film "Młody wiek Ziemi" polecam każdemu, kto ma pojęcie o fizyce na poziomie szkoły średniej... z zeszłego wieku, bo nie wiem, jak dzisiaj jest ona wykładana. 
Tą wspaniałość właśnie zrujnowaliśmy. Zarówno klimat, ja i faunę, florę, a nawet własne zdrowie (w tym i geny - wiecie, że ich funkcjonowanie zmieniamy naszym sposobem życia???). Czas żyć bardziej świadomie i odpowiedzialnie... zanim dopadnie jakieś zdrowotnie niezdrowe paskudztwo. Potem tym bardziej, choć jest już trudniej...

wtorek, 11 kwietnia 2017

Malinowy krem z pieczonego buraka i jaglanki

Pieczenie chleba - :-D - piękny czas relaksu, wyciszenia, refleksji i marzeń... Kończy się z chwilą włączenia piekarnika, bo warkot termoobiegu przenosi w klimaty nieco odmienne. Piekę głównie chleby bezglutenowe które jadamy tylko ja i córcia, więc część piekarnika nagrzewa się nieproduktywnie. Szkoda, więc wkładam zazwyczaj pomiędzy dwie foremki z chlebami kawałek papieru do pieczenia z kawałkami warzyw, które zawsze w kuchni się przydają a nikt nie będzie dla kilku kawałków włączał całego piekarnika... A tak już są gotowe i czekają w lodówce na swoją kolej.... I jestem zawsze gotowa, gdy przychodzą goście mając w zanadrzu pyszne składniki na doskonałe sałatki...
I pomarzyłam sobie...
Teraz twarda rzeczywistość: upieczone grube plastry batata znikają natychmiast w niecierpliwych otworach gębowych tych, co akurat się plączą w pobliżu, gdy batat próbuje się wysmyknąć z piekarnika niezauważony... Seler natychmiast ląduje na talerzu a burak... cóż, burak pojawił się niespodziewanie i został przyjęty z dozą nieufności na tyle dużą, że wykorzystałam tą chwilową dezorientację i wrzuciłam do miksera przysypując go ugotowaną jaglanką (koniecznie miejcie w lodówce zawsze choć kilka łyżek - niezastąpiona do... wszystkiego ;-)) tak na wszelki wypadek. Już w trakcie pieczenia widziałam go bowiem oczyma wyobraźni ze słodzikiem i migdałami w pięknej różowej masie. Okazał się natomiast dodatkowo słodko - odświeżającym musem doskonałym do gryczanych naleśników (klik) albo gofrów (klik).


MALINOWY KREM Z PIECZONEGO BURAKA I JAGLANKI

1 mały upieczony burak (piekłam w grubych plastrach w 180⁰C 30 minut) **
3 czubate łyżki ugotowanej kaszy jaglanej
100 g mleka sojowego naturalnego
9 sztuk daktyli miękkich świeżych np. Deglet Noir
20 migdałów **
szczypta soli
sok i skórka starta z jednej małej cytryny
lub kilka kropli aromatu cytrynowego naturalnego *

Migdały namoczyć w przegotowanej ciepłej wodzie (im słabszy blender tym dłużej moczyć).
Kaszę, burak, daktyle (wypestkowane - nie zapomnij....), migdały, mleko i sól zmiksować na grudkowaty krem.
Dodać sok i skórkę/aromat cytrynowy i zmiksować na gładko.

***
1 czubata łyżka kremu: 0.9 ww / 0,2 wbt

* Jeśli nie masz dostępu do eko cytryny, można nim zastąpić skórkę cytrynową. Jest do dostania w sklepach z naturalną żywnością (drogi) lub większych marketach (nie eko, ale za to tańszy). Ważne, żeby to nie był popularny olejek aromatyczny, ale prawdziwy z cytryny z dodatkiem oleju np. rzepakowego.

