O czym jest ten blog?

Notatki z życia codziennego żony i matki prowadzącej dom w wersji możliwie eko-naturalnie roślinnie. Nie stroniącej od trudnych pytań, ale szukającej sensu i piękna.

poniedziałek, 29 lutego 2016

Polskie korzenie...jako pasta na chlebie...równie polskim

Za oknem prawie zima, prawie wiosna. Przy każdej okazji wypatruję pęknięć w ziemi, które nieodmiennie zwiastują wyłaniające się pierwsze zieloności w tym roku. Na razie pęcznieją pąki bzu, róży, jagody kamczackiej, ale na resztę trzeba jeszcze poczekać. I tak czekając zadowalam się tym, co z zeszłego roku zostało. A zostało sporo. Ukochane polskie korzenie :-) no, z małym dodatkiem zieloności (częściowo niestety nie-polskiej, czemu o nasze tak trudno???)

Przyjaciółka, odkryła dla mnie bogactwo kulinarne warzyw, zrobiła pyszną pastę na jedną z miliona swoich prelekcji. Wszyscy się nią zajadali, ale zapamiętałam tyle, że są tam warzywa korzeniowe i przecier pomidorowy... Przepis prawie kompletny ;-)))))

Nie mam pojęcia, jak moja pasta ma się do pasty Iwonki, ale nam smakuje baaaardzo. Używamy jej do chleba, do  gofrów, do naleśników, do makaronu, do kaszy, ziemniaków... i nie wiem, czego jeszcze. Na zimowe dni jest genialna i arcy polska, co znaczy, że ją już z tego powodu  można pokochać :-)


Najlepsze do przygotowania tej pasty jest naczynie żeliwne. Nagrzewa się równomiernie, można na małym ogniu poddusić a nie przypalić nawet delikatny por...


Udało mi się dostać solidny żeliwny wok na wyprzedaży. Wtedy nie miałam pojęcia, do czego może mi być potrzebny, ale myśląc o tej paście, wiedziałam, że to mądrość większa od mojej radziła dokonać zakupu wbrew rozsądkowi (to drugie imię mojego męża ;-))  Mogłam sobie na to pozwolić, bo małżonek człowiekiem nieziemsko wyrozumiałym jest... :-)


PASTA Z POLSKICH KORZENI

2 marchewki
2 pietruszki
1 seler
1 por
pęczek dorodnej zielonej pietruszki
sól, pieprz ziołowy
3 łyżki oliwy
1/2 szklanki wody
bulion lubczykowy lub jarzynka
szczypta chili (użyłam chili w oliwie)
1 ½ słoiczka gęstego przecieru pomidorowego

Do garnka o grubym dnie (u mnie wok żeliwny) wlać wodę i oliwę, zagotować. Pora pokroić na cieniutkie ćwierćplasterki i wrzucić do gotującej się wody. Gdy por zmięknie dodać starte na drobnych oczkach marchew, pietruszkę i seler, dodać pieprz i przyprawę warzywną. Mieszać kilka minut aż warzywa zmiękną. Dodać przecier i chili, wymieszać. Dusić jeszcze jedną minutę. Dodać posiekaną zieloną pietruszkę, wymieszać i odstawić.







sobota, 27 lutego 2016

Lekki a odżywczy i smakowity budyń owsiano - kokosowy z kurkumą

Kurkuma, kłącze szeroko wykorzystywane wśród ludności Indii i nie tylko. Jej możliwości zwalczania stanów zapalnych oraz nowotworów są znane w świecie lekarzy i pasjonatów zdrowia.
Sama oswoiłam kurkumę przygotowując tofucznicę i teraz stosuję dość często. Najnowsze odkrycie to owsiano - kokosowy budyń z kurkumą. Piękny żółty kolor, konsystencja delikatna a smak wyborny. Dodatki mogą być różne. Nam najbardziej pasują powidła śliwkowe i czerwone porzeczki :-)




BUDYŃ OWSIANO - KOKOSOWY
Z KURKUMĄ

3/4 szklanki płatków owsianych
1/3 szklanki wiórków kokosowych
2 daktyle świeże (jeśli suszone, to namoczone)
1 łyżeczka kurkumy
2 łyżeczki inuliny
1/3 łyżeczki imbiru
1 strączek kardamonu
szczypta soli
sok z jednej dorodnej cytryny

Płatki i wiórki wymieszać, zalać gorącą wodą kilka centymetrów ponad powierzchnię i odstawić na kilka godzin (optymalnie całą noc).

Namoczone płatki, wiórki i daktyle zalać wodą w stosunku 1 : 1, zblendować na gładko. Przecedzić przez gęste sitko do miski, delikatnie odcisnąć grzbietem łyżki. Ziarenka kardamonu wyskubać ze strączka i zmiażdżyć w moździerzu  lub zmielić. Do miski dodać resztę składników i dokładnie wymieszać. Do garnka (najlepiej z nieprzywierającą powłoką np. ceramiczny) wlać pół szklanki wody, zagotować, wlać mleko z przyprawami, doprowadzić powoli do wrzenia i ciągle mieszając gotować 2 - 3 minuty. Całość powinna zgęstnieć do konsystencji rzadkiego budyniu. Jest mało słodki, więc sprawdźcie, czy odpowiada stopień słodkości i ewentualnie dosłodźcie jasnym (w kolorze) słodzikiem ulubionym :-)
Do salaterek włożyć "kleks" (wspomnienie po starym dobrym atramencie - kto go jeszcze dziś używa?) powideł śliwkowych, wlać porcję budyniu. Odstawić do ostudzenia.

Podawać ozdobione łyżką zgniecionych czerwonych porzeczek. Jeśli mamy mrożone, udekorować budyń godzinę przed podaniem.

* Budyń z blatu został również zjedzony :-D 
Uczymy się szacunku do jedzenia... albo zwyczajnie, za dobre jest, żeby wyrzucać cokolwiek ;-)))

Zajadać jako deserek, lekką kolację albo szybkie śniadanko (dołożyłabym pajdę swojskiego chleba na drogę ;-)).


