Przejdź do głównej zawartości

Trufle z kinako i o sztuce komunikacji

Tajemniczo brzmiąca nazwa? Japonię wyczuwacie? Słusznie. 


Znów inspiracja z kraju kwitnącej wiśni. Wszędzie bywają zdrowotne perełki, którymi warto się zainteresować. Z największą przyjemnością dedykuję ten post pani z przyszpitalnej Przychodni Diabetologicznej Szpitala Górniczego w Sosnowcu. Mam nadzieję, że trufelki pójda na zdrówko!
Kinako to zmielona na mąkę uprażona soja. Spotkałam się z takimi zachwytami nad jej uniwersalnością i charakterem, że postanowiłam ją zrobić. Bardzo popularna w Japonii, gdzie jest wykorzystywana do produkcji słodyczy, ciastek, lodów i wytrawnych dań. U nas nie spotkałam kinako w żadnym sklepie, więc znalazłam na stronie fanek azjatyckiej kuchni sposób jej samodzielnego przygotowania. Okazał się zaskakująco prosty. Ekologiczną soję (tylko takiej używam na wypadek, gdyby podejrzenia o GMO okazały się prawdziwe) dokładnie wytrzeć kuchennym ręcznikiem, uprażyć na średnio rozgrzanej, suchej patelni stale mieszając, by się nie przypaliła a jedynie delikatnie zezłociła i zaczęła pachnieć. Ziarenka popękają, jakby się uśmiechały :-D Zdjąć z ognia i ostudzoną zmielić porcjami w młynku do kawy. Przy pierwszym podejściu popełniłam błąd i nieco soję przyrumieniłam. Zlekceważyłam zalecaną staranność i dostałam miodową, ale i gorzkawą mączkę. Następnym razem byłam już uważna, co też i chętnym na kinako polecam, mądrzejsza o doświadczenie i kinako wyszła zdecydowanie przyjemniejsza. Pięknie pachnie, orzechowo i ma przyjemny, ciepły, beżowy kolor. Przechowuję ją w szczelnie zamykanym słoiku w lodówce.


Użyłam jej już do leśnych lodów klik a teraz do domowych trufli z morwą.



TRUFLE Z KINAKO, FIGAMI I MORWĄ
25 sztuk

⅓ szklanki (40 g) suszonej morwy białej 
 ⅓ szklanki (45 g) orzechów laskowych
2 łyżki (20 g) kinako
8 sztuk (45 g) suszonych fig
4 łyżki (40 g) płatków owsianych
2 łyżki (30 g) soku z cytryny
⅛ łyżeczki suszonej skórki cytrynowej klik
szczypta soli

W malakserku z ostrzem "S" zmielić na mączkę morwę z orzechami i solą.
Dodać kinako i płatki owsiane, zmiksować.
Dodać pokrojone figi, zmiksować do uzyskania niewielkich lekko klejących grudek.
Dodać sok i skórke cytrynową, zmiksować do uzyskania klejącej się mocno grudkowatej masy.
Formować małe trufelki.
Obtaczać w... czymkolwiek ulubionym.
U nas bezpieczną wersją jest mąka kokosowa a wersją odlotową mielona skórka cytrynowa...


Powyżej odtaczałam w (idąc od góry) mące kokosowej, rozpuszczalnej kawie zbożowej, czarnym sezamie, karobie i mielonej skórce cytrynowej. Najgorzej wypadł karob, kawę lubię chyba zawsze, ale to moje pogranicza szalonego eksperymentatora...