** Jeśli nie lubisz buraczanego posmaku w kremie, dodaj kilka migdałów więcej lub daj mniejszego buraczka.

*** Niestety, brak zdjęć z gotowymi naleśnikami czy goframi. Krem znika za szybko... Może kiedy rodzina się znudzi, zdążę coś fotnąć...?

niedziela, 9 kwietnia 2017

Tortilla z batata

Nie jestem zwolenniczką fast foodów, ale... czasami chciałby się wziąć w łapkę zawiniętą w serwetkę, grubo napakowaną tortillę, zanurzyć w niej zęby i poczuć ściekający po dłoniach sos... Oblizywać łapki i rozpływać się w poczuciu obżarstwa... absolutnie zdrowego. Farsz właściwie jest rzeczą drugorzędną. Oby był soczysty i konkretny. Najlepiej z czymś zielonym i chrupiącym... Podstawą jest tortilla. Nigdy nie jadłam "sklepowej". Takiej zawiniętej w folię, dojrzewającej na półce do bycia skonsumowaną długie miesiące. Lubię świeże jedzenie. Jednak kukurydziana mąka z indeksem glikemicznym w okolicach białego cukru mnie nie interesuje. Fanem pszenicy też już nie jestem. Czy istnieje tortilla dorastająca do moich wymagań? Tak! Z przyjemnością oświadczam, że istnieje. Rodem wprost ze starej kuchni osadników amerykańskich. Podstawą jest batat a dodatkiem mąka gryczana.  Za sprawą Jadłonomii kupiłam koreańską paprykę gochugaru. Za sprawą wiosny sięgnęłam po ogródkowe zielsko. Za sprawą vegan lifestyle po pieczarki - wielkie i soczyste. Chrupnąć pod zębem ma natomiast za zadanie grillowane tofu...


TORTILLE Z BATATA
6 dużych, 8 średnich lub 12 małych

300 g batata (jeden spory) *
1 szklanka mąki gryczanej + ½ szklanki do podsypywania *
2 łyżki mielonego odtłuszczonego siemienia lnianego
½ łyżeczki czarnuszki
½ łyżeczki soli

farsz:
tofu wędzone i pieczarki grillowane, serek chrzanowy (klik) i duszone zioła **

Batata obrać i ugotować na parze (ok. 15 minut).
Zmiksować.
Dodać resztę składników i wymieszać łyżką.
Odstawić na 15 - 30 minut.


Na silikonową matę/stolnicę wysypać nieco mąki i wyrobić dłonią ciasto tak, by się nie kleiło.


Podzielić na 6/8/12 części i każdą z nich rozwałkowywać na cienki placek podsypując mąką.
Można również użyć dwóch kawałków papieru do pieczenia: na jednym ułożyć nieco spłaszczony dłonią kawałek ciasta, przykryć drugim papierem i wałkować przez papier.



Nieprzywieralną patelnię rozgrzać i na suchej piec rozwałkowane tortille aż pojawią się bąbelki a brzeg nieco się zrumieni.
Obrócić i dopiec aż pojawią się rumiane plamki również na drugiej stronie.
Odłożyć każdy kolejny placek na talerz przykrywając je ściereczką, by nie wyschły.
Jeśli placek rozwałkujemy grubiej, z tortilli wyjdzie... pita ;-)


Tortillę posmarować serkiem chrzanowym (ale bez masła orzechowego klik), wyłożyć porcję sosu, kawałki grillowanej pieczarki (u mnie portobello), posypać ulubionym tofu (u mnie wędzone), zwinąć i jeść, jeść, jeść aż się najecie!

1duża: 2.7 ww / 0.4 wbt
1 średnia: 2.0 ww / 0.3 wbt
1 mała: 1.4 ww / 0.2 wbt

* Generalna zasada: mąki dajemy tyle, ile jest zgniecionych batatów czyli na 1 szklankę batata 1 szklanka mąki + trochę do podsypywania.

** duszone zioła do farszu
10 cm jasnej części pora
50 g młodego podagrycznika (lub szpinak baby)
4 ząbki czosnku
sól, pieprz ziołowy
odrobina oliwy z oliwek

Pora pokroić w grube plastry, czosnek posiekać.
Podagrycznik dokładnie umyć i pokroić w duże kawałki.
Głęboką patelnię spryskać oliwą, pora poddusić do zeszklenia, w razie potrzeby spryskać całość wodą (np. z gotowania batata na tortille).
Dodać czosnek, dusić minutkę i dodać podagrycznik stale pryskając wodą, gdy się przypieka.
Gdy zioła nieco zmiękną, posolić, dodać pieprz ziołowy i dusić do całkowitego odparowania płynu.