piątek, 26 lutego 2016

Klasyka gatunku: pasta ze słonecznika

Pasta słonecznikowa była pierwszą wegańską pastą, jaką zrobiłam. Początki początków 25 lat temu. Nie robiłam jej od kilku już lat. Przypomniała mi się przy okazji wszędzie panującej (ponoć, od jakiegoś czasu mnie te atrakcje omijają) historia związana z tą właśnie pastą. Otóż...
... grypę z 40-stopniową gorączką miałam raz w życiu kilkanaście lat temu. Pamiętam, że niewiele pamiętam ;-) Padłam jak kawka i nie wstałam z łóżka przez trzy dni (ja, która mam jak Anna )...
Pamiętam natomiast bardzo dokładnie potworny ból głowy. Aż popękały mi naczynka krwionośnie w oczach, brrrrrr.... Nic nie jadłam, wodą pojona byłam nieomal na siłę. Tylko spałam, jeśli ból pozwalał. Po trzech dniach mój mąż przyniósł mi do łóżka kanapkę... Odmówiłam...Nalegał...Robił śmieszne miny, przemawiał najczulszym głosem... Uległam... Po pierwszym kęsie wiedziałam, że będę zdrowa. Kanapka z klasyczną pastą w wykonaniu mężowskim z plasterkami cieniutkimi czosnku i grubymi kiszonego ogórka miała moc. Moc miłości :-)
Gdy po kilkunastu latach smaruję kromkę razowego chleba pastą słonecznikową, najprostszym klasykiem gatunku, kładę na nią ogórek i czosnek, przypomina mi się tamten dzień i wiem, że ...będę zdrowa :-) Cud miłości :-DDDDD
Oczywiście dzisiaj już zrobiłam inną wersję (nowe składniki wyróżniłam kursywą), bo kubeczki smakowe trochę rozpuszczone są, ale nowa odsłona nadal przypomina tamten przełomowy moment i napawa optymizmem :-)

PASTA SŁONECZNIKOWA (PRAWIE) KLASYCZNA

300 ml ziaren słonecznika
1/2 średniej cebuli
2 ząbki czosnku
1/2 grubej gałązki selera naciowego
10 cm jasnozielonej części średniego pora (nie biała)
1/2 łyżeczki soli
1/2 łyżeczki pieprzu ziołowego
1 czubata łyżka mąki ziemniaczanej (dałam 3 łyżki płatków jaglanych)
1 łyżka soku z cytryny
2 łyżki oliwy
po 1 łyżce świeżego oregano i listków tymianku
230 ml wody

Słonecznik podprażyć na suchej patelni do delikatnego zezłocenia. Odstawić do ostudzenia.
Cebulę i seler pokroić w bardzo drobną kostkę, por pokroić w cienkie półplasterki a czosnek posiekać.
Na zimną patelnię wlać oliwę, dodać czosnek, wymieszać i zacząć powoli podgrzewać. Gdy czosnek zaczyna się dusić, dodać cebulę, seler, por i sól, dolać trochę wody i dusić do miękkości warzyw.
W tym czasie zmielić słonecznik na mąkę.
Odlać z reszty wody 4 łyżki i wymieszać z mąką ziemniaczaną (ja to pominęłam, patrz niżej).
Do patelni wrzucić słonecznik i pieprz ziołowy, dolać pozostałą wodę ( teraz dodałam płatki) i gotować 5 minut na bardzo małym ogniu.
Dodać świeże zioła, sok z cytryny, wymieszać i odstawić do ostygnięcia i przegryzienia smaków.




czwartek, 25 lutego 2016

Fioletowy chleb? Czemu nie!;-)

Eksperymentów z chlebem ci u nas dostatek :-) W sumie wykorzystując zakwas żytni (jest niewiarygodnie żywotny!) i dodając do niego różne mąki można kombinować w nieskończoność. Domowi posiadającemu dobry żytni zakwas brak chleba nie grozi ;-) W ramach szaleństwa eksperymentalnego tym razem zmieliłam dziki ryż (rozerwałam torebkę po prostu i trzeba było wykorzystać ziarenka - za dużo kosztowały, żeby ptaszkom rzucać - nie wiem, czy by zjadły...) i dodałam do uruchomionego zakwasu w proporcji 1 : 1. Trochę soli, wody, żeby konsystencja wyszła jak na "chleb z gara" i tak samo, jak ten chleb upiekłam. Poczekałyśmy grzecznie, aż ostygnie, choć ciekawość nas zżerała (zostawiła chude ogryzki, dlatego szczupła jestem ;-))))).
Wreszcie rozkroiłyśmy... Ooooooo.... okazał się....fioletowy! Jako wyjątkowy model został obfotografowany z każdej strony ;-) Oto jego portfolio:








Z każdą pastą wygląda zabójczo. Już kupiłam mąkę z topinambura... Zobaczymy, jaki z niej wyjdzie chlebek :-D Czytałam, że w Polsce nie tak dawno jeszcze wypiekano chleb z mąki z żołędzi. Owoce zbierano odpowiednio dojrzałe i zdrowe, obierano, moczono, gotowano, suszono a potem trzeba było już tylko zmielić i piec chleb. Proste prawda? ;-) Na ten proces się nie zdecyduję, ale sięgnę do innej tradycji. W angielskich książkach kucharskich spotykałam często jako jeden ze składników "Ezekiel 4:9 Sprouted Grain bread". W Polsce się nie spotkałam "na żywo", choć widziałam kiedyś etykietę przed pustą półką "Esekiel chleb". Biblię czytam od jakiegoś czasu i nie rzucił mi się w oczy jakiś specjalny chleb. Sprawdziłam: Księga proroka Ezechiela 4:9 brzmi tak:
"A weź sobie pszenicy i jęczmienia, bobu i soczewicy, prosa i orkiszu, i włóż to do jednego naczynia, i zrób sobie z tego chleb; w ciągu trzystu dziewięćdziesięciu dni, gdy będziesz leżał na swoim boku, będziesz go jadł."
I jest chleb! Nigdy nie zwracałam uwagi na konkretne ziarna! A tu cała receptura! Żeby nie palnąć głupstwa, sprawdziłam w innych przekładach (tłumacz kucharzem być nie musiał a łatwo ziarenka pokręcić...) i tu czekała mnie niespodzianka...
Biblia Gdańska: "...pszenicy, i jęczmienia, i bobu, i soczewicy, i prosa, i wiki..."
Biblia Tysiąclecia: "...pszenicy i jęczmienia, bobu i soczewicy, prosa i orkiszu..."
Biblia Warszawsko-Praska: "...pszenicy, jęczmienia, fasoli, soczewicy, prosa i orkiszu..."
Biblia księdza Wujka: "...pszenice i jęczmienia, i bobu, i soczewicę, i jagieł, i wyki..."
Prawie to samo! bób jedynie z fasolą (jak dla mnie oba to fasolki ;-)) i wyka z orkiszem a czasem nazywa się kussemeth (hebr.) dzikim owsem, który rośnie w sporych ilościach na Wschodzie, więc i na terenach dawnego Izraela, gdzie prorok żył i robił różne dziwne rzeczy na polecenie Boga. Między innymi piekł wspomniany chleb. A miał być to podpłomyk czyli płaski chlebek bardziej w stylu wschodniego naan. Kiedyś pieczono je na rozgrzanych w palenisku kamieniach. Dzisiaj jeszcze można spotkać w Chorwacji specjalne naczynia z pokrywami nazywane peka do wypieku chlebów w ognisku lub piecu z otwartym paleniskiem Bywają ceramiczne i żeliwne. Chleby też wychodzą raczej płaskie ale w smaku podobne do naszego "chleba z gara". Pewnie do tego chleba też dojrzeję... Na razie fioletowy z dzikiego ryżu nas rozłożył na łopatki ;-)