Cóż, nie każdy dodatek dogaduje się z potrawą. Nawet sprawdzone od lat i w wielu okolicznościach zawodzą i kapryszą zamiast współgrać, współpracować, pogadać sobie z potrawą o życiu, wspólnych korzeniach, znajomych z ławki szkolnej... A tu nic. Mruczy toto tylko i stęka, walczy, by wyjść na pierwszy plan i dominować. A to nie ten moment! To nie te okoliczności... Nie możnaby tak się czasem wycofać nieco, oddać scenę innemu? Jakby tak chciał karob zrobić za fajne tło dla orzechowej kinako... Ale nie, pcha się jak... nasz psiak do domu w czasie burzy... czyli bardzo, baardzo, baaaaardzo intensywnie... Więc zrezygnowałam z ciemnych posypek, postawiłam na subtelną kokosową makę i (o dziwo) na przekorną nieco, ale w zupełnie innym stylu, suszoną cytrynę. Wśród ludzi jest (o dziwo) tak samo. Chcesz się dogadać, a tu nici... z kłębuszka, moteczka, szpuleczki, snują się, wiją, plączą... Coraz mniej kumasz, chcesz się chyłkiem wycofać, a po kilku krokach zwiewać po siny kres... aż okoliczności się zmienią. A nie lepiej po dobroci? Życzliwie? Ze zrozumieniem? Poinformowana przez Tatę mego, że sprzęt medyczny mu odmówił posłuszeństwa i będzie mógł go wymienić dopiero na następnej wizycie u lekarza prowadzącego wpadłam w irytację dotkliwą. Sprzęt Tacie potrzebny na codzień. Nie dla wygody, ani bezpieczeństwa, ani nawet kuracji. Potrzebny do przeżycia. A tu trzeba czekać trzy tygodnie! Trzy tygodnie... Już widziałam Tatę w amoku, bez kontaktu z otoczeniem, bo brak sprzętu. Sprzęciku. Takiego, który powinien być wymieniony od ręki, bo jest niezbędny do życia. Tata daje jakoś radę odgrzebanym w przepastnej, zakurzonej szufladzie jakimś reliktem sprzed lat, który może nie działać już prawidłowo a kłopoty czychają za progiem czekając na sprzyjającą okazję, żeby skomplikować i tak niełatwe życie. Jednak uznałam, że Tata mógł nie wyjasnić pani pielęgniarce problemu. Mógł również nie usłyszeć dokładnie jej wyjaśnień. W końcu mógł w ogóle zapomnieć poprosić wyraźnie o wymianę. Pani natomiast mogła mieć gorszy dzień, wymagających pacjentów od rana, może jakieś problemy w rodzinie i nie wpadła na rzeczy dla Taty oczywiste. Tak myśląc dotarłam do rzeczonej Przychodni, znalazłam odpowiednie drzwi, zastałam za nimi bardzo zajętą panią, która jednakże zaprosiła do środka, wskazała krzesło i zapytała o powód pojawienia się. Wyjaśniłam problem (nastawiona na trudności... ech, słabość ludzka... i wpływ rozgoryczonego otoczenia...) a pani wyciaga z szafki upragniony sprzęt, wpisuje numerki do wielkiego zeszytu, podaje mi ów sprzęcik i... koniec. Załatwione. Jest. Tata zaraz dostanie to, co potrzebuje... Bez próśb, błagania, tłumaczenia, upominania sie o swoje (Taty) prawa... Jak Tacie udało się NIE ZAŁATWIĆ sprawy poprzednio??? Nie wiem. Wiem natomiast, że serca ludzkie (ewidentnie serca są w mózgu, prawda?) są skomplikowanym układem uczuć, wspomnień, nawykowych reakcji, i sam właściciel czasem się gubi we własnym intencjach i pragnieniach. Dochodzi jeszcze niedoskonałość języka, zróżnicowanie rozumienia używanych pojęć. Ileż to razy łapiemy się na tym w czasie goracej dyskusji, że nie wiemy, o co właściwie nam chodzi? Jak więc ma to wiedziec ktos inny? Wyczuć? Odgadnąć? Odebrać jakies tajemnicze fale emitowane przez mózg? Czy nie wchodzimy przypadkiem juz w sferę duchową zamiast trzymać sie meytorycznie komunikacji werbalnej? Tak, włazimy z całym dobytkiem emocjonalno - intelektualnym. Więc rozejrzyjmy się po swojej duchowości nieco krytycznie, jakie mamy szanse na sukces i na kim w tej dziedzinie polegać?  Mój osobisty patent jest jeden. Niezmienny od lat ponad dwudziestu. Pomoc kogoś, kto się na komunikacji zna najlepiej w całym Wszechświecie, bo sam ja opracował i udostepnił człowiekowi/ludzkości. "I od nikogo nie potrzebował świadectwa o człowieku; sam bowiem wiedział, co było w człowieku." napisał o Nim Apostoł Jan w ewangelii rozdział 2 werset 25. Choć zazwyczaj nie zdradza tego, co drzemie w sercu kogokolwiek (poza swoim; o swoim mówi otwarcie, ciekawe, prawda?), poproszony pomaga nam dotrzeć do siebie nawzajem. To właśnie mój patetnt: konsultacja uprzednia i prośba o prowadzenie w czasie rozmów, załatwiania spraw, nawet (tak!) pisania tego posta :-D 
Największe umysły, najwspanialsze osobowości, potrafią się wycofać, ustąpić pola, zrobić za tło, eksponować drugiego. To największa i prawdziwa siła. Siła życzliwości, troski, zrozumienia zwanych po prostu miłością. Tylko i aż. 


Komentarze

ulubione posty czytelników

Jak obniżyć indeks glikemiczny... zdrowo...

Chałwa z morwą

Genialna kanapka Ann Esselstyn z hummusem i cytrynowym jarmużem

Pankejki z soczewicy

Michałki, michały, michałeczki...

Purpurowa przystawka sułtana czyli modra kapusta w czosnkowym jogurcie

Bułeczki z brokułem w roli głównej

Pigwa na surowo marynowana z imbirem w soku cytrynowym

Śniadaniowy zielony mus

Kiszona fasolka szparagowa