Do jednej dodałam zgrillowanego przy okazji buraka - pychota :-)


Wiosna jest idealnym czasem do korzystania z młodych dzikich ziół. Nie jest ich jeszcze dużo, ale podagrycznik zazwyczaj się łatwo znajduje... Korzystam z radością, szpinak zostawiam na cięższe czasy :-D


czwartek, 6 kwietnia 2017

Skandynawska sałatka z surowych grzybów

Z czym kojarzy się kuchnia skandynawska? Klopsiki. Borówki. Ryby. Owocowe, słodkie sosy do mięs. Dla wegan to wyzwanie. Niedawno miałam w rękach książkę z przepisami właśnie tej kuchni. Przepiękne zdjęcia i... głównie mięsne dania. Rzuciła mi się w oczy jednak sałatka z surowych grzybów. Ogrom zastosowanych ziół zainteresował na tyle, że natychmiast pognałam do sklepu po brązowe pieczarki (chwała promocjom!). Innych surowych grzybów jeszcze się nie odważyłam spróbować... Uczyniłam wszystko wedle podanego przepisu - sałatka musi się macerować kilka godzin w lodówce... wytrzymałam dzielnie. Zostałam za to nagrodzona daniem, którym można się rozkoszować. Proste, niemalże oczywiste... a jednak genialne.


SKANDYNAWSKA SAŁATKA Z SUROWYCH GRZYBÓW
dla 4 osób

500 g brązowych pieczarek
1 czerwona cebula
sok z połowy cytryny
4 łyżki oliwy z oliwek extra virgin (wiem, odstępuję od głównej zasady ograniczania tłuszczu, ale w ramach bilansowania zjadłam tą sałatkę z suchym chlebem... ;-) )
2 garście świeżych ziół (szczypiorek, zielona pietruszka, lubczyk, estragon, czosnek niedźwiedzi) *
1 łyżeczka soli morskiej
½ łyżeczki świeżo mielonego czarnego pieprzu (ziołowy niestety tłumi smak grzybów)

Pieczarki oczyścić, pokroić na bardzo cienkie (bardzo, bardzo cienkie) plasterki.
Cebulkę pokroić w pół - piórka.
Zioła drobno posiekać.
Resztę składników umieścić w małym słoiczku, zakręcić i intensywnie wstrząsając wymieszać na jednolity sos.
Na talerzu ułożyć pieczarki na zmianę z cebulką posypywane ziołami i polać sosem.
Przykryć szczelnie i odstawić w chłodne miejsce na kilka godzin nawet do całej doby.

1 porcja: 0.3 ww i 1 wbt

* Jeśli nie masz któregoś świeżego zioła, weź w zamian niepełną łyżeczkę suszonego. Nie ukrywam jednak, że świeże są najlepsze...


Jeden z autorytetów kulinarnych oburzonym głosem skomentował podaną mu potrawę z pieczarkami al dente: Chcesz mnie otruć??? Surowe grzyby są niejadalne!!! Cóż, najwyraźniej autorytety też mają swoje ograniczenia i najwyraźniej ten akurat w Skandynawii nie był albo nie próbował tamtejszej dzikiej kuchni... Niestety, nawet po krótkiej dyskusji nie dał się przekonać laikowi. Gdy autorytet mówi, reszcie wypada słuchać... Z otchłani pamięci wyłaniają mi się słowa zapisane przez członka pewnego królewskiego rodu, które są cytatem słów Tego, Który Siedzi Najwyżej i (co ciekawe!) Nigdy Się Nie Myli: "Chodźcie więc, a będziemy się prawować - mówi Pan! Choć wasze grzechy będą czerwone jak szkarłat, jak śnieg zbieleją; choć będą czerwone jak purpura, staną się białe jak wełna." księga Izajasza 1:18 ...będziemy się prawować... czyli po naszemu: podyskutujmy, rozważmy,... możemy się nawet spierać...! Czyżby Bóg dopuszczał inne zdanie u podwładnych? Nie zależy mu na deklaracjach lojalności i gestach poddania? Chce dyskutować? Chce przedstawić swoje racje i wysłucha moich... Chce przekonać siłą prawdy... a nie siłą do prawdy? Mając małe dzieci bardzo sumiennie uczyłam się tej lekcji. Trudno czasem było znaleźć argumenty na niektóre własne zalecenia i wskazówki, ale... praktyka czyni mistrza. Że każde działanie przynosi skutek, to minęło trochę czasu, dzieci wydoroślały, ja... hmmmm... zmądrzałam...(?) jednak  każde moje wyjaśnienia rodzina kwituje słowami: Wiemy, wiemy, masz na to na pewno najlepsze możliwe uzasadnienie... I tak powoli uczę się więcej słuchać, coraz więcej słuchać, słuchać coraz uważniej i... rozumieć ;-)
Ciekawe, czy wspomniany wyżej autorytet kulinarny też dorośnie do zmiany swoich poglądów w kwestii jadalności/niejadalności surowych grzybów? Gdybyż spróbował tej sałatki...