niedziela, 21 lutego 2016

Batoniki morelowo - kardamonowe bez pieczenia, żeby słodkie było zdrowe

Chyba wszyscy (no, prawie wszyscy) lubimy słodkie :-) W sumie, to zupełnie naturalne, mleko mamy jest słodkie, więc od malutkiego brzdąca przywykamy, że słodkie to jedzonko i z nim jest bezpiecznie. Inna sprawa, że źródło słodyczy z czasem nam się zmienia i już nie jest to pełnowartościowe, cudowne w działaniu mleko mamusi a biały proszek, który wykrada nam z organizmu wapń, magnez, witaminki B, zmienia odbieranie bodźców smakowych tak, że zmusza do jedzenia coraz większych porcji, by uzyskać ten sam efekt przyjemności. Innymi słowy: uzależnia. Tak, dzieci matek narkomanek nie znajdują przyjemności w słodyczy, bo ich receptory są już "uodpornione". Nici z przekupywania cukiereczkiem przez dobre ciocie ;-)
Manna z nieba też miała smak "placka z miodem" (2 Moj. 16:31) czyli chlebek prosto od Boga był słodziutki. A Bóg nie jest nieświadomą zdrowego odżywiania ciocią ale mądrym Stworzycielem i wie, że to nie słodki smak jest zły, ale bywają złe źródła tego smaku. Manna była o.k., mleko mamusi jest o.k., owoce są o.k., ale już wyekstrahowana sacharyna nie jest o.k. Jeśli lubicie słodkie, to zapraszam na aromatyczne, nieco egzotyczne (nie ma fasolki, ale są swojskie ;-)) batoniki.


BATONY MORELOWO - KARDAMONOWE

½ filiżanki wiórków kokosowych
100 g suszonych moreli
½ filiżanki złotego siemienia lnianego
1/3 filiżanki rodzynek
4 łyżki soku z cytryny
2 łyżki ekspandowanego ziarna amarantusa lub prosa
1 strączek zielonego kardamonu
szczypta soli

Rodzynki zalać wrzątkiem, odstawić .
Siemię lniane podprażyć na patelni aż zacznie pachnieć. Nie przypalić! Ostudzić i zmielić na mąkę. Zalać wrzątkiem w takiej ilości, by otrzymać zwartą elastyczną masę.
Morele pokroić w paski i zmiksować z wiórkami na grudkowatą, kleistą masę.
Kardamon zmiażdżyć w moździerzu.
Rodzynki odcisnąć z nadmiaru wody i zmiksować na pastę razem z solą.
Wszystkie składniki połączyć i wyrobić na jednorodną zwartą masę. Na papierze do pieczenia uformować płaski placek. Odstawić do lodówki na kilka godzin.
Ostrym nożem pokroić w prostokąty, zawinąć w papierki. Można przechowywać w chłodnym, suchym miejscu do tygodnia. O ile wytrzymają... Są doskonałe na śniadanie do szkoły lub pracy, deser czy...prezent :-) Nie jestem fanem mody, ale moda na przygotowywanie domowych pyszności na prezent mnie urzekła. Upiekłam dla mojego Taty ciasteczka śliwkowe. Były pyyyyszne, ale zapomniałam, że nie wszyscy lubią ząbkom fundować wyzwania... Zjedliśmy, jako goście, zdecydowaną większość prezentu. Nie wiem, co Mama zrobiła z resztą i nie chcę wiedzieć ;-)



Romantyczny nastrój w pełni uzasadniony, bo słodycz z takiego deseru nie osłabia niczyich sił witalnych :-D

piątek, 19 lutego 2016

A gdy nie mam czasu czekać na ukiszenie... chrupiąca surówka z czerwonej kapusty

Uwielbiamy kiszoną czerwoną kapustę! Jest prze-pyszna :-)
Dlatego własnie szybko się kończy a czasem chciałoby się na obiadek akurat jeść...
Przypadkiem odkryłam genialną surówkę też z czerwonej kapusty. Przedwczoraj wieczorem siekałam, mieszałam,upychałam w słojach różne surówki i odstawiłam do ukiszenia. Będą za cztery, pięć dni. Jednak zostało mi trochę posiekanej czerwonej kapusty już wymieszanej z przyprawami. Do słojów upchać więcej się nie dało. Deptać zaś w nich trudno, bo jakby moje stópki nie w rozmiarze Kopciuszka (hmmm, bardziej Calineczka by się przydała ;-))
A ponieważ następnego dnia (wczoraj) podróżowałam trochę i wzięłam ze sobą te "resztki", bardzo się ucieszyłam, gdy otwierając pudełko NIE uderzył mnie kapuściany zapaszek ;-) ale delikatny aromat cytryny... Wow...

I tak oto jest ona, chrupiąca surówka z czerwonej kapusty, prze-pyszna!

CHRUPIĄCA SURÓWKA Z CZERWONEJ KAPUSTY
nieukiszonej ;-)

½ główki kapusty czerwonej (ok. 50 dag)
1 łyżeczka soli różowej himalajskiej
5 ziaren pieprzu czarnego
kilkanaście ziaren gorczycy
spora szczypta nasion kopru
4 łyżki soku z cytryny
1 łyżeczka pieprzu ziołowego
2 łyżki nasion słonecznika

Kapustę posiekać w malakserze dolnym nożem. Wymieszać z solą, pieprzem ziarnistym i gorczycą. Odstawić na kilka minut. Ugnieść w miseczce (osobiście robię to w rękawiczkach, bo nie lubię mieć fioletowych paluszków, ale to kwestia upodobań ;-)), polać sokiem z cytryny i posypać ziarnami słonecznika. Zamknąć lub przykryć folią i odstawić na kilka godzin. Optymalnie na całą noc.


Jeśli paluszki jednak się troszkę upaprają, resztki cytryny po wyciśnięciu soku wetrzeć w skórę. Przy okazji cytryna zmiękczy skórę dłoni a pielęgnowane cytryną mniej marzną w zimne dni. Sprawdzone przez sprzedawców na naszym targowisku :-)


środa, 17 lutego 2016

Zakisić żurek to takie proste!


Żurek domowej roboty kiedyś kupowaliśmy "u baby" w bloku obok. Przychodziło się ze słoikiem a lokalna producentka prowadziła do swojej kuchni 2x3 m, w której na taborecie stało emaliowane wiadro z chochlą nakryte ściereczką. "Baba" precyzyjnie odsuwała ową ściereczkę i chochlą przez (koniecznie plastikowy) lejek wlewała żur do podstawionego słoika. Niektórzy przychodzili z butelkami, więc istnienie lejka było ze wszech miar uzasadnione... Płaciło się zażądaną sumę i idąc do domu można było bezkarnie upić kilka łyków orzeźwiającego płynu :-)
Dzisiaj żury i żurki, domowe, staropolskie, tradycyjne...oblepione są etykietami ze składem wydrukowanym bardzo drobnym maczkiem. Na nich można znaleźć prawdziwe perełki ludzkiej przedsiębiorczości ;-) Smak tamtego żuru "od baby" pozostał niedoścignionym ideałem prawdziwej lokalnej żywności.
"Baba" jednak żadnej machiny ani tajemnych receptur nie miała a żur zawsze był pierwszego sortu!
Czysty, delikatnie wiercący w nosie, pozostawiający piękny pełny bukiet ziół i czosnku...
Jak dzisiaj przygotować takie cudo? Na jednym z warsztatów pieczenia zdrowego, domowego chleba miła starsza pani zapytała, czy z zakwasu, który rozdałam uczestnikom, można zrobić żur. Pomyślałam: no przecież oczywiście, że musi się dać zrobić! Jeśli można zakwasić czerwony barszczyk, to na pewno można i żurek...
Spróbowałam i udało się :-) Wyszedł wspaniały remake żurku "od baby".
Udał się już szereg razy. Powstały z niego również różne zupy żurkopodobne, które uwielbiamy całą rodziną. Chętnie więc podzielę się przepisem. Może komuś z Was również się przyda?


ŻUR DOMOWY

5 łyżek zakwasu żytniego
2 listki laurowe
5 ziaren ziela angielskiego
4 ziarenka pieprzu czarnego
2 ząbki czosnku
1 łyżka soli

Do wyparzonego litrowego słoja wkładamy zioła, zakwas i przekrojone na pół ząbki czosnku. Zagotowujemy litr wody, dokładnie rozpuszczamy w niej sól. Zostawiamy do ostudzenia do temperatury 40 stopni C. Wlewamy do słoja, przykrywamy ściereczką, owijamy gumką recepturką, żeby nam dodatkowi smakosze do żuru nie wleźli i odstawiamy w spokojne miejsce na 4 - 5 dni. W międzyczasie mieszamy 2 - 3 razy. Dobry żur powinien pięknie pachnieć i nie może być na nim śladu pleśni!


Wykorzystujemy go do picia bezpośrednio po ukiszeniu, gotowania tradycyjnego żurku a także przygotowywania warzywnych koktajli i zup/wariacji o kwaśnym smaku. Jak mogłam żyć tyle lat BEZ takiego żurku? Nie mam pojęcia, ale wiem, że koniec z tymi mrocznymi czasami ;-D Teraz żurek nastawiam regularnie wraz z innymi kiszonkami. Czekamy cierpliwie, aż (poza niewątpliwymi przyjemnościami podniebienia) znów będzie pracował nad kondycją naszych jelitek. Niezwykła funkcjonalność zakwasu jest dla mnie namacalnym dowodem, że świat został stworzony dla dobra życia i zdrowia. Mikroorganizmy (jeśli im nie zatrujemy życia) spontanicznie stwarzają przyjazne środowisko. A przecież jeszcze niedawno nikt nie miał pojęcia o ich istnieniu. Z tej niewiedzy m.in. pożywkę czerpała ewolucja... Czas przyjrzeć się tej teorii wnikliwiej i wyrzucić wszystkie wątpliwe argumenty a wtedy chyba niewiele z niej zostanie... Może i ona "uklęknie", jak napisano: "Bo napisano: Jakom żyw, mówi Pan, Ugnie się przede mną wszelkie kolano I wszelki język wyznawać będzie Boga." Rzym. 14:11

wtorek, 16 lutego 2016

Wegańska jajecznica z tofu czyli tofucznica

W języku angielskim scrambled eggs to poszarpane jajka czyli jajecznica. Weganie natomiast "rozszarpują" tofu, więc jest scrambled tofu. Polscy weganie chcąc nazwać po swojemu tą potrawę wymyślili tofucznicę. Tofu - coś w rodzaju serka robionego z mleka sojowego (fasolki górą! ;-)) - ma ogromne ilości wapnia, żelaza, miedzi,białka, nienasyconych tłuszczów, fitosubstancji działających wspomagająco na ludzki organizm, więc używany jest obficie w krajach wschodnich, skąd pochodzi. Ma także unikalną w świecie roślinnej żywności cechę: mając samemu smak "blady"nabiera bardzo łatwo smaku i aromatu składników, wśród których się go umieszcza. Kucharze nazywają to marynowaniem ;-) i stosują również do mięs, warzyw, owoców. O ile marynowanie mięs jest zupełnie zrozumiałe (niewiele osób zjadłoby mięso w jego naturalnym wydaniu), o tyle podobny zabieg na żywności roślinnej wynika z pragnienia nadaniu potraw odmiennych niż tradycyjne walorów (poszukiwaniu nowości również w świecie kulinarnym nie ma końca...).
Ale nadać tofu zapach jajek...? I to jest możliwe. Z pomocą przychodzi "siarkowo"pachnąca sól czarna Kala Namak czyli zwyczajna sól prażona z dodatkami roślinnymi. Niezastąpiona w kuchni indyjskiej a także tam, gdzie chce się "podrobić" smak jajeczny w pastach czy tofucznicy właśnie. Zrobiłam kilka razy w ramach eksperymentu, ale bez czarnej soli smakuje nam bardziej :-D


TOFUCZNICA

2 kostki tofu naturalnego (po 180 g)
2 średnie cebule
4 ząbki czosnku
2 łyżki soku z cytryny
2 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
½ łyżeczki soli
¼ łyżeczki soli Kala Namak (opcjonalnie)
¾  łyżeczki pieprzu ziołowego
¾ łyżeczki mielonej kurkumy

Tofu odcisnąć w papierowym ręczniku. Cebule obrać, pokroić w drobną kostkę. Czosnek obrać i posiekać.
Na patelnię wlać olej, dodać czosnek i włączyć średni gaz. Gdy czosnek zacznie skwierczeć, dodać cebulę, kurkumę, sól, pieprz i poddusić do miękkości mieszając.
Tofu wkruszyć do cebulki z czosnkiem i poddusić nadal mieszając. Dość szybko wyparuje płyn, więc podlać ¼ szklanki przegotowanej wody i dusić mieszając jeszcze do odparowania wody.

Dodać sok z cytryny i sól Kala Namak, dokładnie wymieszać. Zostawić na rozgrzanej patelni minutkę, aby smaki się połączyły.

Bardzo lubię rankiem porcję tofucznicy z cieplutkim brązowym ryżem... Albo na obiad z kiszoną czerwoną kapustą. To nasz ostatni kiszonkowy przebój. Stale mam w kuchni słoik z piękną szkarłatną zawartością :-DDDDD


Porcja z dwóch opakowań tofu z biedą starcza na naszą czteroosobową rodzinkę. Na zdjęciu wyrwana w czasie jedzenia resztka porcji...;-D

poniedziałek, 15 lutego 2016

Zupełnie zdrowa surowa musztarda - wspomnienia z domu rodzinnego

Pewnie nie chciałoby mi się dbać o zdrowie, gdyby nie dzieci. To z myślą o nich zaczęłam bacznie studiować zalecenia zdrowotne. Ze względu na dzieci nauczyłam się odróżniać zboża, z których potem mieliłam kaszki, obierałam skrzętnie słonecznik, orzechy i ścierałam je na tarce (tak, na tarce... o blenderze nie słyszałam nawet) do pierwszych dziecięcych śniadanek i obiadków. Nauczyłam się gotować dziwaczne wegetariańskie potrawy, desery bez cukru. Piec chleby z czysto pełnoziarnistej mąki. Szalona matczyna miłość potrafi zdziałać wielkie rzeczy w życiu kobiety... ;-)
Są jednak i moje własne wspomnienia z dzieciństwa, które wyrywają z piersi westchnienie, że to tak dawno było... Moja mama też dzielnie dbała o rodzinę tak, jak rozumiała, że jest najlepiej. Tata zapewniał rozrywki, wycieczki, zabawy. Wszyscy mieliśmy lekkiego bzika na punkcie pieczenia kiełbasek na ognisku. Na "pieczonki" wyjeżdżaliśmy nawet ...zimą :-D Tak, robiliśmy ogniska pośród śniegu! Cóż, dla taty nie było rzeczy niemożliwych ;-)
Wspomnienie właśnie takiej pieczonej kiełbaski z musztardą czasem mnie dopadało i wtedy z żalem oglądałam etykiety na słoiczkach z filuternie uśmiechającymi się ziarenkami gorczycy. Z żalem, bo na każdej etykiecie znajdowałam ocet. Spirytusowy, jabłkowy, winny, do wyboru były tylko wersje z octem. Z różnych powodów unikam octu, więc i musztardę omijałam...Z tęsknotą jednak trudno wygrać. Tym bardziej, że widywałam ciekawe potrawy z użyciem musztardy właśnie. Wszystko w nich było super, tylko ten musztardowy ocet :-( Znalazłam przepisy na domową musztardę, ale wszystkie znowu z octem :'(
Nie pozostało nic innego, jak eksperymentować na ich podstawie z sokiem z cytryny. Owoc zdrowy, aromatyczny, praca była miła i zadziwiająco smaczna, więc dało radę i już mam swoją pyszną musztardę raw. 


SUROWA MUSZTARDA

80 g gorczycy żółtej
80 g gorczycy czarnej
¾ łyżeczki soli
1 łyżeczka pieprzu ziołowego
sok z jednej soczystej cytryny
woda przegotowana


Gorczycę zmielić w młynku do kawy bardzo drobno. W miseczce wymieszać zmieloną gorczycę, sól i pieprz ziołowy. Powoli dodawać gorącą wodę do uzyskania pożądanej konsystencji. Teraz dodać sok z cytryny i dokładnie wymieszać. Zostawić w lodówce na całą noc do "przegryzienia". 
Można przechowywać w lodówce do 1 miesiąca.

Można ją używać dokładnie tak, jak zwykłą musztardę. Pamiętajcie jednak - jest NAPRAWDĘ ostra! 
Ciekawe, że własnie ziarno gorczycy Pan Jezus przywołał opisując siłę drzemiącą w wierze. Z zewnątrz wygląda niepozornie. Kolor też nie imponujący, zapach delikatny... A gdy zmielisz i powąchasz...:-) spróbuj ;-D To nie o zapachu ani pikantności jednak Pan Jezus mówił, ale o potencjale wzrostu. Co tam efektowne skrzywienie twarzy śmiałków próbujących chapnąć swoją paszczą pokaźną dawkę przyprawy! Nie w tym siła gorczycy ceniona przez niebo. nie w efektownych zjawiskach niebo osadza swoje korzenie, ale w skromnie znikającym w ziemi nasionku, które po właściwym sobie czasie wypuszcza kiełek, łodyżkę, listki, drobne kwiatuszki, aż w końcu nasiona, wiele nasion, bardzo wiele nasion będących pokarmem dla bardzo wielu stworzonek. W tym i żądnych mocnych wrażeń zjadaczy kiełbasek z ogniska ;-) 

piątek, 12 lutego 2016

Lazania z niespodzianką

Jak wprowadzić więcej warzyw do codziennego menu?
Zastępować nimi inne produkty ;-) np. zamiast makaronu do lasagne użyć ... selera korzeniowego!
Natknęłam się na ten genialny pomysł na blogu Green Kitchen Stories . Ponieważ część mojego potomstwa NIE lubi selera prawie w każdej postaci, nie lubi też pieczarek, więc kombinowałam inaczej. Wyszło ciekawie... Dla porównania zrobiłam też prawie taką jak David i Luise.
Prawie taką, bo szpinak mi wyszedł, a mnie nie chciało się wyjść za nim ;-) Użyłam więc patentu sprzed lat. Uwielbiałam makaron z prażonym czosnkiem z zieloną pietruszką na odrobinie oliwy. Patent wykorzystałam i wyszła pyszna lasagne, którą zjadła cała rodzinka i prosiła o dokładki :-D



I wersja dla nielubiących pieczarek, jeśli szpinak zwiał i brakło świeżych pomidorków, natomiast zawitały do nas bataty ;-) czyli zupełnie inna lasagne :-DDDD





Wszyscy wiemy, że warzywa jeść trzeba, bo zdrowe. Wszyscy też lubimy warzywa...na reklamie burgerów :-D Ale gdy zaczęłam je jeść, bo poczytałam w Biblii, że Bóg dał je jako lekarstwo na choroby wynikłe z grzechu, to... tęsknię za nimi, jeśli nie mam czegoś świeżego W SŁUSZNEJ ILOŚCI do jedzenia. Słowem, pół lodówki mam warzyw :-D Jest w czym wybierać, tylko jakoś "niespodziewanie wychodzą"... Myślę, że następnym razem ze szpinaku zrobię zielone smoothie a do lasagne użyję znów pietruchy!





LASAGNE Z SELEREM

2 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
2 cebule
4 ząbki czosnku
1/4 łyżeczki płatków chili
4 puszki pomidorów w sosie pomidorowym
3/4 szklanki soczewicy puy lub czarnej ewentualnie zielonej
2 łodyżki świeżego tymianku
20 listków bazylii
sól i pieprz ziołowy do smaku

2 średnie jędrne selery

1 łyżka oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
1/2 kg pieczarek

1 łyżka oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
4 ząbki czosnku
3 pęczki zielonej pietruszki

1/2 kg pomidorów rzymskich/śliwkowych/koktailowych
1/4 wędzonego tofu
olej kokosowy do natłuszczenia naczynia do zapiekania

Na głębokiej patelni delikatnie rozgrzać olej ze zmiażdżonym czosnkiem, dodać cebulkę, chili i poddusić 2-3 minuty. Dodać resztę składników (uwaga pryska!) i dusić 35 minut.

Seler obrać, jeśli jest z nieznanych źródeł. Jeśli jest eko wystarczy wyszorować. Pokroić w plasterki o grubości (uwaga!) maksimum 2 mm. Serio, to istotne!

Pieczarki obrać, pokroić w grubsze plastry. Na patelni rozgrzać olej, podsmażyć króciutko grzyby do zezłocenia. Przełożyć do miski.

Do tej samej patelni wlać olej, dodać zmiażdżony czosnek, zezłocić, dodać posiekaną grubo pietruszkę i podsmażyć ok. 1/2 minuty.

Naczynie żaroodporne (genialna jest żeliwna brytfanna) wysmarować łyżką oleju kokosowego. Wyłożyć warstwę plasterków selera, warstwę sosu pomidorowego, znów warstwę selera, pieczarki, pietruszkę z czosnkiem, warstwę selera, sos pomidorowy z soczewicą. Na wierzchu rozłożyć równomiernie plasterki tofu. Przykryć pomidorkami krojonymi w grube plastry lub połówki (koktajlowe). Zapiekać 50 minut w temperaturze 170 stopni C. Posypać dodatkowymi listeczkami bazylii. Pycha!





LAZANIA Z SELERA wersja RODZINNA ;-)

2 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
2 cebule
4 ząbki czosnku
1/4 łyżeczki płatków chili
4 puszki pomidorów w sosie pomidorowym
3/4 szklanki soczewicy puy lub czarnej ewentualnie zielonej
2 łodyżki świeżego tymianku
20 listków bazylii
1/2 łyżeczki mielonej kozieradki (niekoniecznie, ale smacznie)
sól i pieprz ziołowy do smaku

2 średnie jędrne selery

2 łyżki oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
5 ząbków czosnku
3 pęczki zielonej pietruszki
1/2 tofu wędzonego

1 batat

1/2 kg pomidorów rzymskich/śliwkowych/koktailowych
olej kokosowy do natłuszczenia naczynia do zapiekania

Na głębokiej patelni delikatnie rozgrzać olej ze zmiażdżonym czosnkiem, dodać cebulkę, chili i poddusić 2-3 minuty. Dodać resztę składników (uwaga pryska!) i dusić 35 minut.

Seler obrać, jeśli jest z nieznanych źródeł. Jeśli jest eko wystarczy wyszorować. Pokroić w plasterki o grubości (uwaga!) maksimum 2 mm. Nadal istotne! ;-))))

Do patelnię wlać olej, dodać zmiażdżony czosnek, zezłocić, dodać posiekaną grubo pietruszkę i podsmażyć ok. 1/2 minuty.

Naczynie żaroodporne (genialna jest żeliwna brytfanna) wysmarować łyżką oleju kokosowego. Wyłożyć warstwę plasterków selera, warstwę sosu pomidorowego, znów warstwę selera, pietruszkę z czosnkiem i 1/2 tofu pokrojone w kostkę, warstwę selera, sos pomidorowy z soczewicą. Na wierzchu rozłożyć w dachówkę cienkie plasterki batata. Delikatnie spryskać olejem. Zapiekać 50 minut w temperaturze 170 stopni C. 





Córcia powiedziała, że w tym daniu seler smakuje jak...makaron... Nie spała już ;-)
Ta lasagne na pewno na stałe wejdzie do naszego rodzinnego menu! Nie ma to jak nasza dobra zielona pietrucha z czosnkiem. Na zimę dla podkręcenia odporności a latem na wieczorne spotkania z przyjaciółmi będzie idealna. Zielona kuchnia w wydaniu polskim, smacznego!


niedziela, 7 lutego 2016

Kiszonki z...brukselki :-)

Brukselkom oprzeć się nie mogę. Są takie piękne, zieleniutkie, jędrne, ach... Jak tu nie korzystać z sezonowego bogactwa! Nasze polskie, swojskie, najlepsze :-) 
Glukozynolaty aż pękają z chęci zawalczenia o moje zdrowie. Nie lubię marnować takiego animuszu, więc tym razem obróbka brukselek bez ognia. Pierwsza próba kiszenia uwieńczona sukcesem :-) 
Kiszonki ogólnie są super. Żadne cieknące jelita niegroźne, bakterie imprezują na całego, ale w zdrowych granicach. Dobrze wychowane ;-) Na kiszonkach :-)))
Okazało się, że kiszenie można oswoić. Szło powolutku. Najpierw ogórki (jak dobre, to trudno zepsuć), potem cukinia (analogicznie jak ogórki tylko przyprawy nieco bogatsze), kapusta (totalne fiasko - zepsuła się po tygodniu) i to by było na tyle. Aż do zeszłego roku... Ośmielona kilkoma latami pysznych ogórków postanowiłam spróbować poszerzyć asortyment ;-)
Pojawiły się kiszone papryki (miękkie, ale smaczne), cytryny (mocne...jak bardzo drobny dodatek nieźle podkręcają smak) i znów kapusta (smak taki sobie, ale się nie pospuła na starcie!). W tym roku ogarnęło mnie lekkie szaleństwo. ;-)
Generalnie kiszę w soku własnym (kapusta tradycyjna, surówki mieszane, czerwona kapusta), w zalewie (ogórki, papryka, cytryny, pomidory, cukinia, śliwki i od teraz BRUKSELKA) ewentualnie z dodatkiem zakwasu (barszczyk czerwony, żurek). Tyle na razie oswoiłam. Może przyjdzie czas na dalsze poszerzenie repertuaru. Na razie nie dajemy rady przejeść produkcji bieżącej...



Brukselka do kiszenia koniecznie musi być zdrowa i jędrna. Kiszę podobnie jak ogórki, z podobnymi przyprawami. Spróbowałam pierwszy słoik i brukselki wyszły miło podkiszone ze swoim charakterystycznym gorzkawym smakiem. Drugi słoik zrobiłam z dodatkiem słodzidła (tradycyjnie robi się z miodem, ale sprawdza się również surowy syrop z agawy; nie sprawdzałam ksylitolu...). Te brukselki były doskonałe. Delikatna goryczka jedynie podkręca bukiet smaków. To jest to! :-) 


KISZONA BRUKSELKA

1 kg brukselki
kawałek korzenia chrzanu
1 łyżka soli na 1 l wody
1 łyżka miodu na 1 l wody
kilka ząbków czosnku
ziarna żółtej gorczycy, czarnego pieprzu, nasiona kopru

Brukselki obrać z wierzchnich liści. Te, które zostaną muszą być bez żadnych plam. Układam je w wyparzonym wrzątkiem słoju dość ściśle. Pomiędzy główki wkładam przyprawy. Na jeden weck wchodzą 3 - 4 wiórki chrzanu, 3 ząbki czosnku, kilkanaście ziaren gorczycy, 3 ziarna pieprzu, spora szczypta nasion kopru (teraz można dostać jako nasiona do wysiewu, nie mogą być w żaden sposób zaprawiane, najlepiej ekologiczne). Najwyższą warstwę układam tak, by nie wypłynęła po zalaniu płynem. Na górze kładę wyszorowany i wygotowany przez 15 minut kamień rzeczny.


 Gotuję 1 litr wody z 1 łyżką soli. Zalewam wrzątkiem połowę słoika. Resztę wody studzę do temperatury 50 stopni i mieszam z 1 łyżką słodzidła. Zalewam brukselkę do pokrycia. Zamykam szczelnie słój. Odstawiam w ciemne miejsce. Najlepsza temperatura do kiszenia to 18- 21 stopni. Dobrze jest sprawdzić termometrem. Przy wyższych temperaturach zachodzą niekorzystny wzrost mikroorganizmów niepożądanych zamiast przyjacielskim bakterii kwasu mlekowego. Więcej teorii przystępnie opisane jest tu i z tego źródła wystartowałam sama :-)

Moja kiszonka postała grzecznie dni dwa. Trzeciego zaczęła się burzyć i mętnieć. Wyglądała jednak całkiem smakowicie. Piątego dnia szaleństwo zupełnie ustało a słój wyglądał bardzo statecznie...










Zapaszek wydobywał się ... ciekawy... ale po otworzeniu było zdecydowanie lepiej. Ucieszyłam się, że to nie kimchi ;-)))))))













Okazała się bardzo smaczna. W plasterkach na kanapkach, jako dodatek do surówek, sałatek a nawet do zupy... Choć trochę szkoda zabijać te probiotyki... Z drugiej zaś strony barszczyk ukraiński - pychota, żurek - wszyscy lubimy, kapuśniak - klasyka zawsze pożądana... Dlaczego nie ukisić jednego słoika więcej na zupę???

Idę już lepiej od tych zdjęć, bo ślinka mi napływa do ust i boję się, że wyjem do końca zawartość słoja... :-)

Racuchy na zakwasie z brukselką :-D

Brukselka w nowej odsłonie. Nadprodukcja zakwasu nadal trwa, więc przyszło na racuchy z brukselką oczywiście. Te malutkie kapustki są tak urocze, że nie sposób im się oprzeć...


Wyszło połączenie bardzo przyjemne. Mąż z synem wzięli nadprodukcję do pracy, poczęstowali kolegów. Im również smakowały, więc może posmakują jeszcze komuś? :-)


0.7 l aktywnego zakwasu żytniego
1 szklanka mąki gryczanej
1 szklanka mąki orkiszowej
1 szklanka letniej wody
½ kg brukselek
2 czerwone cebule
4 łyżki orzechów włoskich
2 ząbki czosnku
6 łyżek oleju rzepakowego tłoczonego na zimno
1 łyżeczka soli
1 ½ łyżeczka pieprzu ziołowego
½ łyżeczki mielonej kolendry
½ łyżeczki mielonego kminku

Brukselki obrać z wierzchnich liści i pokroić w dość cienkie plasterki. cebule pokroić w półkrążki. Czosnek przecisnąć przez praskę lub bardzo drobno posiekać. Orzechy grubo posiekać.
Do zakwasu dodać oba rodzaje mąki oraz wodę, wymieszać bardzo dokładnie. Dodać resztę składników, ponownie dokładnie wymieszać. Odstawić do wyrośnięcia przykryte wilgotną ściereczką.


Patelnię o nieprzywierającej powierzchni delikatnie spryskać olejem. Rozgrzać intensywnie. Łyżką nakładać porcje ciasta delikatnie spłaszczając. Zamknąć pokrywką. Zmniejszyć płomień na niewielki. Piec z każdej strony po 6 minut. Najlepiej jest, jeśli wystarczy tylko pierwsze natłuszczenie patelni. Upieczone racuszki odkładać na kratkę do przestygnięcia. Podawać ciepłe z domowym ajwarem lub kiszoną kapustą.







Jak widać na zdjęciu, racuszek pięknie wyrósł pomimo dość brutalnego przełożenia masy z miski na patelnię. Nie ma to jak dobry zakwas :-)

W tym akurat przypadku ważna jest też dobra patelnia, bo zaletą tych racuszków jest smażenie/pieczenie ich praktycznie bez tłuszczu. Jak więc wybrać dobrą patelnię? Dobra teflonowa faktycznie jest nieprzywieralna, ale PTFE i inne atrakcje swoje robią i osobiście zrezygnowałam z ich używania. Bywają dobre ceramiczne, ale tylko przez kilka pierwszych tur smażenia. Potem ich nieprzywieralność zmywa się, czy co? ;-) 
Doskonałe teraz można dostać mineralno-ceramiczne bez PTFE  i reszty towarzystwa. Swoją kupiłam "na nosa" szukając w opisie  braku niebezpiecznych substancji a przy tym gładkich, ciężkich, solidnych. Przydał się też internet w komórce, gdzie mogłam sprawdzić wiarygodność i solidność firmy dzięki opiniom użytkowników. Musi ich być kilkanaście, bardzo różnych i z różnych źródeł. A na końcu zapytanie niezawodnego Przyjaciela o konkretną sztukę czyli modlitwa. Tak, wiem, brzmi dziwnie. Ale kto jest bardziej wiarygodny i uczciwy niż Ten, co dla mnie życie poświęcił??? Poza tym zdrowie zawsze leżało w zakresie zainteresowań Boga sądząc po niezliczonych zapisach w tym temacie w Piśmie Świętym. Ja zaś traktuję je serio, staram się wprowadzać w życie to, co napisane. Uprzedzałam? Nie żartowałam :-) 
Tak więc jestem szczęśliwą posiadaczką patelni, na której usmażyłam ogromną ilość naleśników, placków i racuszków. Nadal nie przywiera, na małym ogniu piękne się pieką, zsuwają się elegancko i wszystkim smakują :-) 



banoffee pie mniaaaam... raw wersja!

Ciasto bez pieczenia? Czemu nie!
Sophie Dahl w swojej książce wspominała incydent surowego jedzenia. Rzadko udawało się coś zjeść "na mieście", ale smakowało obłędnie...w końcu ta kobieta naprawdę umie gotować, hmmm, w tym wypadku akurat bardziej pasuje: "łączyć składniki" ;-)
Problem, na jaki natrafiła, dotyczył wagi. Po krótkim okresie raw foodowskim przytyła ładnych kilka kilogramów ku zdziwieniu swojego lekarza. Dlaczego? Ano właśnie dlatego, że dobrze przyrządzone raw food jest obłędnie smaczne. A desery...oh...pyszności nad pysznościami...Wiem, co mówię, sama trzy miesiące tak się żywiłam :-) I właśnie desery pannę Dahl zgubiły. Smakowały jednak tak niesamowicie, że wróciwszy do diety tradycyjnej, nie wyrzekła się raw deserów. Nie dziwię się nic a nic!
Po takim kulinarno-smakowym doświadczeniu opis jedzenia Adama i Ewy w raju BEZ gotowania, na SUROWO, brzmi kusząco (hm, poza tymi jednymi owocami). W moim "surowym" okresie czułam się trochę, jak w raju. Jedzenie pyszne, energię miałam na wszystko, zasypiałam szybko i miło, cierpliwości jakby więcej, włosy gęstsze, cera gładsza...
Dlaczego więc było tylko trzy miesiące? Ano desery mnie zgubiły. A Banoffee pie wiódł prym. Smakuje absolutnie wszystkim. Ledwie podany na stół, już zostaje kilka okruszków...
Na szczęście udało się kilka kawałków uratować do zdjęcia :-D



BANOFFE PIE raw

spód ciasta
1 filiżanka wiórków kokosowych
200 g suszonych moreli
ciasto
1 filiżanka orzechów nerkowca
1/3 szklanki mleka sojowego naturalnego
0,5 filiżanki syropu z agawy wraz z ksylitolem lub samego ksylitolu
4  łyżki  oleju kokosowego


2 łyżeczki wanilii w proszku (zamiast wanilii w proszku można użyć 2 laski wanilii )

około 4-5 łyżek  karobu
szczypta soli
3 dojrzały banany
sok z jednej cytryny
wiórki kokosowe (około 1 łyżka)

Połowę nerkowców zalać wodą i odstawić do namoczenia na 1 godzinę. Wiórki kokosowe wraz z morelami umieścić  w malakserze i miksować  do uzyskania lepkiej konsystencji, następnie uformować spód w foremce do ciasta.

Pokrojone (w cienkie plasterki) banany skropić sokiem z cytryny i odstawić na 5 min.
Orzechy nerkowca odsączyć i razem z resztą orzechów, mlekiem sojowym, słodzikiem, olejem kokosowym, solą oraz wanilią umieścić  w blenderze i miksować do uzyskania jednolitego kremu.

Na poprzednio utworzony spód umieścić 2 warstwy pokrojonych bananów, następnie przez sitko obsypać je dokładnie karobem i polać kremem z nerkowców, powtórzyć czynność jeszcze raz i odstawić do lodówki na około 6 godzin. Po wyjęciu z lodówki obsypać ciasto karobem i wiórkami kokosowymi.
Jeśli cokolwiek zostanie, odstawić do lodówki, by zachowały kształt i nie rozpłynęły się. Szczególnie ważne w ciepłym pomieszczeniu, gdyż olej kokosowy roztapia się w temperaturze powyżej 20 stopni C.


Nigdy nie myślałam, że surowe może być tak pyszne. Smaki są zupełnie niespotykane w kuchni tradycyjnej. Żadne wartości żywności nie są demolowane gorącem, wiązania powoli rozrywane przez soki trawienne, powoli dostają się do krwi, zasilają organizm przez wiele godzin. Dlatego na takiej diecie było mi ciepło nawet w chłodne dni :-D
Spróbujecie? Zacznijcie od deserów, zakochacie się bez pamięci. Wtedy spróbujcie innych dań a może ustrzeżecie się łakomstwa ;-)

wtorek, 2 lutego 2016

Najzdrowszy chleb skandynawski knäckebröd po polsku

Idąc śladem najzdrowszych rodzajów pieczywa dotarłam do kuchni skandynawskiej i tamtejszego chleba. Podobno był tak funkcjonalny, że tamtejsza ludność, choć uboga, cieszyła się dobrym zdrowiem i świetna kondycją uzębienia. Niestety było, minęło. Ale do chlebka można wrócić :-) Poniższa próba inspirowana wieloma przepisami okazała się bardzo smaczna i wpisała się na stałe w nasze menu.


100 g płatków owsianych zwykłych
100 g mąki żytniej razowej grubo mielonej
50 g nasion słonecznika
25 g siemienia lnianego zwykłego
25 g sezamu niełuszczonego
1/2 łyżeczki soli
180 ml letniej wody

nasiona kminku do posypania

Wszystkie suche składniki, poza kminkiem, wymieszać w misce. Dolać wodę i dokładnie wyrobić masę silikonową szpatułką lub zwykłą łyżką. Odstawić na kilka minut.

W tym czasie blachę do pieczenia wysmarować delikatnie oliwą i wysypać mąką razową.

Napęczniałą już i zwartą masę wykładać partiami na blachę delikatnie rozsmarowując ją na grubość 2 - 3 mm. Całość posypać kminkiem i wmasować go wilgotnymi dłońmi lub szpatułką. Nadkroić nożem kształty kromek.

Wstawić do piekarnika nagrzanego do 170 stopni C i piec 1 godzinę. 

Wystudzony połamać wzdłuż nacięć i przechowywać w szczelnym pojemniku. Ja używam szklanego słoja, do którego sypię dodatkowo pół łyżeczki gruboziarnistej soli, która wchłania ewentualną wilgoć.





Doskonale smakuje w wersji saute, ale i wytrawnej w twarożkiem roślinnym, a także na słodko z dżemem. Wyobrażam sobie, że podobnie mogły wyglądać biblijne placki pieczone z manny na pustyni... Smakowały jednak na pewno inaczej, bo opis zmierza w stronę słodkości: "Dom Izraela nazwał ten pokarm manną, a była ona jak ziarno kolendra, biała, a miała smak placka z miodem." 2 Moj. 16:31 Może kiedyś się dowiem... Choć prawdopodobnie w obiecanym, pięknym świecie akurat smak jedzenia z naszej rzeczywistości może nie być najbardziej interesującym tematem ;-) Z drugiej zaś strony po kilku tysiącach lat może do tego tematu wrócimy... :-)